Kangerluk Fjord, Grenlandia

Grenlandia. Dzień 3. Kangerluk Fjord do jeziora Tasersuaq

Kangerluk Fjord do jeziora Tasersuaq

Opis trasy trekkingu po Tasermiut Fjord, na odcinku Kagerluk Fjord do jeziora Tasersuaq.

W samym środku nocy budzi nas przeraźliwy trzask lodu odrywającego się od lodowca. Taki instant koniec świata, kiedy nieopisany i nieokreślony hałas wyrywa cię nagle ze snu i nagle myślisz, że to już. Po dziwnej nocy, dziwnie zaczyna się dzień. Fiord jest podejrzanie spokojny. Powietrze jest gęste i zimne. Nad wodą unoszą się w nim niskie pojedyncze chmury. Jakby się odczepiły od reszty i zagubiły. Zimne słońce nieśmiało przebija się przez szare niebo. Nawet nasza góra lodowa, powoli odpływa w dół fiordu. Ruszamy w górę fiordu pełni sił. Po wczorajszym odcięciu nie ma na razie nawet wspomnienia. Koniec fiordu jest coraz bliżej. Dryfują tu sobie leniwie dwie małe góry lodowe. Zamiast spływającego do fiordu lodowca, brzeg wypełniają różnokolorowe rzeczne osady. Różnokolorowa mozaika – od szafirowego, przez zielony, beżowy aż po złoty – przypominają przekrojony plaster agatu. Lodowiec tymczasem schował się nieśmiało daleko w dolinie.

widok na Kangerluk Fjord, w Południowej Grenlandii

Widok na fiord Kangerluk

Ruszamy w górę dość stromym zboczem. Znowu krzaki i kamienie. Wspinanie się przez chaszcze jest jeszcze gorsze niż schodzenie. Tu oprócz grawitacji, spychają nas naprężone krzaki. Wszystko zajmuje dużo więcej czasu niż normalnie. Całe planowanie trekkingu było oparte o to, ile jesteśmy w stanie przejść w górach – po szlakach – a tu nie ma szlaków. Nie ma tras. Idzie się na azymut, przez dolinę, wzdłuż fiordu. Po tym co jest. Albo raczej – pomimo tego. Pocieszeniem są widoki, które sprawiają, że zapominamy o wszystkich niedogodnościach. Z góry bajeczna mozaika osadów z wód lodowca robi się jeszcze piękniejsza. A góry wznoszące się nad fiordem z tymi chmurami poprzyklejanymi do nich jak zamierzchłe dekoracje na choinkę – taki śnieg z waty, jaki można było spotkać tylko w przedszkolu, w latach PRL-u. Jakaś dziwna nostalgia gdzieś na Grenlandii. Po środku niczego.

Poranek nad fiordem Kangerluk podejście do Doliny Qingeq kujalleq

Lodowiec na końcu fiordu Kangerluk, Grenlandia

Trekking nad Kangerluk fjord, Grenlandia

Przed nami kolejna dolina. Baśniowo piękna, szeroka, zielona. Przez zupełnie płaskie, wyłożone miękką trawą dno meandruje niewielki strumień. Ciemna, leniwie płynąca woda płynie sunie po złocistym, drobnym piasku. Idziemy radośnie ku skalistym szczytom. Nareszcie jest płasko, wręcz trochę nudno. Miękka trawa przynosi nieukrywaną ulgę po męczącej wspinaczce. Przeskakujemy sprawnie kręcący strumień, omijamy bagno, przemy do przodu. Żeby nie było nadto radości, pogoda się psuje. Niebo zachodzi gęstymi, niskimi chmurami. Wilgotne powietrze robi się zimne, przykleja się do skóry, przenika przez rękawy, nogawki, wdziera się pod ubranie, nieprzyjemnie liże każdy nieosłonięty fragment skóry. Dolina zakręca w kształt litery „S”. Kiedy docieramy do drugiego zakrętu trawa się przerzedza, pojawiają się kamienie i piasek, rozlewisko rzeki się poszerza na niemal całą dolinę. Nad nami w górze półka, z której wlewa się umierający lodowiec. Wraz z nim woda, piach i kamienie. Powoli, po trochu, ale konsekwentnie wypełniają całą dolinę.

trekking na Grenlandii w rekonie Tasermiut Fjord

Przekście przez Doline Qingeq kujalleq

Droga zaczyna się lekko piąć pod górę. Według mapy zbliżamy się do przełęczy, z której mamy zejść do kolejnej doliny. Wszystko dookoła zaczynają wypełniać kamienie. Najpierw małe, wielkości kota, potem takie sięgające do kolan, dalej takie wielkości człowieka, samochodu, na koniec stajemy przez głazami wielkości domu jednorodzinnego. Ogromne rumowisko zamienia się w kamienny las, jakiś przeklęty labirynt. Nie dość, że trudno się tu odnaleźć, bo kamienie przysłaniają cały świat, to jeszcze trzeba po nich skakać. Nie da się przewidzieć trasy z wyprzedzeniem, nic zaplanować. Skaczemy po prostu z kamienia na kamień. Dwa kroki do przodu, jeden w tył. Tu trzeba obejść z lewej, tam „lepiej po tym kwadratowym głazie” i tak w kółko. W pewnym momencie zaczynam się bać – czy dokądkolwiek tak dojdziemy? A co, jeżeli spadnie deszcz i zrobi się ślisko? Co, jeśli któryś z nas się poślizgnie?

Przejście przez przełęcz do Doliny Qingeq kujalleq

Dolina Qingeq kujalleq i jezioro Tasersuaq, Grenlandia

W końcu, po dwóch godzinach, przedzieramy się przez zawaloną głazami przełęcz. Przed nami rozciąga się kolejna zielona dolina – Qingeq kujalleq. Na jej końcu widać już jezioro Tasersuaq. Nie chce nam się wierzyć, że to tak blisko – jezioro wydaje się na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko zejść po dość stromym zboczu i przejść jakieś 5 kilometrów płaską zieloną doliną. I to w dół. I jeszcze poprawia się pogoda! Wiatr powoli rozwiewa chmury, na błękitnym niebie pojawia się słońce. Uśmiechnięci siadamy na kamieniach i przygotowujemy obiad. Kiedy kończymy akurat ustaje wiatr. Wtedy pojawiają się muchy. Małe, upierdliwe meszki, wdzierające się wszędzie: do nosa, uszu, ust, oczu, za kołnierz. Nie da się iść bez moskitier. Z nimi też jest ciężko, ale co zrobić. Najważniejsze to szybko dojść do jeziora, tam mamy biwakować.

Przepiękne widoki w Dolinie Qingeq kujalleq

Przerwa podczas trekkingu w Dolinie Qingeq kujalleq na Grenlandii

Szybko przekonujemy się, że nie będzie tak łatwo. Dolina Qingeq kujalleq łagodnie schodzi do jeziora Tasersuaq. Jest piękna i zielona. I w tym problem. Chodząc gdziekolwiek, przyzwyczailiśmy się do szlaków. Lepszych czy gorszych, ale szlaków. Tutaj jest tylko dolina. I krzaki. Na początku mech i tymianek grenlandzki, potem jagody i bażyny. Im niżej, więcej słońca i wody, tym krzewy są wyższe. Takie po kolana i po pas. Nie da się iść prosto, trzeba kluczyć, kręcić, omijać kolejne kępy, szczeciny. Do tego wijąca się dosłownie wszędzie rzeka i porozrzucane kamienie. Skakanie w tę i we w tę, błądzenie. Gorzej jest tylko kiedy zaczynają się drzewa. Generalnie Grenlandia nie słynie z drzew. Jest dosłownie kilka miejsc, w których występują. Okoliczne doliny to jedyne miejsce, w którym znajdują się naturalne lasy na Grenlandii. W zasadzie jest to jeden las.

Trekking przez Doline Qingeq kujalleq w południowej Grenlandii

Tymczasem wchodzimy w gęstwinę wijących się gałęzi, które zasłaniają nam cały świat. Metrowe, półtorametrowe, dwumetrowe, powyginane, elastyczne, gęsto rosnące drzewa. Karłowate brzozy i jarzębina. Stanowią koszmarną barierę niemal nie do przebycia. Kompletnie nie da się tu nawigować. Trzeba przedzierać się przez gąszcz. Czasami zejść na kamienie nad rwącą rzeką, żeby znowu, wciągać się po powyginanych gałęziach. Idziemy bez sensu jak robaki, kręcąc się w kółko, przesuwając z punktu A do punktu B najgorszą możliwą trasą, ale nie potrafimy znaleźć innej. Poruszamy się w tempie ok 500 metrów na godzinę. Klniemy smagani gałęziami po rękach, po twarzy. Elastyczne pnącza wywracają nas, blokują, łapią za ciężkie plecaki, chwytają za kije do trekkingu. To co miało być godziną trwa już prawie pięć godzin. Spacer po zielonej dolinie zamienia się w jakiś koszmarny bieg rzeźnika. A my głupi zastanawialiśmy się co będziemy robić tyle czasu w obozie.

Góry nad jeziorem Tasersuaqw okolicy Tasiusaq, południowa Grenlandia

Kiedy zbliżamy się do jeziora, odkrywam, że pobliskich krzakach czai się coś dużego. Rzuca się, przeciska, wydaje jakieś odgłosy. Zastanawiam się jakie zwierzę może tutaj żyć!? Po chwili widzę czmychające przede mną owce, sztuk dwie. Pomyślałem, że pokażą nam drogę, ale szybko się zorientowałem, że dla owcy krzaki to żadna przeszkoda. Wszystko na nic. Jeszcze jedne cholerne krzaki. I kolejne. Już widzimy jezioro. Jeszcze trochę, 100 metrów i kolejne krzaki. Jeszcze gorsze niż poprzednie. Ostatni odcinek próbuję z rozpędu, tak żeby przecisnąć się przez krzaki. W końcu wybiegam na wąskiej, najwyżej dziesięciometrowej plaży. Przede mną ogromne jezioro z małymi falami nerwowo rozbijającymi się o płaski brzeg. Uderzają tak szybko, jakby jezioro było jakimś dziwacznym filmem w przyspieszonym tempie. Już widać dolinę, którą mamy iść jutro. Jeszcze trochę i zobaczymy polanę, gdzie będziemy rozbijać obóz. Zmęczeni przeprawą przez krzaki żyjemy już tylko nadzieją rozbicia namiotu, zjedzenia czegoś ciepłego, położenia się na miękkim materacu.

Marsz wzdłuż jeziora Tasersuaq, na wprost dolina Qinnguadalen, Grenlandia

Jezioro Tasersuaq - południowa Grenlandia

Jeszcze tylko kilometr marszu po grząskim piasku. Idziemy powoli przy samym brzegu. Fale rozbijają się niemal o nasze buty. Zapadamy się w drobne kamienie i piasek. Przed nami baśniowo piękna ściana gór z wierzchołkami schowanymi w chmurach. Hipnotyzujący, przyspieszony plusk wody, ciche chrzęszczenie plecaka. Przede mną widzę postać sunącą do przodu, za mną kolejną. Wyglądają jak zjawy. Zaczynam tracić poczucie rzeczywistości w tym onirycznym klimacie. Jakbym przenosił się w inne stany świadomości. Przypominają mi się dziwaczne sceny z Incepcji czy Mr. Nobody, gdzie świat jest właśnie tworzony, gdzie jego kawałki przenoszą helikoptery i składają w jedno. Jakaś czarna dziura świadomości, gdzie rzeczywistość zapada się pod ciężarem samej siebie. Jedyny ratunek w polanie oznaczonej na mapie czerwonym trójkącikiem. Tam musi być rzeczywistość.

Dolina Qinnguadalen, południowa Grenlandia

Docieramy w końcu do polany na skraju doliny Qinnguadalen, zaraz przy ujściu rzeki Qinngua do jeziora Tasersuaq. Oczywiście nie ma śladu po żadnych obozach, zero cywilizacji, zero palenisk. Nic. Dosłownie nic. Pustka. Ciężko znaleźć jakieś miejsce pod namiot. Ciężko wbić śledzie, zaczepić o coś linki. Pustka w każdym tego słowa znaczeniu. Hula tu tylko lodowaty wiatr. Bardzo nieswoje miejsce. Nawet biegające dookoła owce nie nadają mu życia. Nawet mętna woda w rzece wydaje zimniejsza niż wszędzie indziej. Z każdym dniem czuję, że jestem coraz dalej od świata. Siedzimy w namiocie, popijamy gorącą herbatę z prądem. Przeklinamy dzisiejszy dzień i krzaki. Znowu zaczynam myśleć o niedźwiedziach polarnych. I o tym, że nie mamy broni. Tłumaczę sobie, że nie ma się co nad tym zastanawiać. Nie mamy broni, jesteśmy co najmniej 2 dni marszu od cywilizacji. Jeżeli pojawi się niedźwiedź. I tyle. Nad nami hula zimny wiatr. Namiot szeleści, lodowate powietrze wdziera się przez szpary. Zaszywamy się w śpiworach. Mruczymy coś jeszcze i zasypiamy zanim jeszcze zajdzie arktyczny dzień.

Nad jeziorem Tasersuaq

Więcej o organizacji wyprawy do Tasermiut Fjord przeczytasz w tym materiale

Ciekawe książki, które warto przeczytać, przed wyjazdem na Grenlandię:

Nie mieszkam w igloo, Adam Janiszewski

Lud, Ilona Wiśniewska