Panorama Ułan Bator z Zaisan Memorial - Ułan Bator Mongolia

Ułan Bator. Najbrzydsza stolica świata?

Naszą wielką mongolską przygodę zaczynamy i kończymy w tym samym miejscu – Ułan Bator. Najzimniejsza stolica świata. Na pewno też nie najbardziej urodziwa. Szare blokowiska pomieszane z gerami i szopami skleconymi na szybko z czegokolwiek co było pod ręka. Wielki twór rozlewający się po dolinie otoczonej czterema masywami górskimi: Bajandzürch, Czingeltej, Songinchajrchan i Bogdchan uul. O ile mongolska prowincja: bezdroża, stepy, pustynia, góry i jeziora to bajka, stolica to horror, dramat i literatura wojenna w jednym. Taka, której lepiej nie czytać przed snem, bo później męczyć będą koszmary.

Jazda ulicami Ułan Bator to nie lada wyzwanie. Duży, nieprzewidywalny ruch i żadnych zasad

Ułan Bator leży na wysokości około 1350 m n.p.m. Wjeżdżamy do miasta krętymi szerokimi serpentynami przecinającymi wzgórza. Jest dość wcześnie – jakaś 15:00, więc mamy w planach pojechać jeszcze do oddalonej o ok. 50 km od stolicy statuy Czyngis-Chana. Nie wzięliśmy tylko jednego pod uwagę – trzeba będzie przejechać przez całe miasto. Już na wjeździe straciliśmy wszelką nadzieję. Wpadamy w sam środek ogromnego korka, który… ciągnie się przez całe miasto. Jak się jeździ w Ułan Bator? Nie jeździ się. Miasto to komunikacyjna masakra. Apokaliptyczne korki są wszędzie. Stoi się w nich długo, nawet do wieczora. Przejechanie blisko 5 km zajmuje nam prawie 3 godziny. Odpuszczamy zupełnie dalsze wycieczki i jedyne, czego pragniemy to oddać auto do wypożyczalni i uwolnić się z tej pułapki. Po takim czasie w ślimaczym tempie, w kakofonii klaksonów, duszącym smrodzie spalin, autach wpychających się ordynarnie bez używania kierunkowskazów jesteśmy nerwowo wykończeni.

Korki w Ułan Bator to katastrofa - koszmar każdego kierowcy - Mongolia

Aby poradzić sobie z korkami i duszącym smogiem, władze miasta wprowadziły ograniczenia ruchu aut. Początkowo był to zakaz na zmianę dla aut z parzystymi lub nie parzystymi numerami rejestracyjnymi. Teraz system ewoluował. W poszczególne dni powszednie zakaz obejmuje auta z numerami kończącymi się kolejnymi cyframi od 0-9, tak że w poniedziałek jest zakaz dla numerów 1-2, we wtorek 3-4 itd. System cały czas się zmienia, trudno się w tym połapać. My mamy szczęście, jest piątek, nasz numery miały bana wczoraj. Po przedarciu się do centrum, rozładowaniu auta w hostelu i oddaniu do myjni, spędzamy kolejną godzinę na przejechaniu dalszych 500 metrów. Jazda po Ułan Bator jest tylko dla wytrwałych. Lepiej tego unikać i podróżować po stolicy w weekendy lub w nocy. Nigdy w godzinach szczytu.

Koniec podróży po Mongolii

Oddajemy w końcu auto w biurze Drive Mongolia. Z rozrzewnieniem i smutkiem zostawiamy kluczyki, głaszczemy na koniec auto i żegnamy się przez jakąś godzinę z Deegii i szefem całej firmy. Opowiadamy o naszej podróży, przygodach, ci są pod wrażeniem, że zrobiliśmy spory kawałek w tak krótkim czasie. W końcu jesteśmy wolni! Styrani całodzienną podróżą, wykończeni nerwowo korkami, brudni, głodni i wymęczeni dwutygodniową tułaczką zalegamy w hostelu. Siadamy sobie na tarasie Gana’s Guesthouse z widokiem na bałagan Ułan Bator i wsłuchujemy się w zgiełk miasta. Rzeka aut przelewająca się dosłownie wszędzie, każdą wolną przestrzeń wypełniają auta. Panuje kompletny nieład, jakby nie było żadnych przepisów, nikt nad tym nie panował. To właśnie jest Ułan Bator.

Ulice Ułan Bator - nie jest to najbardziej urodziwe miasto, ale ma niesamowity klimat

Jednocześnie, kiedy powoli zapada zmierzch, robi się przepięknie. Niebo wypełnia ciepłe pomarańczowe światło. Wszystkie te szpetne drewniane budy, szopy, kupy bambetli, stare samochody, wszystko zakurzone, brudne i jakieś takie niedomyte, robi się w jednej chwili ciepłe i przyjemne. Zmierzch zapada powili, ludzie kręcą się coraz wolniej po podwórkach, jednocześnie szalony i natrętny ruch na ulicach nie ustępuje. Cały czas warczą silniki, słychać klaksony. Robi się ciemno, nagle widać tyko neony wieżowców, rzekę reflektorów na ulicach i gwiazdy na niebie. Gdzieś z tyłu ledwo dostrzegalne na tle ciemnego nieba kontury jeszcze ciemniejszych, czarnych niczym smoła wzgórz. Takie azjatyckie Las Vegas. Uwielbiam to miasto – piękne w swojej brzydocie – właśnie za ten widok. Dla mnie to właśnie pocztówka z Ułan Bator, obraz tego miasta – widok z tego tarasu.

Aleja Pokoju - jedna z głównych ulic Ułan Bator - Mongolia

Nazajutrz – już naprawdę naszego ostatniego pełnego dnia w Ułan Bator – po śniadaniu ruszamy na zwiedzanie. Chcemy pochodzić ulicami stolicy, wczuć się w jej klimat, zobaczyć coś ciekawego, pożyć tym miastem. Pogoda od rana jest piękna. To niedobrze, bo upał jest nieznośny, grubo ponad 30 stopni Celsjusza a nie ma jeszcze 10:00 rano. Zanim docieramy do oddalonej o kilkaset metrów Alei Pokoju – jednej z głównych ulic miasta – jesteśmy już zmęczeni, mokrzy od potu i spaleni słońcem. Najgorszy jest jednak smog. Spaliny są w Ułan Bator okropne, gryzą w gardło, drapią, męczą, nie pozwalają normalnie oddychać. Miasto jest zupełnie nie przystosowane do ruchu pieszego. Co prawda są chodniki, ale często zaniedbane i podziurawione, zastawione parkującymi samochodami, przejścia dla pieszych słabo oznaczone, światła trwają chwilę a kierowcy nic sobie nie robią z przechodzących przez jezdnię.

Budynek Parlamentu, Sukhbaatar Square - centrum Ułan Bator, Mongolia

Chowając się przez żarem lejącym się z nieba przedzieramy się do centrum. Chowamy się w sklepach, szukamy czegoś zimnego do picia. W końcu docieramy do Placu Czyngis-Chana (Sukhbaatar Sq) – ścisłego centrum Ułan Bator. Rozległy, pusty plac jest jak wielka patelnia. Przed strojącym tu budynkiem parlamentu trwają przygotowania do uroczystości związanej z jutrzejszymi wyborami prezydenckimi – przez dwa tygodnie mijaliśmy w całym kraju plakaty wyborcze dwóch kandydatów, nasza uwagę zwrócił jeden, jak sobie żartowaliśmy „nasz kandydat” Chaltmaagijn Battulga. Wszędzie poza stolicą na plakatach występował w tradycyjnym mongolskim stroju i kapeluszu – jak „swój chłop” a w Ułan Bator uśmiechał się z plakatów ubrany w dobrze dopasowany garnitur. Jak się później okazało, wygrał i 7 lipca został nowym prezydentem Mongolii. Pokonał Mijeegombyna Enchbolda – który na plakatach, w swoim drogim garniturze wyglądał na strasznego sztywniaka i od razu było wiadomo, że poza stolicą nikt na niego nie zagłosuje.

Sukhbaatar Square - centrum Ułan Bator, Mongolia

Nasz cel to Muzeum Narodowe Mongolii. Przerobione z dawnego muzeum rewolucji prezentuje arcyciekawe wystawy o historii kraju: od starożytności aż po dzisiejsze czasy. Bilety są dość drogie, pozwolenie na robienie zdjęć to jakiś cenowy kosmos, więc skupiamy się na oglądaniu, a nie robieniu zdjęć. Wsiadamy w wehikuł czasu i ruszamy w niesamowitą podróż od czasów epoki kamienia, przez epokę brązu, imperium Czyngis-chana, władzę Chin, rewolucję i czasy komunizmu. W kolejnych salach oglądamy stroje, broń, makiety, naczynia. Wszystko jest tak niesamowite, układa się w tak wspaniałą całość, że muzeum okazuje się jednym z najlepszych, w jakich kiedykolwiek byłem. W jednej z sal, odkrywamy znajomy styl.

Tradycyjna suknia kobiety Khalkha z Mongolii była inspiracją dla sukni księżniczki Amidali w Gwiezdnych Wojnach

Okazuje się, że suknia księżniczki Amidali z „Mrocznego Widma” (Gwiezdne Wojny) to kalka sukni ślubnej kobiet Khalkha. Podróżujemy przez historię Mongolii w przyspieszonym tempie. Jesteśmy w szoku, kiedy docieramy do lat dwudziestych i trzydziestych. To najważniejsze bodaj momenty XX wiecznej historii Mongolii. To one zadecydowały o kształcie kraju i życiu jego mieszkańców. O komunizmie, czystkach, niszczeniu religii i mongolskiej kultury jest dosłownie kilka zdawkowych wzmianek, bez nazywania rzeczy po imieniu. Wydźwięk tej części wystawy jest mniej więcej taki: socjalizm w Mongolii podniósł stopę życiową, dzięki niemu zmniejszył się analfabetyzm i umieralność, rozwinął się przemysł, rolnictwo, powstała infrastruktura, kropka. To niesamowite, biorąc pod uwagę, że komunizm umarł tu niemal śmiercią naturalną, bezkrwawo, w 1990 roku. Mimo to, Mongolia niestety cały czas nie potrafi się uporać ze swoją historią.

Ulice Ułan Bator i dziwne pomniki baktrianów

Po wizycie w muzeum chcemy jechać na wzgórze Zaisan, które oferuje najlepszy widok na miasto. Przede wszystkim szukamy właściwego autobusu. Nie jest to łatwe. W Ułan Bator autobusy są słabo oznaczone, przynajmniej dla przyjezdnych, na przystankach nie ma rozkładów, w ogóle trudno znaleźć przystanek. Kiedy już trafiamy na właściwy, w środku panuje niemiłosierny ścisk. Podobno Ułan Bator ma złą sławę miasta kieszonkowców. Trzeba uważać zawsze i wszędzie, szczególnie w zatłoczonej komunikacji miejskiej. Z okien zasapanego, ciężkiego od zapachu ludzkich ciał autobusu oglądamy ulice Ułan Bator. Utwierdzamy się w przekonaniu, że miasto jest po prostu brzydkie. Obiektywnie, nie ma tu niczego, na czym można by zatrzymać wzrok. A jednak, czuję do niego niewytłumaczalny pociąg. Ta brzydota urzeka. Mimo że w takim upale miasto jest naprawdę ciężkie do wytrzymania.

Zaisan Memorial - pomnik pamieci nieznanego żołnierza postawiony przez ZSRR. Ułan Bator Mongolila

Po dość długiej jeździe przez zatłoczone ulice, lądujemy gdzieś na południu miasta, za rzeką. Mapka w telefonie mówi, że to gdzieś tu. Wysiadamy pomiędzy budowami jakiś wysokościowców. Przechodzimy obok jakiegoś bloku, garaży z wystającymi drutami zbrojeniowymi, przechodzimy obok śmietnika i jesteśmy na szlaku prowadzącym pod stromą górę. Inny świat. Nagle z gwarnego, nieznośnego, głośnego miasta przenosimy się w góry. Wspinaczka pod pustynną górę w takim upale to mordęga, ale tak pokazuje nam mapa. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej, brodzimy w śmieciach, podchodzimy ścieżką tak stromą, że czasem musimy się łapać za kępki krzaków. W końcu po kilkunastu minutach męczącego podejścia docieramy do Zaisan Memorial.

Zaisan Memorial - pomnik nieznanego żołnierza - Ułan Bator, Mongolia

Szpetny betonowy kloc na samym wierzchołku góry. Podarowany Mongolii przez Związek Radziecki jako pomnik pamięci żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej poległych na frontach całego świata. W założeniu radzieckich architektów miał może przypominać koronę… kto to wie… Coś chyba jednak nie wyszło i bardziej przypomina palnik kuchenki gazowej lub gigantyczną betonową obrożę. Cóż, architektura stalinowskiego gotyku nie należy do najlżejszych, ale znowu, mam do niej słabość. Sam Zaisan jest niezwykle klimatyczny i od momentu, kiedy natrafiłem na jego zdjęcia w internecie, wiedziałem, że muszę go zobaczyć na żywo.

socrealistyczne Mozaiki na Zaisan Memorial - Ułan Bator Mongolia

Mozaiki socrealistyczne na Zaisan Memorial - Ułan Bator Mongolia

Przede wszystkim wewnątrz samej betonowej „obroży” Zaisan znajdują się niesamowite mozaiki w najlepszym sowieckim stylu: nieustraszeni żołnierze Armii Czerwonej w czapkach Budionówkach, marynarze z Potiomkina, dorodne, silne kołchoźnice, chłopi na traktorach, umięśnieni górnicy, kowale, hutnicy, kobiety w pięknych strojach sportowych i oczywiście pierwszy mongolski kosmonauta. Narzędzia, maszyny, kłosy zboża, dzieci, białe gołębie, gałązki oliwne, kwiaty oraz żołnierze, karabiny, czołgi. Ludzie z czerwonymi gwiazdami na piersi, trzymający się za ręce, powiewające sztandary, dumne twarze i te pozy, spojrzenie w dal, jakby w świetlaną przyszłość komunizmu. Piękne i jakże spójne symbole socjalizmu. Wszystko w jednym miejscu. Jak w wielkim propagandowym supermarkecie, wystarczy wielki wózek i można pakować co się chce.

Panorama Ułan Bator z Zaisan Memorial - Ułan Bator

Panorama Ułan Bator z Zaisan Memorial - Ułan Bator Mongolia

Dopiero ze wzgórza Zaisan widać dokładnie jak mało wyszukane architektonicznie jest Ułan Bator. Miasto wygląda jakby walczyło same z sobą, jak organizm próbujący goić okropną ranę, odbudowywać zniszczoną skórę. Blokowiska strzelające w górę spomiędzy domów jednorodzinnych. Gery rozsiane po wzgórzach otaczających miasto. Budujące się centra handlowe i luksusowe apartamentowce. Straszące pawilony handlowe w stylu lat ’90, pola, nieużytki, pastwiska z krowami. Wszystko bez ładu i składu. Nie ma tu europejskiego porządku, jest żywioł. Może to jest brzydkie, ale ja kocham właśnie tę żywiołowość. Jest w tym jakieś dziwne, perwersyjne piękno. Ta swoboda, wolność, to coś, co Mongołowie mają to w genach. Lud koczowniczy, który w zasadzie nigdy na dobre nie osiadł w mieście, nie stworzyli żadnego ośrodka miejskiego z prawdziwego zdarzenia. Nawet Karakorum było malutkie. Mongołowie nie przywiązywali się nigdy do miast, jednak dzięki koczowniczemu trybowi życia potrafili doskonale łączyć różne kultury, style, doświadczenia. Za czasów Czyngis-chana łączyli wynalazki Chin z myślą Europy i Bliskiego Wschodu, teraz łączą gery, drewniane szopy i szklane wieżowce. Źle to wygląda? Nie nam to oceniać. Z jakiegoś powodu Mongołowie nadal mieszkają w gerach, nawet przy 40-stopniowych mrozach. Może więc jednak są lepsze niż komunistyczne blokowiska?

Ułan Bator - luksuowe osiedle, obok bloków stoją tradycyjne mongolskie gery

Jak się okazuje, na Zaisan można było się łatwo dostać schodami. Nie trzeba było uprawiać amatorskiej wspinaczki skałkowej w żarze lejącym się z nieba. Schodzimy więc przynajmniej jak ludzie a nie jak kozice. Mijamy nowiutkie centra handlowe, fontanny, w których pluskają się dzieci. Kiedy mijamy jedno z luksusowych osiedli odgrodzonych od ulicy wielkim metalowym płotem, w oczy rzucają nam się gery stojące na trawniku. Nie wiem czy są to pomieszczenia gospodarcze, budki dla ochroniarzy czy coś jeszcze innego, ale wygląda to komicznie. Nowiutkie wieżowce jak z Dubaju a pod nimi, obok wjazdy do podziemnego garażu stoją gery. Staje się dla nas jasne, że mieszkanie w gerach to nie kwestia biedy, czy nawet przyzwyczajenia a raczej wygoda i praktyczne podejście. Na dobrą sprawę, można do nich podciągnąć prąd, wodę, kanalizację. Wyglądają jak namiot, ale nie ustępują w niczym murowanym domom.

Ulice Ułan Bator - Mongolia

Wracamy do centrum w koszmarnym upale. Chcieliśmy pospacerować, ale po przejściu paru przystanków mamy dosyć. Dusimy się od spalin, jesteśmy spaleni słońcem i pękają nam głowy. Łapiemy autobus i uciekamy do centrum. Stamtąd wracamy do hostelu odpocząć. Akurat nadciągają chmury i robi się nieco przyjemniej. Po drodze wstępujemy jeszcze na obiad do mongolskiej sieciówki Khaan Buuz. Połączenie stołówki Sodexho i chińczyka. Kuchnia mongolska to oczywiście baranina. Tłusta, o charakterystycznym, zdecydowanym smaku, ale taka dobra. I dobro z pobliskich Chin: delikatne pierożki z mięsem. Do tego oczywiście dobro z Rosji: sałatka ziemniaczana. Zimna od klimatyzacji restauracja wykańcza nas jeszcze bardziej. Zmęczeni docieramy do naszego hostelu i zalegamy na tarasie. Leżymy sącząc zimne piwo patrząc na miasto i wsłuchując się w jego nie milknący zgiełk. Leniwie rozmawiamy, patrzymy na gęsią skórkę, która pojawia się na ręce od nagłych podmuchów rześkiego wiatru, odpoczywamy. W końcu odpływamy w poobiedniej sjeście.

Uliczki Ułan Bator - 16 dzielnica. Wąskie, nieutwardzone, otoczone płotami z blachy i prowizorycznymi chatami

Budzę się późnym popołudniem i postanawiamy się jeszcze pokręcić po okolicy. Przy okazji kupić jakieś pamiątki z Mongolii: jakiś aaruul, masło, kimchi, miejscowe słone ciastka, cokolwiek, co pozwoli nam cieszyć się tym niesamowitym krajem jeszcze dłużej. Chodzimy okolicznymi uliczkami 16 dzielnicy. Wąskie i obskurne, ciągną się pomiędzy prowizorycznymi płotami z blachy i spróchniałych desek lub brudnoszarego muru. Cała okolica sprawia wrażenie nieprzyjemnego miejsca, ale pozory mylą. Już krótki spacer utwierdza nas w przekonaniu, że to tylko wymysł wyobraźni. Ludzie są uśmiechnięci, życzliwi, ciekawi co ktoś z daleka robi w takim miejscu. Tu po prostu mieszkają ludzie i trudno trafić tu przez przypadek. Dla mnie to właśnie takie miejsca są celem podróży, chcę zobaczyć jak żyją ludzie: co jedzą, jak się ubierają, jak wywieszają pranie. To pozwala ich zrozumieć. Na pewno lepiej niż pomniki, świątynie i pałace. To tu dzieje się życie.

Ulica prowadząca do klasztoru Gandan - Ułan Bator, Mongolia

Ulica w okolicy klasztoru Gandan - Ułan Bator, Mongolia

Docieramy do szerokiej – asfaltowej – ulicy, prowadzącej do klasztoru Gandan. To chyba najlepiej zachowany zespół budowli buddyjskich w całej Mongolii. Pochodzi z XIX wieku, w czasach komunizmu cudem uniknął czystek i został przez władze zachowany jako pokazowy klasztor dla gości z zagranicy. Miał pokazywać przybyszom, że „domniemane” czystki religijne – rozstrzeliwanie mnichów, równanie z ziemią klasztorów i świątyń – to wymysł kapitalistycznej propagandy i „wrogów rewolucji”. Szare niebo, ciężkie od ołowianych chmur. Pośrodku szerokiego deptaka setki gołębi podrywa się stopniowo przed naszymi krokami. Powstaje z nich rozstępująca się pulsująca ściana. Klimat coś jak pomiędzy filmami Hitchcocka a „The Ring” – niesamowity, niepokojący. Jakbyśmy nagle przenieśli się do jakiegoś rozpoczynającego się właśnie koszmaru a cały czas jesteśmy przecież w środku wielkiego miasta.

Brama do klasztoru Gandan - Ułan Bator Mongolia

jedna ze świątyn na terenie klasztoru Gandan - Ułan Bator Mongolia

Przed nami przepięknie zdobiona brama wjazdowa do klasztoru. Ku memu zaskoczeniu jest szeroko otwarta a kasa obok zamknięta. Jest po 17:00 więc chyba można już wchodzić swobodnie. Wchodzić? Właśnie widzę, jak przez bramę przejeżdża samochód. Wewnątrz błądzimy po podwórkach, pomiędzy zdobionymi murkami, pod drzewami, mijamy kolejne świątynie, kapliczki i stupy. Tu i ówdzie pracują jeszcze ospale ogrodnicy i robotnicy. Powoli układają kamienie, wylewają chodnik, zamiatają, poprawiają klepkę. Wszystko to pod niesamowitymi, tajemniczymi rzeźbami i malowidłami Buddy, tymi pofałdowanymi dachami. Pokryte kunsztowną, wzorzystą dachówką, przypominają przyczajone na budynkach smoki pilnujące tego miejsca.

wnętrze klasztoru Gandan swiatynia Didan Lawvran - Ułan Bator Mongolia

Migjid Janraisig - główna atrakcja klasztoru Gandan - Ułan Bator - Mongolia

Spacerujemy po coraz bardziej wyludnionym klasztorze. Gdzieś pomiędzy drzewami trafiamy do świątyni Didan Lavran – azylu XIII Dalajlamy, który zbiegł do Mongolii na początku XX wieku po inwazji Anglików na Tybet. Atmosfera tego miejsca jest niesamowita. Powietrze dosłownie tu wibruje, gdzieś w oddali słychać stłumione mruki śpiewu mnichów. Cicho brzęczą i dudnią powoli obracane blaszane bębenki modlitewne. Czuje się jak w jakiejś niesamowitej baśni. To miejsce jest jak tajemnicza kraina uwięziona pośrodku miasta. A prowadzi do niej zwyczajna brama, tylko z pozoru będąca wjazdem do świątyni. Na końcu docieramy do głównego budynku – Migjid Janraisig, niestety jest zamknięty. Otoczony stupami, przypomina masywną fortecę, cytadelę. Dach to znowu drzemiące smoki, obok nich złote dzwony i przepiękne zdobienia. Robi się już późno a nas od zadzierania głów aż bolą nas szyje. Pora wracać. Jeszcze tylko szybki sklep i już wracamy maleńkimi obskurnymi uliczkami XVI dzielnicy.

Widok z tarasu Gana's Guesthouse - Ułan Bator Mongolia

Powoli nadchodzi wieczór. Ułan Bator stopniowo pochłania wieczorna szarość. Wracamy do Gana’s Guesthouse i rozkładamy się na ogromnym tarasie na dachu budynku, przed naszym gerem. Tak, ostatnie dwie noce postanawiamy spędzić jeszcze w gerze. W zasadzie niczym się nie różni od pokoju wewnątrz budynku. Przynajmniej teraz, latem. Siadamy na ławeczce z widokiem na Ułan Bator, patrzymy na zapadający zmrok i błyskające neony, słuchamy szumu aut i akompaniamentu klaksonów. W milczeniu przemierzamy jeszcze raz Mongolię. Przeżywamy naszą przygodę na nowo. Dwa tygodnie w drodze. Prawie 3 500 km. Pustynia, góry, stepy, lód, śnieg, deszcz, burze piaskowe, wydmy, rzeki, strumienie, jeziora. Do tego bajecznie piękne, gwiaździste niebo, wschód księżyca, wiatr łopoczący w środku nocy naszym namiotem, budzące nas swoimi porannymi rytuałami zwierzęta. Wspaniałe chwile, przygody, radość. Aż trudno uwierzyć, że to koniec, że jutro wstaniemy wcześnie rano, zjemy śniadanie, zapchanym pod korek autobusem pojedziemy na lotnisko i tam pożegnamy Mongolię. Na pewno nie na długo.

Ułan Bator, Mongolia