obrazy z Beagle channel i okolic Ushuaia pozostaną w mojej pamięci na długo. Ziemia Ognista zachwyca. Argentyna - jeszcze tu wrócę

Ushuaia. Wycieczka po kanale

Po trzech dniach spędzonych w górach, chciałem przede wszystkim odpocząć. Prysznic, golenie, spanie w ciepłym łóżku i jedzenie. Chcę odbić sobie wszystko to czego mi brakowało. Z butami pożegnałem się niemal na dobre. Nawet do pobliskiego supermarketu poszedłem w klapkach. W ogóle sprawiałem wrażenie dzikusa. Naprędce usmażonego steka wchłonąłem tak szybko, ze siedząca obok starsza australijska para zapytała mnie ile dni nie jadłem.

ushuaia, tierra del fuego, Ziemia Ognista, Argentyna

Postanowiłem się wyspać. Miałem jeden dzień ekstra, ponieważ szlak zrobiłem w trzy dni, zamiast cztery, jak mówił przewodnik. Nie miałem planów na ten dzień. Postanowiłem popłynąć na wycieczkę po Beagle Channel oddzielający dwie wyspy Ziemi Ognistej. Zasięgnąłem języka i wybrałem jedną z kilku wycieczek. Podobno wszystkie są mniej więcej takie same. Do wyboru miałem jeszcze rejs na wyspę pingwinów, ale ponieważ był horrendalnie drogi a pingwiny widziałem zaledwie miesiąc wcześniej w RPA, odpuściłem.

Port w miasteczku Ushuaia - el fin del mundo czyli koniec świata

Rejs zaczynał się o 14:00, wiec miałem nieco czasu, żeby pochodzić po Ushuai. Miasteczko, mimo niezaprzeczalnej brzydoty, ma w sobie jakąś moc. Przyciąga szczególnie nabrzeże. Atmosfera jaka tu panuje, potęguje uczucie bycia gdzieś na końcu świata. Sinoszare, ciężkie chmury, woda, starki, barki, kutry, łajbki, wszystko co pływa, do tego silny, złośliwy, nieprzyjemny zimny wiatr. Za mną miasteczko opierające się o gołe, przepiękne i dumne szczyty Andów. Przede mną kanał i majaczące w oddali jeszcze piękniejsze góry.

nadmosrksa promenada w Ushuaia, ciepło nie jest, ale przyjemnie. Ziemia Ognista, Ushuaia

Przysiadłem sobie na ławce przy brzegu, nieopodal słynnego znaku „El fin del Mundo” i chroniąc się przed ciągle podwiewającym moja kurtkę zimnym wiatrem, patrzyłem przed siebie. Na wodę, góry, statki. Na koniec świata. Rozmyślałem o tym jak to jest tu żyć, pływać na tych statkach. O tym co tu można robić w zimie. O Antarktydzie, która zaczyna się jakiś 1 000 km stąd. O tym tajemniczym, pięknym lądzie. Tak bardzo chcę się tam dostać. Chcę postawić stopę na ostatnim, nieodwiedzonym jeszcze przeze mnie kontynencie. A naokoło Ushuaia żyje własnym życiem. Ludzie spacerują, wyprowadzają psy, robią sobie zdjęcia z tablicą. Obok siedzi jakaś parka podróżników, plecaki na ziemi, popijają yerbę zalewaną wodą z termosu, brzdąkają sobie na gitarze. Innego końca świata nie będzie.

Ushuaia, port nad Beagle Channel, Ziemia Ognista, Argentyna

Wycieczka zaczyna się oczywiście z solidnym opóźnieniem. A to trzeba się zebrać, a to przejść przez port, a to coś się przesunie itp. Itd. Latynoska manana – nie ma się co dziwić. Zupełnie mi to nie przeszkadza – podczas pobytu w górach zapomniałem o zegarku, rozkładach i dedlajnach. Jestem wolny i szczęśliwy. Czasu nie liczę. Po wejściu na pokład kilkunastoosobowej łodzi, ruszamy z impetem przecinając wody kanału.

port Ushuaia, statek płynący na Antarktydę, Ziemia Ognista, Argentyna

Kiedy opuszczamy port, nasz przewodnik pokazuje na duży statek zacumowany przy kei. – to statek płynący na Antarktydę. – od tego momentu nie mogę oderwać od niego wzroku. Jest piękny, toporny, zupełnie niepasażerski. Właśnie tak wyobrażam sobie moja podróż na Antarktydę. Na takim statku. Sprawia wrażenie jakby jego głównym celem było dotarcie do brzegów Antarktydy a nie przewożenie ludzi. To nie jest wycieczkowiec. To jest właśnie statek.

tam jest przylądek Horn, czylu Cabo de los hornos, Chile, Argentyna, Ziemia Ognista

Oddalamy się od portu coraz bardziej. Woda robi się coraz bardziej niespokojna, statkiem rzuca coraz bardziej. Trudno wysiedzieć na zewnątrz, wszyscy „normalni” pasażerowie wracają więc do kajuty. Zostaję sam na pokładzie. Pomimo przeszywającego zimnego i wilgotnego wiatru szczypiącego w policzki, nos i dłonie, chłonę przepiękne otoczenie. Przede wszystkim, w miarę oddalania się od Ushuai, rozpościera się przede mną widok na chilijską wyspę Navarino i wznoszące się na niej szczyty samej końcówki Andów Ziemi Ognistej. Ten widok odcina mnie od myślenia o tym, że wieje, że zimno, mokro i źle. Nic innego się nie liczy. Ten widok rozgrzewa serce i całe ciało. Cieszę się jak dziecko patrzące na górę prezentów pod choinką.

to kormorany nie pingwiny, na jednej z wysepek na Beagle Channel, Ziemia Ognista, Argentyna

Stoję tak jak zahipnotyzowany i patrzę na góry mieniące się w promieniach słońca przebijającego się przez kłębiaste, piękne chmury. W pewnym momencie statek zwalnia i niemal się zatrzymuję. Wzmaga się ruch. Nagle wszyscy jak poparzeni wyskakują z kajuty na przód statku. Wiatr przywiewa do mnie pojedyncze głosy i krzyki. Idę więc na przód statku. Dobijamy do Isla de los pajaros – wyspy ptaków. To wielka płaska skała wystająca z wód zatoki, przypominająca gigantyczny stół. Na niej żyją setki tutejszych kormoranów, które ze względu na swój rozmiar i ubarwienie, są często mylone z pingwinami.

wyspa kormoranów a nie pingwinów - kanał Beagle, okolice Ushuaia, Argentyna
Wyspa sprawia z bliska dość niepokojące wrażenie. Ptaków jest tyle, że całość przypomina wibrujące mrowisko. Nie tylko kręcą się po wyspie, ale także latają nad nią, obok, dookoła. Szybują, unoszą się nad nią. Całość pulsuje w jakimś dziwnym ,tylko sobie znanym rytmie. Ptaki coraz bardziej słychać. Skrzek, pisk, gwar, aż zaczynają boleć uszy. Cienie przemykające nad głową. Ptaki nas niemal okrążają. Zaczynam sobie przypominać sceny z „Ptaków” Hitchcocka. Do tego ciężki, duszny zapach. Kapitan chyba wyczuwa, że mamy lekko dość. Z ulga przyjmujemy bulgot silnika i zdecydowane szarpnięcie statku. Ruszamy na wschód, opływając wyspę. To dziwne ptasie królestwo powoli pozostawiamy za sobą.

nasz przewodnik pokazuje gdzie płyniemy i opowiada historię rdzennych lodów ziemi ognistej, Ushuaia, Argentyna

Płyniemy na wschód Beagle Channel. Znowu wszyscy chowają się w kajucie. Jest zimno i wieje. W środku jest ciepła herbata i ciastka. Do tego przewodnik zaczyna opowiadać o ludach zamieszkujących kiedyś Ziemię Ognistą. Mówi o pochodzeniu nazwy – kiedy kilkaset lat temu Magellan przepływał przez cieśninę nazwaną później jego imieniem, zobaczył na wyspach setki palących się ognisk. Razem sprawiały wrażenie, jakby cała ziemia płonęła. Przy tych ogniskach ogrzewali się mieszkający tu Indianie. Podobno chodzili prawie nago. Kiedy to słyszę, aż przechodzą mnie dreszcze. Nie wyobrażam sobie zdjąć tu kurtki, co dopiero bluzę i jeszcze dwa T-shirty, które mam na sobie. Ogrzewali się przy palących się wszędzie ogniskach a swoje ciała pokrywali obficie tłuszczem fok i lwów morskich.

takim statkiem pływamy bo beagle channel - rejs jest wspaniały, Ushuaia

Opowieści przewodnika są niesamowite, nadają temu miejscu zupełnie nowego wymiaru, magii. Słyszę o rzeczach, których nie jestem sobie w stanie wyobrazić. O życiu Indian, o tym co jedli, jak żyli, co robili na co dzień, jak się bawili. W końcu słyszę jak zostali wytępieni przez białych. Koniec historii. To straszne słuchać w tylu miejscach jak przybyli koloniści z Europy i tępili miejscową ludność. Australia, RPA, USA, Gwatemala, Fidżi… wszędzie podobne historie. A biali turyści słuchają i kiwają głowami ze zdziwienia, wzdychają. Zupełnie jakby słuchali o jakichś obcych cywilizacjach, które dawno wyginęły. Ciekawe czy wiedzą, że to ich przodkowie robili takie rzeczy. To byli jacyś „oni”, nie my, nie nasi przodkowie. Nie wiem czy mogę mówić o uldze, ale odczuwam coś w tym rodzaju, bo my nie mieliśmy nigdy kolonii, nie podbijaliśmy, nie niewoliliśmy, nie tępiliśmy. Nie, to jednak nie jest żadna ulga. Jest mi przykro tak czy siak. Że my – ludzie – potrafimy robić sobie takie rzeczy.

beagle channel - rejs z ushuaia, ziemia ognista, Argentyna

Potrzebuje powietrza. Wychodzę na pokład. Zamiast myśleć o ludziach i okrutnej historii, wolę patrzeć na góry i morze. To fantastyczny teatr. Pogoda zmienia się co chwilę. Patrząc w różnych kierunkach, widzę zupełnie różne światy. Na zachodzie tonące w słońcu góry i morze. Na wschodzie ciężkie chmury wiszące nisko nad ciemnymi górami. Wieje coraz bardziej. Jakby w miarę oddalania się od Ushuai i przybliżania do Antarktydy, pogoda przygotowywała nas na spotkanie z lodowym kontynentem.

latarnia morska el fin del mundo, ushuaia, ziemia ognista, argentyna

W końcu na horyzoncie przed łodzią pojawia się mała skalna wysepka, na której majaczy latarnia morska. To cel naszej podróży – Latarnia na końcu świata. Ta którą opisuje w swoich książkach Juliusz Verne. Południowy kraniec Ziemi. Dalej nie ma już nic. Tak naprawdę jednak to żaden koniec świata. Takie małe kłamstewko. Dalej jest jeszcze Port Williams i Chile. I następna latarnia jakieś kilkadziesiąt kilometrów dalej na południe. Ale nikt tam nie pływa. Nikt tamtej nie ogląda. Więc w zasadzie ta może się pochwalić mianem „tej na końcu świata”. Dlatego też jest na wszystkich pocztówkach, plakatach, magnesach na lodówkę, książkach itd. W każdym razie robi wrażenie. Czy to ważne, że to nie ta?

jedna z wysp na kanale Beagle, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna

lwy morskie, a może foki na kanale Beagle, Ushuaia, Argentyna

Jeszcze zanim dopływamy do latarni, łódź zatrzymuje się przy mniejszych skalnych wysepkach. Znowu ten sam scenariusz. Ludzie wybiegają z kajuty. Nie przeszkadza im ziąb, wiatr, fale. Znowu aparaty, pozowanie, pstrykanie, przekrzykiwanie. Ale nie ma ptaków. Nie słychać ich i nie śmierdzi. Jest coś lepszego – kolonia lwów morskich! Masywne, błyszczące brązowe cielska rozłożone na gołych skałach co i raz zalewanych przez spienione fale. Leniwe, jakby spały. Nie zwracają uwagi na nic. Ani ziąb, ani fale, ani na łódź z bandą przekrzykujących się fotografów amatorów. Od czasu do czasu jedynie otworzą oczy, leniwie ziewną, zaryczą, przeczłapią przekomicznie z jednego miejsca w drugie tylko po to aby znów zastygnąć w bezruchu.

latarnia el fin del mundo, ushuaia, Argentyna

Kiedy zawiewa od strony wyspy lwy morskie można równie doskonale poczuć. Nie wiem który smród jest gorszy – kolonii kormoranów czy lwów morskich. Oba są złe. Najgorsze. Stara ryba, stary tłuszcz, po prostu zło w najczystszej postaci. Na szczęście wiatr co chwila się zmienia dając nam szanse na oddychanie. Po krótkiej chwili i jakiś setkach pstryków migawek płyniemy dalej. Niedaleko za lwami morskimi dopływamy do wyczekiwanej latarni „El fin del Mundo”. A więc to tu. Przysłowiowy koniec świata. Właśnie tak zawsze wyobrażałem sobie latarnie morską. W takim miejscu widziałem „Latarnika” kiedy przedzierałem się przez lekturę w liceum.

latarnia el fin del mundo - to tu - ushuaia, ziemia ognista, Argentyna

Mikroskopijna wysepka. Trudno nawet nazwać to wyspą. To po prostu kawałek gołej skały wystający ponad wody kanału. Co i raz z tępym i głuchym trzaskiem rozbijają się o nią spienione fale. Na samym czubku dumnie stoi czerwono-biała latarnia. Przypomina słup graniczny. Jakby mówiła – tu kończy się świat jaki znamy. Tam dalej jest tajemniczy, pokryty lodem kontynent. Chciałbym tu wysiąść, pobyć na wyspie chociaż przez chwilę. Wejść na szczyt wieży krętymi schodami. Stanąć obok latarni i patrzeć naokoło. Obserwować ten piękny kawałek świata – jego skraj – z tej wieży granicznej. Przy okazji mam też cichą nadzieję dojrzeć coś co jest poza tym naszym światem.

beagle channel, na południe od Ushuaia, dalej jest tylko Przylądek Horn

Niestety nie ma szans na lądowanie. Przy takiej pogodzie, przybicie do wyspy jest absolutnie niemożliwe. Zastanawiam się jak ludzie mogli żyć. Przy tak niesprzyjającej, kapryśnej pogodzie. Ciągły chłód, wilgoć, nieprzyjemny wiatr i totalna nieprzewidywalność. Opływamy wysepkę z latarnią dookoła i kierujemy się z powrotem na zachód. Mijamy kolejne statki, stateczki i katamarany z innymi wycieczkami – takimi jak nasza lub płynącymi dalej – na wyspę pingwinów.

Ushuaia widziana ze statku na kanale Beagle, po drugiej stronie Przylądek Horn

Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Wieje coraz mocniej. Z zachodu, a więc wiatr, który do tej pory popychał nas do przodu, teraz wieje prosto na nas. Pojawiają się wysokie fale. Zaczyna konkretnie bujać. Statek skacze do góry i do dołu. Trudno wstać z miejsca. Wszyscy chowają się do środka. W kajucie pojawiły się ciasteczka, yerba i gorąca herbata. Ludzie zaczynają się częstować. Jakoś pod skórą czuję co się zaraz stanie. I dzieje się, wszyscy po kolei zaczynają wymiotować. Torebki latają na lewo i prawo. Naokoło stołu z ciasteczkami i herbatą. Jest strasznie. Naokoło wszyscy z torbami przy ustach. Bleh! Tymczasem chłopak naprzeciwko mnie spokojnie je ciasteczka i popija herbatą.

statek rozbija wzburzone wody kanału beagle, Ushuaia, Argentyna

Wychodzę, bo robi mi się niedobrze. Nie od bujania ale od tego rze wszyscy haftują a gość sobie je. Na niego też przyjdzie pora. Z trudem wychodzę na zewnątrz. Przewodnik mówi mi, że będzie mokro, ale jak chce hardkoru, to żebym wszedł na górę i tam usiadł na ławeczce z przodu. Fale są tak wysokie i buja tak bardzo, że woda przelewa się górą – nad statkiem. Zasada prosta – kiedy idzie fala, kucasz i chowasz się za kawałkiem pokładu. Kiedy woda przeleci, wychylasz się z powrotem. Łatwo powiedzieć. Szarpie tak bardzo, że trudno ustać. Udaje mi się jakoś owinąć pomiędzy barierkami i trzymając się jedną ręką próbuje robić zdjęcia. Widoki i wrażenia są absolutnie oszałamiające. Piękno natury i kaprys arktycznego morza. Po kilkunastu minutach jestem przemarznięty i przemoczony. Kiedy wróciłem do kabiny, wszyscy patrzyli na mnie jak na idiotę. No cóż. Ja byłem na górze i przeżywałem, oni rzygali.

dobijamy do jednej z wysepek na kanale beagle, Ushuaia, Argentyna

Po jakiejś pół godziny, docieramy do wyspy na kanale. Tu będzie wysiadka i zwiedzanie. Wszyscy się zastanawiają co będziemy zwiedzać, bo wyspa to nieduża płaska plamka na wodach kanału, pokryta kępkami niskiej trawy, porostami i karłowatymi krzakami. Do tego hula na niej wiatr. Hula to mało powiedziane. Wiatr tu szaleje. Na szczęście zdążyłem przeschnąć, inaczej byłoby słabo. Wyspa jest przepiękna. Akurat się wypogadza. Po raz kolejny, niemal w jednej chwili znika deszcz, wiatr rozgania chmury, zza których wychodzi słońce. Jak w kalejdoskopie. Pojawia się światło. Dużo światła. Kolory nabierają mocy, soczystości, siły. Błękit wody jest jeszcze głębszy. Sinoszare sylwetki gór nabierają wyrazistości. Niebo nareszcie jest niebem – wesołym, pełnym nadziei. Wyspa tętni złoto-zielonymi trawami.

kanał beagle, Ushuaia, Argentyna, Ziemia Ognista w całej swej wspaniałości

na jednej z wysepek kanału beagle, Ushuaia, Argentyna

Schodzimy wszyscy z łodzi i przedzieramy się wąską, wydeptaną w trawach ścieżką, opierając się mocnym powiewom wiatru. Wyspa jest całkowicie odsłonięta. Momentami trzeba walczyć o każdy krok. Cześć wycieczki się poddaje i wraca na łódź. – Zimno, wieje i nie ma tu co oglądać, tylko trawa – słyszę. Nigdy tego nie zrozumiem… Ścieżka kręci wśród traw. Musimy uważać na tutejsze porosty, które rosną 1mm na rok i uszkodzone giną. Tutejsze okazy maja ponoć kilka tysięcy lat, do życia potrzebują zimna i wilgoci. Większość jednak wygląda na uszkodzoną, bo wysycha. Ich los jest zatem przesądzony.

przepiękne słońce, woda i wiatr na kanale Beagle, Argentyna, Ushuaia

Ziemia Ognista - czasem słońce czasem deszcz, Kanał Beagle, Ushuaia, Argentyna.

Docieramy do wydeptanego wśród traw okrągłego zagłębienia o głębokości pół metra i średnicy około 3,5 metra. Wygląda mi jak miejsce biwakowe. I takowym się okazuje. To w tym miejscu setki lat temu, okoliczni Indianie rozbijali swoje namioty. Ale po co tu? Na takiej małej i pustej wyspie. Nie ma tu jedzeni, opału, schronienia. Wątpliwości rozwiewa przewodnik. Indianie pływali całymi rodzinami, łowili ryby i polowali na lwy morskie. Kiedy byli na kanale i zrywał się wiatr, nie było mowy o powrocie na ląd, wiec chowali się tu przed pogodą. Rozstawiali namioty i siedzieli w nich dniami a czasem tygodniami. Palili krzakami i trawą. Jedli to co dało się znaleźć w pobliżu – najczęściej małże. Było tak zimno i wiało, że praktycznie nie ruszali się z namiotu. Wszystkie odpadki wyrzucali naokoło namiotu. Przez setki lat w ten sposób narosły warstwy śmieci – muszli, kości i odpadków, które obrastały i otulały namiot, tworząc dodatkową osłonę od wiatru. To dlatego wydaje się, że namioty stały w dołkach.

ziemia ognista - wyspa na kanale beagle, Argentyna

To chyba jedna z najbardziej niesamowitych historii o przetrwaniu, jakie słyszałem. Próbowałem sobie wyobrazić tych półnagich Indian, wysmarowanych tłuszczem lwów morskich, skulonych w maleńkim namiocie wokół anemicznego ogniska, jedzących małże i wyrzucających muszle za siebie. W małym namiocie, wśród traw, na smaganej bezlitosnymi, arktycznymi wiatrami wysepce pośród spienionych wód kanału. Czekających na poprawę pogody, zdanych całkowicie i absolutnie na kaprysy natury. Nie mogę wyjść z podziwu dla tych ludzi. Nie mogę tez powstrzymać ogromnego smutku, jaki los ich spotkał. Po prostu przestali istnieć. Zniknęli z powierzchni Ziemi, wytrzebieni przez choroby, alkohol i białego człowieka. A patrząc na pozostałości po namiotach, wydawałoby się, że potrafili przetrwać wszystko. Z wyjątkiem innych ludzi.

kanał beagle, Argentyna, Ziemia ognista

Beagle Channel, Ushuaia, Argentina

Wycieczka zwija się szybko z powrotem na łódź. Ja zostaję i kręcę się jeszcze po wyspie. Ścieżek nie jest dużo, staram się też nie dotykać niezwykle wrażliwych porostów. Zapominam o wietrze. Chłonę wyspę i całą okolicą tak łapczywie jakbym nigdy więcej miał jej nie zobaczyć. Jakbym nie robił zdjęć. Chciałem zapamiętać każdy szczegół, każdy element tego przepięknego obrazu. Chmury odsłaniają na chwilę majestatyczne, ostre szczyty po chilijskiej stronie kanału. Tamta strona wydaje się odległa, senna, jakby nic tam się nie działo. Jakby była już poza granicą naszego świata. Wiatr odsłania również szczyty Parku Narodowego Tierra del Fuego. Próbuję robić zdjęcia, ale nic nie widać – park jest centralnie na zachód. Trudno nawet patrzeć w tamtą stronę.

Wyspa na kanale Beagle, Tierra del Fuego - czyli ziemia ognista, Argentyna
Z każdym krokiem, staram się wczuć w ludzi, którzy tu mieszkali. Próbuje się wczuć, poczuć, wyobrazić sobie jak żyli. Chodzę po tej samej ziemi co ci niesamowici ludzie. Oddycham tym samym powietrzem. Patrzą na mnie te same przepiękne góry. Jest tu jakaś energia, która wzmaga niesamowitość tego miejsca. Bo miejsce to nie tylko przestrzeń. To ludzie, którzy w niej żyją. To oni je tworzą. Oni sami, albo tak jak w przypadku Ziemi Ognistej – ich wspomnienie, ich energia, ich duch. W końcu słyszę syrenę ze statku. Powtarza się kilkakrotnie. To zdecydowanie znak, że muszę wracać. Musze zostawić ten niesamowity, przepiękny świat Indian i wrócić do mojego świata białego człowieka, który tu przybył zrównał wszystko z ziemią i postawił swoje, zgodne z naszymi białymi porządkami. Indianie to przeszłość. Szkoda. Mamy szczepionki, komputery i latamy w kosmos ale na pewno moglibyśmy się od nich wiele nauczyć – o świecie, życiu i sobie samych.

z wyspy wracamy na łódź, Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna

Zarówno załoga jak i współuczestnicy wycieczki nie byli zachwyceni tym, że się „Zasiedziałem” na wyspie. Miałem wrócić zaraz, zeszło się trochę więcej. W sumie też by mi się nie chciało siedzieć w ciasnej i dusznej kabinie statku, przy herbacie, ciasteczkach i unoszącym się smrodzie wymiocin. Droga powrotna minęła w okamgnieniu. Jeszcze chyba nigdy powrót nie był tak szybki. To dlatego, że wyspa nie jest daleko od Ushuai. To niesamowite jak blisko od siebie są te dwa światy. Wydaje się, że dzieli je wszystko, a w przestrzeni to tylko jakiś kilometr. Docieramy do portu pod wieczór. Ludzie rozchodzą się. Każdy się spieszy do swojego hotelu, do restauracji na kolacje. Ja jakoś nie mogę się odwrócić tyłem do kanału, cały czas mnie ciągnie, cały czas o nim myślę, chce jeszcze popatrzeć, nie mogę się od niego odkleić.

port Ushuaia pod wieczór, Argentyna. Ziemia ognista

Ten rejs to było dla mnie coś więcej niż tylko przepłynięcie się stateczkiem po przybrzeżnych wodach, oglądanie ptaków, lwów morskich, latarni i gór naokoło. Dla mnie to przede wszystkim jedność z tym miejscem. Nierozerwalnie połączonym z zimnymi wodami arktycznego morza, z mroźnym, szczypiącym w poliki wiatrem. Ze spienionymi falami. To miejsce to historia życia. Zupełnie innego niż nasze, często niezrozumiałego i nawet trudnego do wyobrażenia. Całość owiana atmosferą tajemniczości i magii nadaną przez opowieści Juliusza Verne. Czułem się tutaj jakbym był na pokładzie Nautilusa, jakbym odkrywał niezbadane zakątki naszej planety, jakbym docierał do krańca świata który znamy. Tak, ten rejs miał w sobie magię. Trochę psuły ją wymiotujące emerytki z Francji, ale i tak nie zapomnę go do końca życia.

Beagle Channel i jego wyspy zachwycają. Ziemia Ognista to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi - na pewno w Argentynie

 

I na pewno tu jeszcze wrócę. Ziemia Ognista to jedno z tych miejsc, które zaraża. Zaszczepia jakiegoś tajemniczego wirusa, który nie daje nam spokoju. Nie daje się wyleczyć. Sprawia, że cały czas wracamy tam myślami, wspominamy, planujemy. Aż do kolejnego razu. To nie kwestia „czy”, ale „kiedy”.

Ushuaia, Ziemia Ognista, Argentyna