boska plaża w Loch Ard Gorge, Great Ocean Road, Victoria, Australia

Victoria. Great Ocean Road

Lubię spać w samochodzie. Nawet jeżeli niezbyt jest miejsce, żeby się rozprostować. Niestety Nissan Micra, to nie jest auto do spania. Siedzenia się nie rozkładają na płasko, tylna kanapa też nie. Ale co tam. Jedną noc można. Szczególnie w takich okolicznościach przyrody. Pobudka w wykonaniu ptaków, których dotąd nigdy nie słyszałem, wynagradza wszystko.

Lakes Entrance, Victoria, Australia

Z Mallacoota jadę dalej Princes Hwy na południe. Kiedy czytałem o Australii, wyobrażałem sobie, że będę jechał piękną drogą nad morzem. Po klifach. Co chwila będę przystawał, żeby popatrzeć na morze. Tymczasem jest pięknie ale morza nie widać. Jadę przez lasy, wzgórza. Poprzecinane pastwiskami. To nie jest wybrzeże. To jest już interior. W Australii interior zaczyna się nagle. W zasadzie za pierwszą warstwą pagórków, które odcinają morze. Wodę widać od czasu do czasu, kiedy droga odbija na wschód. Tak jak w Lakes Entrance.

Lakes Entrance, Victoria, Australia

Poza tym Cały czas las. Mijam kolejne miejscowości o malowniczych nazwach: Cann River, Orbost, Marlo. Miejscowości to w zasadzie dużo powiedziane. Nagle kończy się las, zaczynają pastwiska i widać kilka domów. Obok wiatraki. Owce. Rano można trafić na kangury. Są tutaj strasznym problemem dla kierowców. To przerażające ile ich leży martwych przy drodze. Trafienie kangura, to nie tylko problem zwierzęcia. Dla kierowcy oznacza to mniej więcej tyle co spotkanie z łosiem. Czyli śmierć na miejscu lub w najlepszym przypadku: wóz do kasacji i szpital. Są tak groźne, że potrafią unieruchomić nawet TIR-y. np. wskakując pomiędzy koła i potrafią nawet złamać oś!

Polna droga w stanie Victoria, Australia

Znajduje idealne miejsce na obiad. Droga w środku niczego. Zatrzymuje się bez żenady przy drodze. Nawet się nie martwię, aby zjechać porządnie, bo i tak tu nikt nie jeździ. Delektuje się okolicą. Powoli krajobraz zaczyna się zmieniać. Las się przerzedza, zaczynają się pola. Nie ma już cienia. Nie ma powiewu od morza. Zaczyna się prawdziwy skwar. W powietrzu czuć zapach suchego drewna – zupełnie jak przy wejściu do sauny. Pożary tutaj to problem. Wszędzie tablice „Fire danger alert”. Widać, że to nie przelewki. Na tablicach rejestracyjnych z Victorii, jest napis „Stay Alert, Stay Alive”. Takie życie. Ciągła walka z żywiołem. Jak jest upał, to pożary. Jak spadnie deszcz to powodzie. My tego nie zrozumiemy.

Victoria Hotel, gdzieś z zapomnianym miasteczku w stanie Victoria, Australia

Mijam kolejne malownicze miasteczka. Jakbym cofał się w czasie. Niektóre wyglądają jak z amerykańskich westernów. Przejazd przez każde miasteczko wygląda podobnie: główna ulica, kilka przecznic, sklep, wieża ciśnień, w tle jakiś wiatrak. Zazwyczaj jest jeszcze hotel z barem. Za miasteczkiem most. I dalej pola. Owce. I następne miasteczko.

Wilsons Promontory Park - droga pośród buszu, Victoria, Australia

W końcu, po południu docieram do mojego celu. Wilsons Promontory Park. W skrócie Prom. Przez wielu uważany za perełkę całej południowo-wschodniej Australii. Faktycznie widoki robią wrażenie. Najpierw dają mocnego plaskacza, potem wgniatają w fotel i trzymają aż do samego końca. Zaczyna się niewinnie. Jadę drogą przez busz. Czuje się jakbym dosłownie sunął tunelem pomiędzy drzewami. Żadnego pobocza. Busz się po woli przerzedza i staje coraz niższy. Na otwartym terenie szaleją kangury. Tutaj już nie trzeba ich wypatrywać, polować na nie z aparatem. Kangur to oczywiście postój i dziesiątki zdjęć. Nie mogę się przestać zachwycać tymi zwierzakami.

Kangur przy drodze, gdzieś w Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Potem droga pod górę. Stąd widać busz. Nie wiem skąd to skojarzenie, ale Prom przypomina mi parki Yellowstone lub Grand Teton. Oczywiście w dużo cieplejszej wersji, z inną roślinnością i niższymi górami. Duże przestrzenie. Góry na horyzoncie. Dużo dzikich zwierząt naokoło. Tak czy siak zachwyca!

Znak ostrzegający przed dzikimi zwierzętami, Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Po drugiej stronie góry to na co czekałem. Woda! W końcu Prom, to park nadmorski. To wielki półwysep – najbardziej wysunięta na południe część Australii, która kilka milionów lat temu była częścią mostu lądowego łączącego kontynent z Tasmanią. Ocean to świeżość. Po przejechaniu góry, od razu zmienia się otoczenie. Nadal jest upał, ale przede wszystkim uderza świeżość. Bryza.

Droga do Tidal River, przez Wilsons Promontory National Park, Victoria, Australia

Od razu czuć tą energię bijącą od wody. Kolory wprost raczą mnie swoją soczystością. To jest chyba pierwsze miejsce, w którym widzę tak soczyście lazurową wodę. Żałuję, że nie umiem robić zdjęć tak, żeby to w 100% oddały. Od tego momentu droga staje się wolniejsza. Jadę dosłownie patrząc przez okno. Dobrze że siedzę z prawej strony – od strony morza. Dojeżdżam do końca – do Tidal River. Znajduje się tam ogromny camping na kilkaset samochodów. Miałem plan aby tu przenocować, ale koszt – 65 dolarów za noc w samochodzie, przeraża mnie na tyle, że dochodzę do wniosku, że lepiej dorzucić 15 i spać w Motelu w Meeniyan 74 km dalej, ale po drodze.

Plaża w Tidal River, Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Plaża w Tidal River, Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Tymczasem, zamierzam się delektować parkiem. Miałem plan. Chciałem tu zostać, udać się na całodniowy trekking po parku. Standardowo, w trampkach. Potem miało być spanie w chacie latarnika, na wybrzeżu. Ja, śpiwór, świeczka, kanapki z rostbefem, dotargana buteleczka whisky i gwieździste niebo. Wszystko to pod opuszczoną latarnią morską.

Surferzy na plaży w Tidal River, Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Niestety plany pokrzyżowało mi bolące kolano. Okłady z liści noni na Fidżi średnio pomogły. Nie znoszę tego, ale muszę odpuścić. W zamian, zamierzam tu spędzić maksymalnie dużo czasu chodząc po plaży i delektując się widokami.

Siedzę sobie na plaży w Tidal River, Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Wilsons to oczywiście nie tylko plaża. To także dziesiątki kilometrów szlaków starorzeczami i wyschniętymi korytami rzek, poprzez wzgórza, pagórki i konkretne górki. Można tam spędzić dobry tydzień. Warto zatrzymać się tu, uciec z gwarnego Tidal River i dać się pochłonąć przepięknym krajobrazom półwyspu. Pierwotne lasy i absolutnie powalające wybrzeże sprawiają, że nie da się przejść bez emocji obok tego miejsca.

Przepiękna plaża w Tidal River, Wilsons Promontory Park, Victoria, Australia

Udało mi się spędzić w Prom prawie pół dnia. Wyrywam się dosłownie przed samym zmrokiem. Na noc zatrzymałem się w Meeniyan – kolejnym mikroskopijnym miasteczku, w którym w zasadzie nie ma niczego poza kilkoma sklepami i motelem. Mimo to, od miasteczka bije niesamowite ciepło. Ludzie są sympatyczni. Uśmiechają się. Zagadują. To zupełnie nie moja bajka, ale czuje się jak w domu! Trafiam na super motel, w którym po kolei raczę się miejscowymi piwami. Po kilku wpadam na pomysł obejrzenia telewizji. Trafiam na stację z koreańskim popem. Chciałbym to wymazać z pamięci.

Hotel w Meeniyan, Victoria, Australia

Następnego dnia lecę jak poparzony. To ten dzień. były kangury a teraz będą koale. Żeby mieć 100% pewności, że je zobaczę, znajduję Koala Conservation Centre na Phillip Island. Przeczytałem, że wyspa jest świetną weekendową destynacją dla mieszkańców Melbourne. Jest tam wszystko – tor Formuły 1, wesołe miasteczka, koale, parada pingwinów, sklepy, kina itd. Brzmi jak duży bałagan, ale ryzykuję. Czego się nie robi dla Koali.

Koala Conservation Centre na Phillip Island - zaczynają się drzewa eukaliptusowe - to oznacza, że zaraz zobaczę koale

Docieram na miejsce zaraz po otwarciu o 9:00. Jestem podniecony jak dziecko pod choinką. Dosłownie przelatuję przez kasy biletowe i idę zwiedzać park. Miejsce przepiękne. Las eukaliptusowy, dalej mokradła. Zwierzaki mają być na drzewach. Studzi mnie znak, informujący, że misie śpią 20 godzin na dobre. Pozostałe 4 spędzają na zmianie drzew, jedzeniu i szukaniu partnerów.

Koala Conservation Centre na Phillip Island - przepiękne zwierzaki

No więc chodzę z głową w górze, szukam, patrzę. Znaki każą szukać szarych włochatych kulek na drzewach. Jest! Nareszcie. Tego uczucia nie da się opisać. Generalnie nie jestem osobą, która się zbytnio ekscytuje, ale potrafię cieszyć się z małych rzeczy. Zobaczenie żywej koali nie jest małą rzeczą. Koala jest trochę jak Grand Canyon, jak zorza polarna. Każdy wie co to i jak wygląda. Ale nic nie jest w stanie przygotować cię na moment, kiedy staniesz z tym twarzą w twarz. Na żywo. Tak jest właśnie z koalą. To absolutnie najpiękniejsze stworzenie jakie kiedykolwiek widziałem. Jest tak słodki, że zwyczajnie chce się go złapać, przytulać, wytarmosić i podrapać za uszkami.

Koala Conservation Centre na Phillip Island - przepiękne misie koala na eukaliptusach

Koala to zwyczajnie żywa maskotka. Po prostu rozwala. Pierwszy raz, na widok zwierzaka rozdziawiałem paszczę tak szeroko z radochy, że musiałem zasłaniać ręką, żeby mi muchy nie wlatywały. Kangury są śmieszne. Koala to jest po prostu miód. Coś przenajsłodszego. Obok mnie amerykanie. Wydziarany twardziel z tatuażami, obok poważny tatuś. Obaj (podobnie jak ja), zachowują się jak pięciolatki. Te zwierzaki powinny być lekarstwem na agresje. Po prostu nie ma szans, aby ktokolwiek dopuszczony do tego zwierzaka miał w sobie jakiekolwiek negatywne emocje.

Koala Conservation Centre na Phillip Island - przepiękne misie koala zmiękczą serce każdego, Victoria, Australia

Robię zdjęcia jak oszalały. Z każdej strony. Niestety koale nie są zbyt dobrymi modelami. Kulą się, składają w kulki, prostują tylko na chwilę – jakby chciały zobaczyć o co tyle krzyków, westchnień i zachwytów. Potem zwijają się z powrotem i idą spać. Dopadam jakiegoś Amerykanina, od którego pożyczam obiektyw z zoomem. Tak się złożyło, że mieliśmy taki sam sprzęt. Na szczęście to nie był żaden profesjonalista, tylko przeciętny posiadacz cyfrowej lustrzanki robiący zdjęcia na auto. Po jakichś stu zdjęciach oddałem mu aparat. Siedzę tam jakieś 3 godziny. Chodzę po centrum, wypatruje. Liczę. Trafiłem na kilkanaście. W większości spały. Obudziły się może trzy. Koala to dla mnie absolutny mistrz. To moja Australia.

Phillip Island i jego kraniec - Nobbies Centre, Victoria, Australia

Omijam cały zgiełk Phillip Island i jadę na sam koniec – do Nobbies Centre. Widziałem w informacji turystycznej i nie zastanawiałem się długo. Południowo-zachodni koniuszek wyspy. Nie wiedzieć czemu, mało kto tam trafia. Wszyscy zjeżdżają wcześniej na paradę pingwinów. Te odbywają się wieczorem, więc i tak na nią nie trafię. Nobbies to sanktuarium i miejsce wylęgowe ptaków morskich. Rzeczywiście po dotarciu na miejsce czuję się jak u Hitchcocka.

Nobbies Centre na Phillip Island - idę wśród ptaków. Victoria, Australia

Wszędzie ptaki. Pisk. Skrzek. Krakanie. Wszędzie ptasie kupy. Zapach tez niezbyt rewelacyjny. Mimo silnego wiatru. Co chwila trzeba uciekać. Ptaki zwyczajnie bombardują ludzi odchodami. Uniki utrudnia wiatr. Droga przez mękę ale warto. Szlak prowadzi wzdłuż klifu.

Przepiękne Nobbies Centre na Phillip Island, Victoria, Australia

Jest przepiękna pogoda. Słońce. Światło. Mimo przeokropnego zimnego wiatru, chodzę jak zahipnotyzowany. Kolory! Takie mocne, nasycone. Dosłownie rażą po oczach. Aż się nie chce wierzyć, że one naprawdę takie są. Intensywne. Soczyste. Błękit nieba. Białe chmury i bałwany fal. Szafirowe morze. Wszystkiego dopełnia arcymocna, soczysta zieleń trawy. Gdzieniegdzie przebijają się różowe i żółte kwiaty. Jakbym miał Instagrama w oczach. I pomyśleć, że trafiłem tu przez przypadek. W przewodniku nie było ani słowa o tym miejscu. Warto czasem zatrzymać się w informacji turystycznej i przejrzeć pocztówki na wystawie.

Obłedne kolory w Nobbies Centre na Phillip Island, Victoria, Australia

Zmarznięty, ale zostaję tam do wieczora. Potem omijam Melbourne, przecinam zatokę i kończę w Torquay – mekce surferów z całej Australii i nie tylko. Wkraczam na terytorium ludzi z deskami. To w tych okolicach powstały niemal wszystkie szanujące się australijskie marki surferskie jak np. Quicksilver. Mnie surfing nie ekscytuje. Jara mnie co innego. To tu zaczyna się Great Ocean Road. Nareszcie. Droga nad oceanem. Klify. Chillout. Volkswageny ogórki z surferami. Jedzenie na plaży. Kolorowe szorty. To się tu naprawdę dzieje.

Torquay - to tu zaczyna się Great Ocean Road, Victoria, Australia

Tutaj wszystko jest inne. czas wydaje się zatrzymać. Spokojnie sunę sobie drogą. Nic się nie liczy. Będąc w Australii, taki stan to ryzyko. Łatwo na przykład zapomnieć o ruchu lewostronnym. Na szczęście prawie nic tu nie jeździ. I wszędzie są znaki przypominające, ze w Australii jeździ się po lewej stronie jezdni. Zatrzymuje się średnio co 10 minut. Krajobrazy wprost zapierają dech w piersiach.

jadąc Great Ocean Road, Victoria, Australia

Tutaj zaczyna się droga. Droga w idealnym tego słowa znaczeniu. Kiedy jesteś sam i dokądś zmierzasz. Tylko Ty i droga. Rozprasza Cię tylko przyroda. I to taka idealna. Bycie samemu w podróży pozwala nam nauczyć czuć się dobrze z samym sobą. Nie każdy to potrafi. Ludzie boją się samotności. Boją się siebie. Być sobą. A to bardzo ważne. Takie chwile samotności są każdemu potrzebne. Przepiękna natura zdecydowanie sprzyja takim chwilom. Mamy ją tylko dla siebie. Możemy się jej oddać w 100%. Nie dzieląc z nikim. Nie próbując kogoś zabawiać. Wtedy po prostu jesteśmy.

wijąca się Great Ocean Road, Victoria, Australia

Great Ocean Road to miejsce koali. Ponoć często można na nie trafić po drodze. Kolejny punkt obserwacyjny – Kennett River. Tutaj podobno nie trzeba nawet specjalnie szukać. Pytam w barze, gdzie mogę zobaczyć koalę. Pani mówi, żebym jechał tą żwirową droga pod górę. I już? Tak. I już. Po drodze zatrzymuje mnie grupka turystów z Europy i papugi. Papugi, które są tak oswojone, że wchodzą na ludzi. Nie trzeba nawet żadnych ziarenek. Niczego. Wystarczy się do nich zbliżyć, a obskakują każdego. Siadają na głowę, na kark, na ręce. Musiałem sprawdzić. Potwierdzam. Naprawdę siadają na głowie.

w Kennett River oprócz misia koala, można również wpaść na papugi, które zupełnie nie boją się ludzi, Great Ocean Road, Victoria, Australia

Przy drodze, na drzewach było pełno koali. Tak jak pani powiedziała. Jak wspominałem, są kiepskimi modelami, a ja nie miałem ze sobą obiektywu z zoomem. Błąd, którego już na żadnym wyjeździe nie powtórzę. Wezmę nawet, kiedy będę leciał na podręcznym bagażu. Nie warto później pluć sobie w brodę – a mogłem wziąć… mogłem to… mogłem tamto… Życie jest zbyt krótkie i ulotne aby uczyć się niemieckiego i nie móc uchwycić wyjątkowych momentów na zdjęciach.

Koale w Kennett River, Great Ocean Road, Victoria, Australia

Koali oczywiście nigdy zbyt wiele. Jadę dalej w kierunku Cape Otway. Podczas krótkiego postoju w Apollo Bay, przeczytałem w przewodniku, że ta okolica to właśnie koalowy raj. Można je tu spotkać na drodze. Oczywiście widziałem dziesiątki znaków, ale nigdy nie spodziewałem się trafić na zwierzę na drodze. Po Great Ocean Road jeździ się powoli. Bo szybko się nie da. Nie dlatego, że droga jest kręta. Dlatego, że lepiej patrzeć naokoło niż przed siebie. Tak jest pięknie. Na szczęście ruch jest naprawdę mały – w porównaniu z Europą oczywiście – jak na tamte warunki jest tu tłoczno. Trafiają się jednak korki lub zatory. Jeden spowodowałem ja. Jak? A tak.

Koala na drodze, w pobliżu Cape Otway, Great ocean Road, Victoria, Australia

Nie znam osoby, która by się w tym momencie nie zatrzymała. Foty to jedno. Najważniejsze, to żeby nic nie trafiło tego niezdarnego zwierzaka. To małe święto, bo to moja pierwsza dzika koala i to od razu w ruchu. I to jakim. Zatrzymałem się na drodze, bo nie ma pobocza. I zacząłem machać do jadących z naprzeciwka, żeby uważali. Oczywiście jak na złość zrobił się ruch. Wszyscy się zatrzymywali, wysiadali, robili zdjęcia. Momentalnie naokoło pojawiło się kilkanaście samochodów i mały tłumek. Miś dzielnie pozował dobre pięć minut, po czym znudzony się odwrócił i odszedł.

Przepiękny widok - Cape Otway, Great Ocean Road, Victoria, Australia

Dalej pojawiają się już konkretne klify. Cape Otway, prze który przejeżdżałem oferuje przepiękne widoki panoramiczne na ocean. To niestety kolejne miejsce, które musiałem odpuścić ze względu na nogę. Znowu kilometry szlaków, opuszczone latarnie morskie, klify, wraki statków. – Eeeeh… wrócę tu – powtarzałem sobie. I to nie dla pocieszenia. Ja naprawdę tu wrócę. Nie odpuszczę tego miejsca.

przepiękne widoki Great Ocean Road, Victoria, Australia

Jadę dalej na południe. Droga wiedzie po szczycie klifu. Po lewej daleko ocean. Czuć wiatr. Widać wielką pustą przestrzeń. Po prawej trawa jak okiem sięgnąć. Tylko pastwiska. Jak okiem sięgnąć. Naglę słyszę mały helikopter. Widzę go. Startuje z prawej leci nad ocean, robi duże kółko, zawraca. Wszystko w niecałe 10 minut. Po chwili znowu. To oznacza jedno. Dotarłem do Twelve Apostoles. Zajeżdżam pod visitor center, zostawiam samochód i lecę nad ocean. To co zobaczę ma być nagrodą za moją długą drogę.

Twelve Apostoles - zwieńczenie Great Ocean Road, Victoria, Australia

Nie ma co ukrywać. To jest wypas. Jedno z pocztówkowych miejsc na mapie Australii. Obok kangurów, koali, budynku opery w Sydney i Uluru. Twelve Apostoles – niesamowite klify poszarpane przez ocean. Ich ogrom zachwyca. Mam szczęście, bo jest już późne popołudnie. Miejscowy visitor center już nie działa i nie ma autokarów z wycieczkami. Zostały niedobitki i polujący na zachód słońca. Ci jeszcze poczekają ze dwie godziny. Siadam na punkcie widokowym i zachwycam się widokiem. Miejsce wybrane idealnie. Jakby wyreżyserowane ujęcie. Scenografia idealna. Naprawdę robi wrażenie. Można zwyczajnie siedzieć, oprzeć się o barierki i patrzeć. To niesamowite jak można odpłynąć w takich miejscach. Zwyczajnie siedząc, nie myśląc o niczym, tylko kontemplować.

Twelve Apostoles - widok na południowy-wschód, Great Ocean Road, Victoria, Australia

Zadziwia mnie zawsze jaką pozytywną pustkę w głowie wywołują takie miejsca. Nie myślę o problemach. O pierdołach. Poza tym co przede mną, nic dla mnie nie istnieje. „Nothing behind me, everything ahead of me, as is ever so on the road”. Te momenty najlepiej właśnie oddaje fragment Kerouaca. Te momenty to oczyszczenie. To jak głodówka, żeby oczyścić swój organizm. Nic nie wchodzi, wszystko co złe, wychodzi. I tak jak po dniu głodówki, więcej jemy, tak po takich momentach, oczyszczeni z całego codziennego bałaganu chłoniemy więcej. Chłoniemy lepiej. Tego dobrego. Wszystko pachnie lepiej. Kolory są wyraźniejsze. Zwykła bagieta jedzona na plaży, popijana kawą ze stacji benzynowej to najlepsze śniadanie. Nie dlatego, że samo w sobie jest wyjątkowe. Dlatego, że my jesteśmy czyści, choć przez chwilę wolni od wszelkiego syfu naszego życia.

Loch Ard Gorge w pobliżu Twelve Apostoles na Great ocean Road, Victoria, Australia

Postanawiam się zatrzymać w Port Campbell nieopodal. Po drodze jest jeszcze jedna rzecz, którą chce zobaczyć. Loch Ard Gorge. Kolejny z „must see” na Great Ocean Road. Miejsce tak idealnie wyeksponowane, że przypomina pocztówkę. Zatoczka ukryta w wąwozie pomiędzy klifami. To jest jedno z tych miejsc gdzie trzeba się zatrzymać, iść na plażę, usiąść, zdjąć buty i dłubać palcami u nóg w piasku. Żeby poczuć to miejsce. Potem trzeba się przejść po brzegu. Krótkim – bo wąwóz jest mały. Ale trzeba to zrobić. Nie wiem dlaczego. Jest coś magicznego w śladach stóp zostawianych na piasku. Po chwili fale przypływu i tak wszystko zaleją

spokojny wieczór w Port Campbell - Great Ocean Road, Victoria, Australia

Z zapiaszczonymi i mokrymi stopami wracam do samochodu. Jazda na bosaka też jest fajna. Kiedy wciskasz pedał gołą stopą i drapią cię ziarenka piasku, czujesz, że żyjesz. Bo to jest piasek z Loch Ard Gorge. Bo jestem w Australii. Bo będę dziś spał w australijskim domu, gdzie jest weranda, na której siedząc na kanapie będę pił piwo i słuchał o tym jak się żyje w Port Campbell. Gdzie w pokoju mam mapy, liny z węzłami marynarskimi i modele statków. Gdzie na śniadanie je się tosty z Vegemite. A jutro się obudzę i będę jechał dalej. W nieznane. Odkrywać. Zdobywać. Bo o to chodzi w życiu. Nie siedzieć w miejscu. Cieszyć się z małych rzeczy.

 

Port Campbell, Victoria, Australia