Biwakowanie w Tienszan. W cieniu Chan Tengri

Nie tak wyobrażałem sobie biwak w środku lata. Base Camp Inylczek Południowy: 4100 m n.p.m. i to jeszcze na lodowcu. Spanie w namiocie u stóp Chan Tengri to nieco inne doświadczenie. Wręcz baśniowe. I to dosłownie – taka „Królowa Lodu”. Spodziewałem się, że będzie chłodno, ale nawet nie przypuszczałem, że obudzę się w nocy dygocząc z zimna. Zimowy śpiwór, pełne ubranie: spodnie, bluza, puchowy „baleron splendoru” z logo z norweska flagą – powinien się sprawdzać na mrozie. Na śpiworze jeszcze jedna kurtka – zimowa z logo z inną skandynawską flagą. A jednak. Słupek rtęci pokazuje –10 stopni. W sumie nic takiego. Liczba nie robi dużego wrażenia, w końcu to nie -60. Inaczej wygląda sytuacja, kiedy się leży nieruchomo i próbuje zasnąć. Kto mógł przypuszczać, że tu trzeba wziąć sprzęt himalajski. Może trzeba było się jednak kisić w małym namiocie? Ściskać, ogrzewać własnymi ciałami? Teraz liczy się wszystko, czym można się przykryć, co uchroni przed tym cholernym mrozem.

Rano temperatura podnosi się do rozsądnych kilku stopni powyżej zera. Nadal jest zimno, ale można już wyjść ze śpiwora, spod kupy ubrań i izolacji. Z ust leci nam gęsta para. Plusem dużych namiotów jest to, że można się w nich swobodnie ruszać i tym samym – produkować nieco ciepła. Na zewnątrz lodowate powietrze momentalnie nas obłapia. Czucie odzyskujemy dopiero ogrzewając się o gorące kubki z herbatą. Od samego rana ubrani i zapięci pod szyje, w podwójnych kurtkach, czapkach i rękawiczkach. To będzie długi dzień. Naokoło, ośnieżone szczyty. Widać doskonale Chan Tengri, Pik Czapajewa, całą ścianę surowych granitowych i marmurowych kolosów. Nad nami wisi ciężkie, stalowe niebo. Jedynie gdzieś daleko na zachodzie w głębi doliny widać paseczek błękitnego nieba. To daje nadzieje, w końcu pogoda przyjdzie stamtąd i będzie ciepło. Taki mamy plan.

Udało nam się dotrzeć do base campu wcześniej, nasz helikopter odlatuje dopiero jutro. To znaczy, że mamy cały dzień do spędzenia tu, u stóp wspaniałego Chan Tengri. Nie martwimy się tym w ogóle. Myśleliśmy o trekkingu naokoło obozu, ale jesteśmy zwyczajnie zmęczeni. Żadne z nas nie ma nawet ochoty zakładać butów na opuchnięte, pełne odcisków stopy. – Będzie fajnie. Mają tam piwo, wódkę, saunę… nie będzie się wam nudzić – Alex reklamował nam base camp. Jakby nie było tu niczego innego do roboty. To przecież jedno z tych miejsc, w których wystarczy BYĆ. Nie trzeba nic więcej. Kiedy nieśmiało się przejaśnia, wychodzimy z namiotów łykać każdy promyczek słońca, każdą, najmniejszą falę ciepła. Jakby na zapas, wiedząc, co nas czeka kolejnej nocy. Naokoło robi się tak pięknie, że zwyczajnie siadamy na zbitych naprędce ławeczkach i przy gorącej herbacie z odrobiną prądu, rozkoszujemy się widokami naokoło.

A jest co oglądać. Na tle soczystego nieba piramida Chan Tengri wygląda jeszcze piękniej i dostojniej. Z drugiej strony, na końcu lodowca Zwiezdoczka stoi masywna, ogromna i przytłaczająca ściana a nad nią szeroki grzbiet Piku Pobiedy. Przepiękne postrzępione chmury poruszają się zwinnie po szafirowym niebie. Otaczają Szczyt Zwycięstwa i wyglądają jakby tańczyły w kółku dookoła wierzchołka. Pojawiają się i znikają. Przybywa ich, to się przerzedzają. Niekończący się boski spektakl. Uwielbiam niebo i chmury. Każde miejsce, w którym jestem to chmury. Każdy zakątek naszej planety ma unikalny spektakl, nie do powtórzenie nigdzie indziej i nie do pomylenia z żadnym innym miejscem. To tak jakby niebo było zwierciadłem, w którym odbija się cały świat poniżej – ludzie i góry. Jakby właśnie w chmurach, w tym magicznym zwiewnym runie było zapisane to miejsce. W dziwnym języku tych białych kłębków, strzępków i puszków.

Wraz z pojawiającym się słońcem ożywa base camp. Z namiotów wyłaniają się pojedyncze sylwetki. Leniwie rozwieszają swoje puchate, jaskrawo-kolorowe śpiwory na sznurkach. Krzątają się wokół żółtych brezentowych chatek, dłubią coś przy plecakach. Słychać brzęk sprzętu do wspinaczki, cichy chrzęst lin i głuchy stukot metalu uderzającego o drewniane platformy namiotów. wszystkie przedmioty zniecierpliwione, jakby się już wyrywały do zdobywania Chan Tengri. Himalaiści w obozie są dziwni. Gdybym miał określić to miejsce jednym słowem to rzuciłbym bez zastanowienia – atawizm. Ludzie tu wyglądają nieco przerażająco. Pomieszanie szaleńców z ludźmi pierwotnymi. Spaleni słońcem himalaiści, z nieco szaleńczym, pustym spojrzeniem, nieogoleni, zarośnięci z ogromnymi skołtunionymi czuprynami w swoich kurtkach z włochatymi kapturami wyglądają trochę jak rozmrożeni jaskiniowcy, którzy przez lata byli uwięzieni w bryle lodu gdzieś wysoko w chmurach. Nie zwracają na nas uwagi, jakbyśmy nie istnieli. Żyją w swoim świecie. Siedzą, patrzą, kręcą się bez celu, chowają w namiocie, znowu wychodzą. Cały obóz przypomina nieco dom wariatów. Zdaję sobie sprawę, jaka dzieli nas przepaść. Jacy są abstrakcyjni, jacy niesamowici. Żyjący na tej maleńkiej tratwie z żółtych namiotów, pośrodku morza lodu.

Wraz z nastaniem południa, robi się coraz piękniej. Słońce coraz odważniej przebija chmury. Do powalająco pięknych wysokogórskich widoków – pierwotnej, nietkniętej przez człowieka natury – docierają równie pierwotne i naturalne zapachy. Fizjologia jest na 4100 m n.p.m. cały czas wyzwaniem. Obóz jest położony na poszarpanej, postrzępionej i nierównej morenie. Namioty rozstawione są na drewnianych platformach, poprzypinane linkami. Niejednokrotnie okazuje się, że jedna czwarta część namiotu – jak nasz – zwisa nad kilkumetrowym stromym spadkiem. Ścieżki pomiędzy namiotami są kręte i śliskie, nad szczelinami porozstawiane są drewniane kładki. Wychodki w obozie są dwa. Na dwóch końcach base campu. Na uboczu, żeby nie absorbować mieszkańców swoim zapachem. Zresztą przez większość czasu problem nie istnieje. Wszystko momentalnie zamarza. Nic nie czuć. Wizyta w obozowym wychodku wczesnym rankiem, na poziomie powonienia w ogóle nie przypomina wyjścia do obozowej ubikacji. Mróz zabija wszelkie zapachy.

To usypia czujność przez większą część doby – na mrozie. Ludziom nie chce się chodzić taki kawał za potrzebą – szczególnie tą lekką. Załatwiają się więc wszędzie gdzie tylko popadnie. Sprzyja temu złożone ukształtowanie terenu. Tu dziura, tam szczelina, tu górka. Wszędzie gdzie nie spojrzeć – łazienka. Problem pojawia się, kiedy wychodzi słońce i robi się ciepło. Wtedy nad base campem przejmuje panowanie niewidzialna, dusząca chmura ostrego zapachu moczu. Wiatr od lodowca jest nieprzyjemnie zimny, ale przynajmniej przynosi wybawienie dla nozdrzy. Przez większość dnia jednak bardzo dosłownie czuć w obozie obecność ludzi. Co gorsza, mam wrażenie, że wszystko to spływa po zboczu do strumienia, z którego dalej w dole biegu obozowa pompa pobiera wodę pitną.

Wybór jest więc słaby: albo słońce i smród, albo mróz i brak smrodu. Chcemy się na zapas wygrzać, więc staramy się nie oddychać zbyt głęboko i nie zaciągać „świeżym, górskim powietrzem”. Siedzimy sobie na słoneczku, opalamy się, czytamy książki, popijamy herbatę, drzemiemy, leniwie wspominamy ostatnie sześć dni marszu. Kompletnie zapominamy o wszelkich niedogodnościach, jesteśmy przecież zwycięzcami. Pogoda oczywiście po staremu – za bardzo nas nie rozpieszcza. Parę razy nadchodzą chmury i ziąb przegania nas do namiotów. Tam siedzimy skuleni w śpiworach i dalej gadamy, drzemiemy. Kiedy znowu się wypogadza, wylewamy się na słońce ładować akumulatory i chłonąć te doskonałe widoki. Góry są absolutnie wspaniałe. Ośnieżone szczyty dookoła to coś tak doskonałego, że trudno wyjść z podziwu. Cały czas zapatrzeni w ośnieżone strome ściany, chmury zaczepiające zalotnie wierzchołki gór. Wiatr unoszący śnieżne pióropusze ponad Chan Tengri. Absolutna magia. Obrazy, które zapadają w pamięci i w sercu.

W końcu nadchodzą chmury, zbiera się mocny wiatr. To znaczy, że jest już po szóstej i zaraz zacznie się robić coraz ciemniej i coraz zimniej. Chmury się obniżają i po chwili unoszą się niemal nad samym obozem. Wydaje się jakby prawie opierały się na żółtych namiocikach. Nieubłaganie nadchodzi noc. Szykujemy się na nią jak do odparcia jakiegoś oblężenia. Herbata w termosach, kuchenki pracują pełną parą rozgrzewając wnętrze namiotu, szykujemy przykrycie i przede wszystkim przygotowujemy się psychicznie na koleją noc w zamrażarce. Okazuje się, że jest jeszcze zimniej. Jakieś – 13 stopni Celsjusza. Przykrywamy się czym tylko się da i ściskamy. Nasze śpiwory tej nocy niemal osiągnęły swoje ekstrema. Szczęśliwie, nam zmarzły tylko nosy, które wystawały z „mumii”. Mimo że zimniej, tej nocy nie było tak źle. Może po prostu mróz nas nie zaskoczył. Wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać i dobrze się przygotowaliśmy. Kolejna przygoda za nami.

Poranek jak zwykle wita nas ciężkimi chmurami i lekkim prześwitem na zachodzie. Zanim jeszcze kończy się poranna krzątanina wokół namiotów robi się bajka. Wychodzi słońce, chmury rozgania lekki wiaterek. Nad nami bosko błękitne niebo. Szafirowe, intensywne i głębokie jak najpiękniejsze oczy. Delikatne puszyste chmury, przypominające bazie wielkanocne otulają szczyty naokoło. Biel i przepiękny błękit doskonale kontrastują ciemnografitową wręcz czarną ziemią i skałami. Staję w miejscu i zwyczajnie kręcę się wokoło próbując jak najlepiej zapamiętać ten kalejdoskop. Ten poranek pozostanie w pamięci długo. Nareszcie tak jak sobie wymarzyliśmy. Piękne widoki, cieplutkie promienie słońca liżą przyjemnie po twarzy. Rozrzedzone powietrze wywołuje przyjemne lekkie zmęczenie. Poczucie, że nic nie muszę, nigdzie się nie spieszę. Nic na mnie nie czeka.

Prawie nic. Kiedy tak leżę, dochodzi mnie coraz wyraźniejszy odgłos trzepoczących gdzieś naokoło łopat wirnika. Odbijający się od szczytów i potęgowany echem dźwięk dobiega z każdej strony. W pewnym momencie mam wrażenie, że helikopter jest tuż za moimi plecami. Na horyzoncie pojawia się rosnąca z każdą chwilą sylwetka radzieckiego Mi-8. Jesteśmy spakowani i gotowi. Kiedy już niemal zrywamy się, przychodzi Jacek i mówi, że to nie nasz. – Lecimy piątym kursem, tak około 15:00 – Aż nie chce mi się wierzyć, mamy przecież bilety i mieliśmy lecieć z samego rana. Mamy nawet zamówionego kierowcę, który o 10:00 ma na nas czekać w Karkarze – przy lądowisku helikoptera. Biegniemy do Saszy, który zarządza planem lotów i listami pasażerów, ten wzrusza tylko ramionami – Lecicie piątym! – rzuca – tak jest na liście – Koniec dyskusji. Na nic zdają się negocjacje, targi, nawet próba „posmarowania”. Kto, jak i dlaczego umieścił nas na końcu listy? Nie wiadomo. No nic… nie ma tego złego. Jeszcze pół dnia możemy rozkoszować się boskimi widokami Tien Szan. A kierowca? – Poczeka! – rzuca Sasza.

Helikopter tymczasem zbliża się szybko do bazy. Hałas robi się coraz głośniejszy aż w końcu przechodzi w ogłuszający trzask. Zdaje sobie sprawę, że stoimy przy samym lądowisku, kiedy niemal przewraca mnie gwałtowny podmuch powietrza. Odsuwamy się z trudem zasłaniając oczy przed tumanem piachu wznoszącego się wokół nas. Helikopter siada kilka metrów obok nas w ogłuszającym huku. Czyste szaleństwo! Gdzie w Europie mógłbym stać kilka metrów od lądującego Mi-8. Przecież to wbrew wszystkim możliwym przepisom. Tutaj nikt się tym nie przejmuje. Każdy dba o swoje bezpieczeństwo, nie ma nikogo, kto miałby krzyczeć, gonić, karać. Niesamowity podmuch powietrza, ciepłe podmuchy spalin wydobywających się z silnika i ten piękny miarowy odgłos wirnika. Świszczący, gwiżdżący łoskot, stukot, trzask. Czuć wibrujące powietrze.

Nerwowe wyładowywanie helikoptera, wszyscy uwijają się jak w ukropie. Plecaki, pudła, czarne worki, sizalowe pasiaste torby związane sznurkami, beczki – wszystko to lata z rąk do rąk. Potem załadunek – to samo w drugą stronę. Następnie gęsiego kolorowe kurtki pakują się do wnętrza hałasującej maszyny. Zwiększenie ciągu, powietrze mocno wibruje, potężny, coraz szybszy trzask, przechodzący w okropny łoskot. Helikopter powoli się unosi od ziemi. Podmuch wiatru, Mi-8 kiwa się na boki, obraca powili wokół własnej osi. Pilot próbuje wyprostować lot, ale ewidentnie nim rzuca. Kiedy się orientuję statecznik helikoptera zbliża się do mnie, jest już kilka metrów ode mnie. Momentalnie uskakuje do zagłębienia i na czworaka uciekam spod nacierającego helikoptera. Po kilku susach upadam i przylegam do ziemi z nadzieją, że cielsko radzieckiego kolosa na mnie nie siądzie. Ogon przelatuje jakieś 3-4 metry nade mną. Pilotowi udaje się poderwać maszynę i z hukiem znika za kamieniami, przelatuje nad obozem i oddala się w głąb doliny.

Otrząsam się z tego, co właśnie przeżyłem i wracam do obozu. Siadamy na naszych ławeczkach, rozwalamy się na drewnianych paletach i opalamy spoglądając co i raz na boskie góry. Po jednej stronie, na końcu lodowca Zwiezdoczka rozpościera się powalający widok na ogromny Pik Pobiedy z jego masywną, ośnieżoną ścianą. Po drugiej, w głębi lodowca Inylczek, w górę strzela marmurowa piramida Chan Tengri. Dwóm pięknym szczytom towarzyszą dziesiątki innych, często bezimiennych. Moje pierwsze tak wysokie i tak dzikie góry. Pierwszy raz też jestem tak wysoko – nie liczę dwukrotnego zdobycia wysokiego na 4302 m n.p.m. Pike’s Peak w Kolorado, bo wjechałem tam autem i kolejką. Rytm naszego dnia wyznaczają kolejne helikoptery. Przylatują i odlatują co jakieś półtorej godziny. Potem znowu nastaje cisza. Słychać tylko szum wiatru szalejącego pomiędzy szczytami gór.

W końcu przychodzi nasza kolej. Jeszcze ostatnie zdjęcia, pozowanie na tle Chan Tengri, wygibasy, uśmieszki i już czekamy skuleni przy stercie plecaków na lądowisku. Kiedy zbliża się helikopter, rozpętuje się piekło. Wszystko lata, kamienie, piach, jakieś kawałki lin, do tego ten ogłuszający trzask – jak w jakimś huraganie. Sasza coś krzyczy i macha. Nagle z helikoptera wyskakują ludzie i wyładowują stertę bambetli. Masywna sylwetka w szarej bluzie z kapturem macha na nas i wskakujemy po kolei do środka maszyny. Za nami wlatuje masa plecaków, pudeł toreb i innych gratów. Szasza coś krzyczy, sadza nas na ławeczkach układa rzeczy na środku, po czym klepie po ramieniu i wyskakuje zatrzaskując za sobą drzwi.

Niesamowity zapach smaru i mokrego żelastwa miesza się z wonią stęchlizny i rozgrzanych przewodów. Jest ciemnawo, wszystko wibruje i się trzęsie. Helikopter odrywa się od ziemi. Buja się przez chwile, po czym czuje jak podnosi się na przekór powiewom wiatru. Niesamowite uczucie. Podekscytowani odwracamy się i przyklejamy do okien. Za nimi dotychczasowa bajka zamienia się w coś niepojętego. Tworzy się na naszych oczach. Kiedy helikopter się podnosi, naszym oczom ukazuje się powalające obrazy. Wspaniałe, magiczne, niesamowite. Przyklejeni do szyby patrzymy. Sam nie wierzę w to, co widzę. Góry, lodowiec, wszystko jest tak blisko niemal na wyciągnięcie ręki. Tak doskonale widoczne. Wznosimy się nad pofałdowaną moreną i lecimy wzdłuż doliny. Mijamy po kolei wlewające się do Inylczeka lodowce: Zwiezdoczka, Dikij, Proletarskij, Komsomolec. Po drugiej stronie wrzyna się Inylczek Północny z jeziorem Merzbacher, które po letnim przelaniu się, ledwo wystaje spod pofałdowanej moreny.

Lecimy dalej w dół doliny. Pod nami przemykają ostatnie dni ciężkiego marszu po morenie. Te kilka dni pokonujemy w kilkanaście minut. Widzimy pofałdowaną, brudnoszarą, pełną gruzu skalnego i głazów morenę. Postrzępioną, połamaną, powyginaną, z setkami jeziorek, strumieni, uskoków i przepaści. Z góry wygląda jak po powierzchnia księżyca, pełna kraterów, szczelin i nierówności. Przyklejeni do brudnej szyby patrzymy i wspominamy nasze ciężkie przeprawy, męczarnie, niebezpieczeństwa, przenikliwe zimno, jałową wodę zostawiającą uczucie suchości w ustach, niewygodne spanie na wystających kamieniach, śnieg, tajemnicze trzaski lodowca w środku nocy. Mamy przed oczami całą naszą wyprawę. Przewijaną do tyłu, w przyspieszonym tempie.

Kiedy dolatujemy do początku lodowca, w miejscu gdzie spod mas lodu strzelają mętne wody rzeki Inylczek, helikopter się podnosi i odbija na północ, przecinając pasmo Sary Jaz. Kiedy mijamy pierwszy łańcuch szczytów oddzielający nas od Inylczeku, jakby ktoś jednym pstryknięciem zmienił scenerię. Znikają szaro-czarne ponure skały i pokryte lodem ściany. Tu dominuje rudy brąz wysuszonych traw. Przecinamy kolejne pasma i doliny. Jedną z nich przecina oślepiający złoty łańcuch rozlewającej się rzeki Sary Jaz. Przepiękne, lśniące w słońcu wody płyną stąd aż do Chin, gdzie noszą nazwę Aksu He.

Czuję, że wraca normalność. Świat, jaki zostawiliśmy za sobą ponad tydzień temu. Pojawia się coś, czego nam tak bardzo brakowało przez kilka ostatnich dni – zieleń! Drzewa, krzewy, trawa. Do tego na zewnątrz wydaje się tak ciepło, tak kolorowo. Nie wiem kiedy, wpadam na pomysł otwarcia okna. Najpierw niby dla żartów, odkręcam śrubę trzymającą okno, ale kiedy się okazuje, że okrągła szybka ustępuje, otwieramy je na oścież. Do środka dostaje się podmuch gorącego powietrza z lekkim zapachem spalin. Mimo to czuć świeżość utęsknionego świata. Wystawiamy ręce, które opierają się pędowi powietrza. Czuję wiatr pomiędzy palcami. Patrzymy na świat już nie przez brudną szybę. Wszystko jest bardziej soczyste i kolorowe, świeże. To jak jedzenie świeżych nowalijek po długiej mroźnej zimie. Bomba witaminowa dla duszy.

Ostatnie chwile lotu unosimy się nad wąskimi zacienionymi kanionami, lasami iglastymi i strumieniami niosącymi krystalicznie czystą wodę. Helikopter coraz bardziej się zniża i w pewnym monecie wydaje się, że za moment zaczepimy podwoziem o czubki przepięknych, dorodnych świerków. Zaczyna się taniec maszyny nad łąkami i spokojnie siadamy na soczyście zielonej łące. Czekamy stopniowo robi się coraz ciszej. Czekamy aż wibracje silnika ustaną i zamilknie łoskot wirnika. Z kabiny wychyla się pilot – starszy Kirgiz i krzyczy z uśmiechem – Nu! Priljeteli! – Otwierają się drzwi i do środka bucha fala gorącego powietrza. Robi się nieznośnie duszno, kiedy rozładowujemy helikopter. Na zewnątrz niemal 30 stopni ciepła w cieniu. Kiedy wsiadaliśmy do maszyny było 10 w pełnym słońcu. Dociera do nas jedna rzecz – śmierdzimy! Po ponad tygodniu w trasie, zamiast prysznica nawilżane chusteczki i odrobina wody. Do tego jesteśmy ubrani w podwójne kurtki i długie, zimowe spodnie. Czujemy się jak… zwyczajnie wolelibyśmy się nie czuć.

Samochód faktycznie na nas czeka. Kierowca od ośmiu godzin nas wyczekiwał. Nie daje po sobie poznać, choć na pewno jest zdenerwowany. Chociaż tu kierowcy często po prostu czekają na pasażerów. Drzemią sobie w aucie, czytają gazetę. Po chwili siedzimy już w aucie i jedziemy pośród zielonych pastwisk, przepięknych łąk, góry i lasów do Karakol. Chłonę te piękne arkadyjskie krajobrazy, których brakowało mi tam na górze, u podnóży surowych, pokrytych śniegiem szczytów Tienszan. Czuje jakbym wrócił na ziemię stamtąd – z niebiańskich gór. Jakbym był w domu. Patrzył na góry z daleka, zachwycał się ich odległym majestatem. Zjeżdżamy cały czas w dół, jest jeszcze cieplej i jeszcze bardziej zielono. Mijamy wsie, łąki, sady warzywne. Pobocze porasta samosiejka, która momentami pachnie tak silnie, że kwaśny zapach czuć wyraźnie w środku samochodu.

Zrobiliśmy to! Znalazłem szlak, który w zasadzie nie jest nigdzie dobrze opisany. Prowadzi przez dość niegościnne i słabo dostępne rejony. Jest dość trudny i męczący, w zamian oferuje niesamowite widoki. Znalazłem czterech śmiałków, którym niestraszne były niewygody i niebezpieczeństwa. Razem pokonaliśmy swoje lęki, słabości, wspieraliśmy się, czasem było ciężko, puszczały nerwy, napięcie przeszkadzało w racjonalnym myśleniu, najważniejsze jednak, że się uzupełnialiśmy, byliśmy zespołem. Pomagaliśmy sobie, podejmowaliśmy wspólnie decyzje, wspieraliśmy się. Dzięki temu przeżyliśmy niesamowitą przygodę, która na długo pozostanie w pamięci. Tęcza nad rzeką, strużki zimnego deszczu spływające po rękawie, gdy skulony siedzę nad rzeką At Jailoo, jałowy posmak wody z lodowca, odór base campu w słoneczny dzień – wszystkie te wspomnienia starannie układam w głowie niczym bezcenne pamiątki. Każdy z nas ma pewnie takie wspomnienia z tego wyjazdu. Zmęczeni, ale szczęśliwi dzielimy się nimi przy zimnym piwie w Karakole. Aż do następnego razu gdzieś na szlaku!

Karakol, Kirgistan