Lizbona widziana z Miradouro da Nossa Senhora do Monte

Wiejska Alfama. Do bólu prawdziwa

Poranek w Lizbonie. Nie słychać już Fado. Zza ciężkich chmur gdzieś tam nieśmiało przeciska się nisko wiszące słońce. Biegnę nabrzeżem na zachód. Za plecami coraz mniejsza Alfama. Przede mną niebo przecina ogromny most 25 kwietnia. Skacowane miasto budzi się ze snu. Lekko otwiera ciężkie powieki. Bezlitosne promienie słońca, duszne, wilgotne powietrze dają jasno do zrozumienia – noc się skończyła. Koniec fado, wina i gęstego papierosowego dymu. Koniec smęcenia, melancholii, niespełnionych miłości. Wstaje nowy dzień. Walczą z nim ostatkiem sił setki imprezowiczów rozsianych po całym nabrzeżu. Jest 7:00 rano a ja mijam kolejne grupy ledwo trzymających się na nogach Portugalczyków. Rozmawiają puszczają głośno muzykę z telefonów, popijają piwo, stoją w kolejce po hot-doga, tańczą. Radość, hałas i życie. Jakby liryzm Lizbony odszedł bezpowrotnie wraz z nastaniem świtu. Wypchnięty przez prostą prozę imprez, klubów i głośnej rąbanki.

Poranek w Lizbonie - Most 25 kwietnia - Portugalia

Akurat wczoraj czytałem o wielkim oburzeniu w Warszawie, gdzie po pierwszej nocy na Bulwarach Wiślanych zostały góry śmieci, butelek i smród jak z szaletu miejskiego. Oburzone głosy mówiły – nigdzie w Europie tak nie ma! – Te głosy nie były chyba nigdy w Lizbonie. Tu jest tak co weekend. Niewyobrażalny smród i góry śmieci. Ale rano ktoś to sprząta. Lizbona otrząsa się po nocy i znów jest piękna. Zaniedbana, schyłkowa i tak bardzo niedoskonała, ale właśnie dlatego tak piękna. Wybrzeże, gęste chmury spomiędzy których wyłaniają się kolejne samoloty TAP zlatujące się z całego świata. Maputo, Luanda, Sao Tome, Lome, Recife, Fortaleza. Wszystkie te egzotyczne światy z ich kolorami, smakami i dźwiękami. Most 25 kwietnia, gdzieś daleko za nim Jezus rozkładający swoje ramiona. I ten spokój. Prowincjonalny spokój Lizbony. Zamiast pól i lasów, wzgórza zarastają białe i pastelowe domy odbijające i wzmagające najmniejszy promień światła. I te swojskie czerwone dachówki. Tak mało w tym mieście miasta. Tak dużo miłości, muzyki, poezji. Czuje się tu dziwnie u siebie.

Bairro Alto - ulice schodzące prosto do wód Tagu - Lizbona, Portugalia

Po śniadaniu na moim już ulubionym balkoniku, z widokiem na Baixa, ruszam do Belem. Oczywiście nie wchodzą w grę żadne taksówki, czy nawet piękny zabytkowy, zatłoczony do granic możliwości tramwaj nr 15. Nie po to tu przyjechałem. Chodzę. Kocham chodzić, zawsze i wszędzie. W ten sposób mogę wszędzie zajrzeć, odkrywać, wąchać, dotykać. Przeciskam się przez Baixa, mijam Elevador Santa Justa, korzystam z odkrytej wczoraj, ukrytej w kantorku ze skórzanymi torebkami windy, żeby dostać się na górę. Patrzę znów na Lizbonę z góry, na piękne Rossio, na Baixa. Na wzgórzach przede mną rozciąga się Alfama. Trudno odkleić się od tego widoku. Lizbona znowu zaczyna swoją grę. Zwodzi, urzeka, odwraca uwagę, jakby za wszelką cenę nie chciała mnie puścić tam dokąd idę.

Praca Luis de Camoes - piękny plac w Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Na Chafariz do Carmo za ruinami klasztoru rozłożył się pchli targ. Stoiska szczelnie wypełniają maleńki placyk, ludzie chodzą pochyleni nad straganami oglądają cudze życiorysy wystawione na sprzedaż. Ludzkie historie, małe szczęścia tragedie, symbole, pamiątki. Wszystko tu jest. Dalej długie, schodzące do Tagu aleje. Słońce coraz śmielej wdziera się pomiędzy ciasno upchane budynki Bairro Alto. Praça Luís de Camões jest przyjemnie jasny i ciepły. Wokół placu tańczą stare żółte tramwaje. Wyglądają jak marionetki przyczepione do pajęczyny kabli gęsto zaplecionej ponad ulicami. Zatrzymuje się na chwilę i siadam na ławce. Słońce liże mnie delikatnie po twarzy. Obserwuję narastający zgiełk, i tańce godowe gołębi na placu. Taka właśnie jest Lizbona. Na pozór zwykłe miejsce, a przyciąga, łapie i nie puszcza.

Elevador da Bica – najpiękniejsza winda miejska w Lizbonie, Portugalia

Winda miejska - Elevador da Bica - Lizbona, Portugalia

Idę dalej Lago Calhariz. Po dosłownie paru krokach trafiam na scenę jak z pocztówki. Stromą uliczką schodzącą prosto do wód Tagu gdzieś tam w dole, powoli wspina się żółty tramwaj. Właśnie odkryłem Elevador da Bica – chyba najpiękniejszą windę miejską w Lizbonie, która od 136 lat łączy oddalone od siebie o 250 metrów Rua de Sao Paulo z Lago do Calhariz. Ruszam w dół obok trzeszczącego i skrzypiącego wagonika. Przepiękna wąska, stroma ulica, na której końcu widać Tag. Po bokach pastelowe, jasne domy, które szpecą jakieś bohomazy. Niesamowite jak pasują do kamienic Lizbony te pseudo plemienne piktogramy. Ponad nimi kute, żeliwne balkony, pomiędzy którymi rozciągnięte jest wyblakłe pranie. Powiewa leniwie na wietrze. Bez prania nie ma Lizbony. To miasto to symbol prania. Głucho trzepocące sprane szmatki. Pastelowe jak fasady budynków, niemal zlewają się z nimi.

Pranie rozwieszone nad ulicą - nieodłączny element Lizbony - Elevador da Bica - Portugalia

Elevador da Bica - Lizbona, Portugalia

Kable i przewody rozciągnięte pomiędzy ścianami, łączące przepiękne stare latarnie, wydają się utrzymywać budynki w pionie. W bocznych uliczkach jeszcze więcej prania. Kosze na śmieci ustawione na baczność pod ścianami, jakieś auta próbujące przeciskać się wąskimi ulicami. Budynki znowu pochłania graffiti. Jakby zostawienie podpisu na ścianie budynku miało rozstrzygać o naszym istnieniu. O być albo nie być. Jakby zapisanie się tu było jakimś rytuałem, momentem przejścia. Schodząc w dół Elevador da Bica czuję się trochę jak w korytarzu jakiegoś grobowca pokrytego inskrypcjami. Tymczasem dookoła Portugalczycy siedzą sobie nad filiżankami espresso, grywają w jakieś gry planszowe, przeglądają gazety. Dzieje się życie. Istnieją. Są. Zastanawiam się czy oni też już się wpisali na ścianie.

Lizbona - spacer ulicami i placykami - Portugalia

Spacer z Bairro ALto do Alameda - Lizbona, Portugalia

Droga dalej ciągnie się długimi ulicami, pomiędzy pięknymi kamienicami, pod murami zza których wystają gałęzie figowców, przez małe placyki, fontanny, schody i ławeczki na których siedzą starzy Portugalczycy i w coś grają. Trudno nie przystanąć, nie popatrzeć, nie próbować ukraść dla siebie trochę tego leniwego przedpołudnia w portugalskim wydaniu. Kiedy docieram pod most 25 kwietnia wiszący wysoko na niebie, pośród starych zabudowań, jakiś zakładów i magazynów odkrywam inny świat. Nowoczesny, czysty, industrialny. FX Factory to obecnie chyba najmodniejsze miejsce w całej Lizbonie. Stary kompleks przemysłowy, przerobiony na sklepy, galeryjki, knajpy, hostel, księgarnie, przestrzeń do coworkingu i wiele wiele innych. To mokry sen hipstera. Wszystko jest tu idealne w swojej oryginalności, czerwona cegła, stal i powyginane żelastwo, graffiti i mnóstwo zieleni.

FX Factory - zaadoptowana stara fabryka - lofty - najmodniejsza część Lizbony, Portugalia

FX Factory - najmodniejsza część Lizbony, Portugalia

FX Factory - najmodniejsza część Lizbony, - stare fabryki pod mostem 25 kwietnia Portugalia

Chodzę pomiędzy starymi magazynami przerobionymi na sklepy lokalnych marek. Pomiędzy budynkami rozstawił się pchli targ. To niestety nie to samo co emeryci wystawiający na sprzedaż całe swoje życie w Kiszyniowie czy Tbilisi. Tu na straganach można kupić odświeżone Adidasy z lat ’80, Atari, winyle, ubrania od lokalnych projektantów, biżuterię. Wszystko modne i oczywiście drogie. Miejsce trochę dla mnie obce, ale może się podobać. To wyspa nowoczesności otoczona prowincjonalnym duchem Lizbony. Wszystko jest tu trendy, hipsterskie, ładne i oryginalne. Mnie urzekają kolorowe graffiti i gęste, ciemnozielone, rozłożyste drzewa uginające się pod owocami pomarańczy i nesperas. Znany także jako nieśplik japoński czy kosmatka, nesperas to żółto-pomarańczowy owoc, który wygląda nieco jak pigwa, w smaku słodko-kwaśny, miękki i aromatyczny. Te nisko rosnące wydają się zapraszać, więc próbuję. To niesamowite uczucie, kiedy chodzę pomiędzy starymi budynkami i jem nesperas, a słodki sok ścieka mi po rękach. Taka cząsteczka mojej Lizbony w hipsterskim FX Factory.

Promenada nad rzeką Tag - Pomnik Odkrywców - Lizbona, Portugalia

Pomnik Odkrywców - Lizbona, Portugalia

Dalej schodzę na nadmorską promenadę. Docieram do ogromnego Pomnika Odkrywców. Cała podróżnicza spuścizna Portugalii – ta rzeczywista i ta urojona ma odbicie w tym właśnie monumencie. Wszystkie największe wyprawy i ich autorzy – Vasco da Gama, Ferdynand Magellan – to nazwiska, o których słyszałem od dziecka, kiedy z tatą na dobranoc oglądaliśmy albumy o wielkich odkrywcach. Powrót do tych wspaniałych chwil z dzieciństwa psuje trochę napierający tłum. Gorsza, że większość idzie tam dokąd i ja. Do Torre de Belem. Niestety, kiedy dochodzę do wieży, kolejka wije się przez mostek. W niedziele wstęp jest bezpłatny. O tym zapomniałem. Nie lubię tłumów, ale rozumiem, że każdy chciałby zobaczyć coś pięknego. Dziwi mnie tylko, że nikt jeszcze nie wpadł aby ten tłum uporządkować, zarządzać nim, tak aby każdy choć przez chwilę mógł poczuć magię miejsca a nie tylko gwar, zgiełk, naganiaczy i obnośnych handlarzy selfie-sticków.

Torre de Belem - wieża na rzece Tag - Lizbona, Portugalia

Konstrukcja Torre de Belem jest dla mnie tak niepojęta i tak abstrakcyjna, że aż intrygująca. Zbudowana w XVI wieku, była symbolem potęgi morskiej Portugalii. Mijali ją kolejni wielcy odkrywcy i awanturnicy wyruszający do nowego świata na podbój nowych ziem. Wieża była ufortyfikowała i pełniła funkcje obronne. Miała straszyć. Zastanawiało mnie zawsze po co budynek obronny pokrywać tak pięknymi, kunsztownymi zdobieniami. Przecież twierdza ma być ufortyfikowana, uzbrojona, nie do zdobycia a nie piękna. Ma bronić a nie cieszyć oko. A tu balkony i wieże pokrywają płaskorzeźby i rzeźby. Torre de Belem przypomina bardziej pałac niż warownię. Wieża była wybudowana pośrodku ujścia Tagu. Teraz stoi przy brzegu, ponieważ w XIX wieku sporą część ujścia wydarto wodom Tagu. Przechodzę pośród tłumów i idę na murek na nabrzeżu zaraz za wieżą. Udaje mi się znaleźć zaciszne miejsce z widokiem na Torre de Belem. Tu mogę patrzeć w milczeniu i odtwarzać sobie historię tego miejsca, te wszystkie galeony, wielkich odkrywców, przygody na morzu. Z drugiej strony nie mogę się nadziwić nonszalancji króla Manuela I, który kazał zbudować coś tak niedorzecznego.

Praca do Imperio i Klasztor Hieronimitów - jedna z największych atrakcji Belem - Lizbona, Portugalia

Z Torre de Belem idę na Praca do Imperio – zielonego parku przed Klasztorem Hieronimitów, w którego budynkach znajdują się: Muzeum Archeologiczne, Muzeum Morskie i nieopodal – obserwatorium Gulbekian. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby zwiedzić te wszystkie wspaniałe wnętrza, fontanny, krużganki, płaskorzeźby i kaplice wybudowane za pieniądze z podatków nałożonych na przyprawy przywożone z różnych zakątków świata (tzw. pepper money). Tłumy skutecznie mnie jednak zniechęcają. Kolejka do klasztoru na kilka godzin. Siedzę więc po prostu w parku i rozkoszuję się pięknem tego miejsca i wspaniałym budynkiem klasztoru. Kiedy chcę wrócić z powrotem tramwajem, okazuje się to absolutnie niemożliwe. Przystanek słynnej „15” jest tak zapchany, że ludzie nie mieszczą się na platformie i dosłownie spychają się pod tory. Na przeciwko przystanku kolejny tłum – to oblegana cukiernia Pasteis de Belem – serwująca słynne ciastka z Belem, dostępne wszędzie w Portugalii tylko pod nazwą Pasteis de Nata.

Ulice Lizbony - z Belem do Alameda - Portugalia

Pasteis de nata - najlepsze ciastko w Lizbonie - Portugalia

Do Baixa wracam na piechotę. Wydaje mi się, ze idę inną drogą. Wszystkie te kamienice, place i placyki w drugą stronę wyglądają zupełnie inaczej. Jakby Lizbona była jakimś hologramem, obrazkiem, który zmienia się w zależności od tego pod jakim kątem nań patrzymy. W Baixa wstępuję do Casa Chinesa, ale znowu nie trafiam na obiad, więc musi wystarczyć pasteis de nata. Albo kilka. Wypełniony delikatną słodyczą ciastka i energią portugalskiego espresso wspinam się stromą uliczką Alfamy. Mijam monumentalną katedrę Se i idę dale w góre Rua Augusto Rosa.

Portugalczyk na ławce - Miradouro de Santa Luzia - dzielnica Alfama - Lizbona, Portugalia

Miradouro de Santa Luzia - dzielnica Alfama - Lizbona, Portugalia

Trafiam na przepiękny taras widokowy – Miradouro de Santa Luzia. Maleńki park z jednej strony odgrodzony od świata kościołem Santa Luzia (Kościół Świętej Łucji), z drugiej otwarty na Alfamę i wody Tagu. Z zarośniętego boską różową bugenwillą tarasu rozpościera się widok na czerwone dachy starej Lizbony. Można niemal zobaczyć co ludzie robią w swoich małych mieszkankach na poddaszach białych kamienic przyklejonych do zboczy wzgórza. Z tej perspektywy Alfama wydaje się kupką rozrzuconych klocków, bez żadnego ładu i składu. Zaniedbaną, schyłkową, jakąś taką zatrzymaną w czasie. A jednak tak bardzo piękną.

Largo das Portas do Sol - dzielnica Alfama - Lizbona, Portugalia

Largo das Portas do Sol - Alfama - Lizbona, Portugalia

Kawałek dalej w górę trafiam na Largo das Portas do Sol – jeden z najpopularniejszych punktów widokowych w Lizbonie. Rozpościera się stąd widok na białe i pastelowe domy Alfamy i ich czerwone dachy. Piękno jest też po drugiej stronie. Kolorowe ściśnięte jedna przy drugiej kamienice, stare tramwaje przetaczające się z głuchym łoskotem po torach. W barku zamawiam portugalską (czyt. pod same krawędzie) lampkę różowego wina, siadam przy stoliku i patrzę na Alfamę. Zza moich pleców dobiegają jakieś kabowerdyjskie rytmy – to jakiś zespół rozłożył się i dogrywa odwiedzającym to miejsce. Muzyka nie ma w sobie tej tandety, którą można wyczuć u większości grajków ulicznych obstawiających największe atrakcje turystyczne. To nie fado, ale pasuje do Alfamy. Do Lizbony. Do wina.

Alfama, Largo das Portas do Sol - Lizbona, Portugalia

Nie chce się stąd ruszać, ale coś ciągnie mnie dalej. Wąska, stroma i kręta ulica, którą wspinają się tramwaje i zniecierpliwione auta, które muszą się, za nimi przepychać. Droga pnie się pod górę, pomiędzy pięknymi kamienicami pokrytymi azulejos i okraszonych nieśmiertelnym, wyblakłym praniem powiewającym na wietrze. Docieram pod Igreja da Graca (Kościół Łaski). Znajduje się tu kolejny taras widokowy, z którego rozpościera się widok na Lizbonę. Zamek św. Jerzego, zsuwająca się po zboczach gór Alfama, Baixa i Avenida a po drugiej stronie, na wzgórzu Bairro Alto.

punkt widokowy Igreja da Graca -Kościół Łaski - Lizbona, Portugalia

Igreja da Graca -Kościół Łaski - wnętrze klasztoru - Lizbona, Portugalia

Lizbona jak na dłoni. Stoję w cieniu sosen o bajecznych, niesymetrycznych kształtach i spoglądam na to przepiękne miasto, pełne dziwnego spokoju, ospałe, nieśmiałe. Nawet w locie mew jest jakaś stagnacja, spokój, jakby zmęczenie – upałem ale i trochę samym sobą. Doprawdy trudno odkleić się od tego widoku, ale gdzieś daleko z prawej strony dostrzegam kolejny taras widokowy, jeszcze wyższy. Zanim jednak pochłonie mnie labirynt uliczek Alfamy, oglądam ruiny klasztoru Graca. Powoli restaurowany odzyskuje swoją świetność sprzed ponad kilkuset lat. Stopniowo są przywracane kolejne części kościoła i klasztoru – te sprzed trzęsienia ziemi w 1755 aż do jego początków 800 lat temu. Na razie odnowionych jest kilka sal, malowidła, płaskorzeźby i azulejos, resztę zarasta cały czas trawa.

Miradouro da Nossa Senhora do Monte - widok na Lizbonę, Portugalia

Lizbona widziana z Miradouro da Nossa Senhora do Monte

Po krótkim spacerze pod górę, w końcu docieram na szczyt. Miradouro da Nossa Senhora do Monte to kolejny taras schowany w cieniu rozłożystych iglaków. To jak najlepsze miejsce w ogromnym amfiteatrze Lizbony. To loża honorowa, z której widać całe miasto, z wyjątkiem starej części Alfamy schowanej za wzgórzem i zamkiem św. Jerzego. Stąd na miasto nie można się wprost napatrzeć. Każdy punkt przyciąga wzrok. Mały placyk, okno, dom, park, jakaś fontanna. Stąd, porozrzucana po okolicznych wzgórzach Lizbona przypomina nieco favele. Ten nieład, ta schyłkowość, zaniedbanie i trochę jakby zapomnienie. Cała ta niedoskonałość. To nie piękna, symetryczna, estetycznie dopieszczona architektonicznie Barcelona, to nie Paryż czy Londyn budowane przez wieki, to nie Rzym przepełniony starożytnością. To Lizbona – przepiękna w swej prowincjonalności, spokoju. Rubieże Europy. Świat schyłkowy. Siedząc tu, popijając Sagres i myśląc, można odpłynąć i zapomnieć o całym świecie.

Alfama - najstarsza dzielnica Lizbony - Portugalia

schody - Alfama - najstarsza dzielnica Lizbony - Portugalia

A jednak. Chcę iść dalej. Już czas. Poznaliśmy się już z Lizboną na tyle, że chyba już mogę. Szykowałem się na to dwa dni, w końcu decyduję się zrobić ten krok. Wracam na Largo das Portas do Sol i schodzę do serca Alfamy. Schody pomiędzy trupiobladymi ścianami kamienic i jestem już w innym świecie. Plątanina wąskich, stromych uliczek i schodów. Tu geometria przestaje mieć znaczenie, nie istnieje. Tutaj wszystkie te białe, żółte i pastelowe kamienice zlewają się w jedną wielką bezkształtną bryłę. Jak wielka piana pęczniejąca nad wanną. Bezkształtną dla oka, ale w wymiarze duchowym, widziana oczyma duszy nabiera zupełnie nowego znaczenia. Tu bardziej niż gdzie indziej w Lizbonie czuć ten wiejski spokój. Tutaj wieś wdziera się razem z wiatrem, hula po krętych uliczkach Alfamy. Ta wiejskość zachwyca, jest do bólu prawdziwa. Miejskość obiecuje, zwodzi. Wiejskość po prostu jest.

przepiękne zaułki - Alfama - najstarsza dzielnica Lizbony - Portugalia

Typowa uliczka - Alfama - najstarsza dzielnica Lizbony - Portugalia

Mam jakiś plan, w stylu ”wycieczka najpiękniejszymi zakątkami Alfamy”, ale kiedy tylko przestępuję wrota białej dzielnicy, plan znika tak jak zniknęli wszyscy turyści, wycieczkowicze i zwiedzający rozbijający się tam na górze. Odpływam, błąkam się po uliczkach, wspinam schodami, tu nie ma żadnego planu, żadnej trasy. Idę prowadzony sercem i Alfamą. Kierunkowskazami są dyndające nad głową pranie, żeliwne latarnie, mewy zataczające leniwie kółka na niebie. Dookoła przygnębiająca cisza, co i raz przerywana przez trzeszczące fado cicho sączące się z jakiegoś okna. W powietrzu unosi się zapach samotności, smutku, to coś, co Portugalczycy nazywają saudade. Jednocześnie czuć tu jakąś namiastkę zgiełku, pogaduszek, śpiewów, które gdzieś przeminęły, ale nadal tlą się gdzieś w środku niczym węgle zagrzebane głęboko w popiele wczorajszego ogniska. Czyżby pod tą skorupą smutku i melancholii było życie.

podwórko - Alfama - najstarsza dzielnica Lizbony - Portugalia

Alfama - najstarsza dzielnica Lizbony, kobieta sprzedająca ginja - Portugalia

Może to życie to właśnie ginja? Gdzieś pośród zaułków Alfamy trafiam na starszą panią przy stoliczku i sprzedającą ginję w kieliszeczkach. Zasada jest prosta: podchodzi się, płaci 1 euro i odchodzi z naparsteczkiem słodkiego likieru. Obowiązkowo z kwaskową wisienką w środku. Pani uśmiechnięta, rozmawia z innymi, wychylającymi się z okien i balkonów. Ginja to chyba eliksir wypłukujący z Portugalczyków saudade. To lek na fado, które pogrążą ich w melancholii, to specyfik otwierający oczy, pozwalający choć chwilę cieszyć się słońcem, którego tyle jest w Lizbonie. Alfama to nagroda dla każdego kto przybywa do Lizbony. Nie można tu ot tak przyjść, wejść, przejść. Trzeba się na to spotkanie przygotować. Poznać z Lizboną, oswoić, obwąchać. Dopiero później udać się do jej serca, odkryć największe tajemnice. Dojrzewanie do spotkania z Alfamą to jak oswajanie się z nagością partnera. Wymaga czasu i miłości. No i może odrobiny ginjy.

Wieczór, Stara przystan, Praca do Comercio - Lizbona, Portugalia

Z Alfamy wychodzę niemal prosto na starą przystań. Kamienne schodki, pary sączące wino, obok maleńkiej plaży wymyślne rzeźby z piasku. Powoli nadchodzi wieczór. Lizbona skąpana jest w cieniu. Nagle zdaję sobie sprawę, że znajduje się w tym samym miejscu, co cztery lata temu, podczas mojej pierwszej podróży do Lizbony. Znowu siedzę sam na kamiennym murku, wpatrzony w mewy zawieszone w powietrzu nad dwoma samotnymi słupami wystającymi z wody. Prawie jak japońskie torii. Granica świata. Świątynia wspomnień. Za plecami rozlega się pieśń ulicznego grajka. Myślę sobie co by było, gdybym się mógł cofnąć o te cztery lata i stanąć tu twarzą w twarz z samym sobą. Młodszym, głupszym, zupełnie innym. W innym życiu. Rozmyślałem wtedy co dalej.

Stara przystan, Praca do Comercio - Lizbona, Portugalia

Co bym wtedy powiedział samemu sobie? Czy bym pouczał? Ostrzegał? Radził? Mewy przysiadają na dwóch kolumnach i tkwią niczym rzeźby. Patrzymy się na siebie w milczeniu, a pomiędzy nami rozbrzmiewa muzyka tych ulic. – Nic bym nie powiedział – mruczę sobie pod nosem. Zrobiłbym wszystko tak samo. Wszystkie te smaki, obrazy, wzloty i upadki, miłość, która mnie odnalazła, ludzie, wspaniałe przyjaźnie, inspiracje, wspólnie spędzony czas. To moje życie, które zaczęło się tu – w Lizbonie. To ona była kluczem do mojego życia. Zmieniła je. Tak miało być. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie co by było gdyby nie Lizbona. A te moje ulice, cała wiejska Alfama, rozpływają się, ulatniają i razem z fado wnikają we mnie. Oczami, uszami, nozdrzami, przez skórę. Prosto do mojego serca. Zostaną tam na długo.

Lizbona, Portugalia

Lektura:

Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic”