Wielkanoc w Armenii. Kuszajcie na zdarowie

Kiedy dojeżdżaliśmy do Halidzoru było kompletnie ciemno. Ormiańska wioska miała nas uraczyć swoim pięknem z samego rana, kiedy wstanie słońce. Kiedy się budzimy około 9:00 faktycznie jest już jasno. Tyle że jesteśmy w samym środku chmury. Siąpi nieprzyjemny chłodny deszcz. Otwieramy drzwi i do naszej beczki wpada zimne, wilgotne powietrze. Mimo to jest pięknie. Zapach ziemi, gór i deszczu ma w sobie coś przyjemnego. Widoczność jest słaba, ale próbujemy sobie wyobrazić jak pięknie musi być naokoło nas. Mieszkamy nad samą przepaścią. Pod nami głęboki kanion, naokoło zielone góry. Kiedy tylko opadnie ta mgła… Do złej pogody na wyjazdach już przywykliśmy, więc przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego. Krzątamy się leniwie wdychając to pyszne powietrze i w końcu idziemy na śniadanie. Wielkanoc w Armenii.


Po drodze przypominam sobie, że zostawiliśmy na ławce koło domku torbę z jedzeniem. To miała być taka polowa lodówka. W nocy temperatura spada tu blisko zera. W domku dzięki dmuchawie, mieliśmy jakieś 30 stopni. W torbie trzymaliśmy resztę domowego ciasta, które było wczoraj super przekąską i oczywiście nieśmiertelne kabanosy. Kiedy zbliżamy się do ławki, na miejscu torby znajdujemy jej resztki. Rozciągnięte, poszarpane, wyglądają jakby coś ją przeżuło i zwróciło. Po zawartości oczywiście nie było najmniejszego śladu. Wielka Stopa? Yeti? Kosmici? Nie, to po prostu bezpańskie psy, których za dnia kręcą się tu dziesiątki. Okazuje się, że noc należy do nich. Wychodzą wtedy na żer i nie ma dla nich żadnej świętości. Po drodze do kuchni widzimy dosłownie wypatroszone śmietniki a nawet buty i skarpetki, które ktoś nieopatrznie zostawił na zewnątrz.. Wszystko co było poza domkami padało ofiarą wygłodniałych psów

Gospodarze są w kościele. W końcu to Wielkanoc. Czuwa ich syn, który gdy nas tylko zobaczył, od razu zaczął się uwijać z obsługiwaniem jedynych gości. Na śniadanie znowu jaja wielkanocne. Do tego przepyszny chleb, koniecznie z dżemem (niestety kupnym), ormiański słony ser i te pyszne drożdżowe „ślimaki”. Prościej się chyba nie da. Z górskim powietrzem smakuje wybornie. W małej kozie bucha lekko mały ogień, czuć lekki zapach dymu. Jest przyjemnie ciepło. Siedzimy naprzeciwko siebie, uśmiechamy się i zajadamy ormiańskie smakołyki. Skubiemy ze słodkich bułek orzechy, oblizujemy lepkie od lukru palce. To kolejne takie nasze śniadanie Wielkanocne. Najlepsze. Właśnie takie momenty, te małe gesty sprawiają, że się je pamięta. nam tak dobrze, że nawet naokoło zaczyna się przejaśniać.

Kiedy wracamy do naszej „beczki” przeciera się już niemal zupełnie. Wtedy naszym oczom ukazuje się widok na okolicę. Okazuje się, że faktycznie mieszkamy na skraju wysokiego kanionu. Ze wszystkich stron otaczają nas bajeczne góry. Idziemy na ławeczkę za domkiem, przed nami chyba jedna z najbardziej niesamowitych i bajkowych scen, jakie w życiu miałem okazję zobaczyć. Nieopodal na skraju urwiska stoi samotna wieża wartownicza, która przez wieki służyła miejscowym do ostrzegania się przed nadciągającymi wojskami wroga. Widzę oczyma wyobraźni jak dawno temu, strażnicy, dostrzegłszy nadciągających najeźdźców, rozpalali pośrodku wieży ogromne ognisko dając znać ludziom w głębi doliny, po czym tamci rozpalali następne aby ostrzec tych mieszkających dalej.

Z drugiej strony rozciągał się widok na kanion. Wilgotny, soczyście zielony, wzdłuż niego płynęły leniwie chmury. Coś wspaniałego! Trudno opisać co się tu dzieje. Kręcimy się podnieceni i wpatrzeni w przepiękne góry. Nie zwracamy nawet uwagę na to, że brodzimy w okropnym gliniastym błocie. Po chwili nasze buty zamieniają się w ciężkie błotniste kloce, którymi ciężko manewrować. Teraz nie ma to znaczenia. Stoimy i patrzymy. Upajamy się pięknem Armenii. Stoimy jak Puchatek i Prosiaczek. – Ale my mamy fajoskie życie – pada. – Taaak – Można pomyśleć, że to właśnie takie momenty nam to uświadamiają, ale nie, my to wiemy i pamiętamy o tym w każdej chwili.

Pogoda czy nie, jedziemy dalej. Dzisiaj w planie mamy zwiedzanie okolic Goris. Plan jest dynamiczny, tak jak pogoda. Wygląda na to, że zaraz znowu zacznie padać, więc szkoda tracić czasu. Jedziemy do Goris! Jedziemy drogą, którą jechaliśmy wczoraj w przeciwnym kierunku. Mijamy wieś Halidzor, malowniczo położoną na skraju urwiska. Wspinamy się krętym szlakiem aż do stacji kolejki linowej Wings of Tatev, która jedzie stąd aż do oddalonego o niecałe 6km w linii prostej klasztoru Tatew. To najdłuższa na świecie jednosekcyjna kolejka linowa, o największej odległości między sąsiednimi punktami podparcia liny. Oczywiście wpisana do księgi rekordów Guinnessa. Szkoda, że pogoda jest tak kiepska, że nic by nie było z niej widać. Może jutro.

Za stacją kolejki rozpościera się płaskowyż, który okazuje się jakimś niesamowitym, abstrakcyjny, światem. To połączenie postapokaliptycznego świata z Fallouta, horroru w stylu „The Ring” osadzonego w realiach upadłego ZSRR i jakiejś dziwnej baśni. Mijamy las wielkich słupów wysokiego napięcia wyłaniających się z chmur, wraki samochodów i spychaczy porzucone w polu. We wiosce Shinuhayr widzimy stada owiec ganiane przez małe dzieci przez ruiny opuszczonych kołchozów. Nad wszystkim tym rozpościera się pochmurne, jakby zaniepokojone ciężkie niebo. Przechodzą mnie na zmianę ciarki i dreszcz podniecenia. Jest niesamowicie, tajemniczo, niezrozumiale, inaczej.

Przy jednych z ruin, wyglądających na jakąś nieczynną już fabrykę, odbijamy w krótszą, jak nam się wydaje, drogę do Goris. Na wysokości zrujnowanego lotniska Shinuhayr droga praktycznie przestaje istnieć. Nawierzchnia jest tak dziurawa, że użycie słowa „droga” jest nie tylko mocnym nadużyciem semantycznym. Jest bluźnierstwem. To nawet nie są dziury. Te przecież wskazują na coś co ma jakieś skończone rozmiary. Tutaj trudno powiedzieć gdzie się zaczynają a gdzie kończą. Trasa składa się w zasadzie z jednej ogromnej dziury na którą składają się tysiące mniejszych, nieregularnych, porozrzucanych wzdłuż i wszerz. Płytkie i głębokie po kolana, puste i wypełnione rudobrązowym błockiem. Te, które da się objechać i te które pochłaniają opony naszej Nivy, która bezlitośnie łupie zawieszeniem o chropowatą nawierzchnię naokoło. Jest tak źle, że lepiej jest zjechać na trawę i jechać bokiem. Po tej jeździe, już nigdy nie powiem złego słowa o polskich drogach.

Przedzieramy się więc przez armeńskie drogi lokalne przypominające raczej powierzchnię księżyca ze wszystkimi swoimi kraterami. Droga prowadzi stopniowo w dół, kręci, po bokach pojawiają się drzewa. Jedyne co się nie zmienia to stan drogi. To najgorsze i najdłuższe 20 kilometrów jakie kiedykolwiek przejechałem. Nie ma to najmniejszego sensu, ale naprawdę warto to zobaczyć. W końcu znajdujemy się przy punkcie widokowym dokładnie ponad miasteczkiem. Goris w całej swej wspaniałości rozciąga się pod nami. Białe i szare domy, czerwone dachy, długie uliczki. Miasteczko wciśnięte pomiędzy piękne góry przykryte zielonym dywanem. Zaraz nad ich szczytami rozciąga się szczelnie gruba warstwa ciężkich stalowych chmur. Goris wygląda czarująco, kiedy tonie w zieleni drzew musi być tu prześlicznie. Na razie wiosna nie rozpieszcza. Na drzewach nie ma jeszcze liści. Dopiero pojawiają się pojedyncze maleńkie pączki. To nie Erywań. Tu są góry, wysoko, zimno.

Kiedy tak stoimy słychać nagle chrzęst metalu trącego o metal. Zgrzyt, po którym aż ciarki przechodzą. Powtarza się co chwile. Zza chrzęstu wydobywa się odgłos jakiegoś starego auta. Z góry widzimy zdezelowaną Ładę Nivę wspinającą się pod górę. Co jakiś czas zatrzymuje się i stacza powoli do tyłu. Słychać jak nie wchodzi bieg. Jak kierowca walczy o każdy kolejny metro pod górę. W końcu Łada wjeżdża na górę. Kiedy nas mija, wydaje mi się, że oprócz odgłosów jazdy słyszę jak chrupie ją rdza. Dwóch młodych panów w czarnych skórach obrzuca nas ciekawym spojrzeniem i jedzie dalej. Po chwili zatrzymują się przy podjeździe pod górę. Widać, że szykują się do wjazdu. Co dziwne zamiast wjechać zabłoconą ścieżką, Niva z jękiem i zgrzytem startuje pod strome zbocze obok. Auto rzęzi, jęczy, walczy o życie. Kilka razy się stacza, ale uparty kierowca nie daje za wygraną. Patrzymy z szeroko otwartymi ustami. Zaczynam aż kręcić, spodziewając się zobaczyć zaraz turlającą się z górki Nivę. Łada z wysiłkiem, ale robi swoje. Po chwili chłopaki zapewne zadowoleni ze swojego wyczynu, znikają na górze. Tylko dlaczego nie pojechali drogą? Ormianie mają fantazję.

Zjeżdżamy do Goris. Czytaliśmy o przepięknych, starych kamiennych domach, drewnianych okiennicach, o alejach w cieniu drzew. Wjeżdżając do miasta mamy wrażenie, że to raczej nie było o Goris. Wszechobecna brudna, przygnębiająca szarość. Poszarpane ulice, które miejscami zapomniały dawno co to asfalt. Wszechobecny bród, błoto, wciskające się w każdą możliwą szczelinę. Chwasty łapczywie chwytające każdą wolną przestrzeń. Miasto wygląda przygnębiająco, szaro, smutno, jakby zapadało się pod własnym ciężarem. Rozkład, brak nadziei i perspektyw, marazm, kompletny brak energii. To senne wielkanocne południe w Goris.

Ten przygnębiający obraz można po części tłumaczyć pogodą. Przy ciężkich ponurych chmurach nawet nawet Barcelona potrafi wyglądać słabo. Na pewno przy pięknym słońcu, miasto nabiera nieco więcej uroku. Do tego, brakuje zieleni. Z ziemi sterczą jedynie powyginane kikuty, które dopiero za jakiś miesiąc będą drzewami. Wjeżdżamy coraz głębiej w to przedziwne miasto. Wydaje się, że czas się tutaj zatrzymał. Poza kolorowymi reklamami i mocno styranymi autami z zachodu, nie widać tu żadnych śladów postsowieckiego życia. Goris jest jak pożółkły stary kalendarz, jak zepsuty zegar, którego wskazówki zatrzymały się w 1991 roku, kiedy upadło ZSRR. Od tej pory nic się tu nie dzieje. Wszystko tylko niszczeje.

Zostawiamy auto w centrum, gdzieś przy głównym placu i idziemy się przejść. Szukamy tych pięknych domów. Główny plac otaczają ciemnoszare kamienne kloce w stylu późnego socrealizmu pomieszanego z ormiańską architekturą. Obok trafiamy na komunałki – szpetne blokiszcza, które rozsiane są od Berlina aż po Władywostok, od Norylska aż po Duszanbe, wszędzie gdzie kraj rad miał cokolwiek do gadania. Mam mieszane uczucia, z jednej strony rozwiązały masę problemów mieszkaniowych, z drugiej bezlitośnie szpecą krajobraz gdziekolwiek się pojawią.

Na szczęście większość zabudowań Goris to domy. Szare, ponure, smutne, ale mimo wszystko na swój sposób ładne. Na pewno bardzo klimatyczne. Przede wszystkim, swój ponury charakter zawdzięczają budulcowi. Kamień jest podstawą budownictwa w Armenii. Wszędzie jest go dużo. Niestety ma dość specyficzną estetykę. Na pewno jest tu pięknie, kiedy drzewa się zielenią. Idziemy wzdłuż ulicą Masztoca, wspinamy się powoli pod górę, przechodzimy wzdłuż kolejnych domów przypominających coś pomiędzy grobowcem a lepianką. Wzdłuż ulic ciągną się rury centralnego ogrzewania. Co jakiś czas przecinają ulicę, tworząc swego rodzaju bramy. Po pustych ulicach co jakiś czas śmiga jakieś Żiguli. Senne, ponure miasto. To pewnie dlatego że niedziela, Wielkanoc. Jest niesamowicie.

Przecinamy rzekę. Tu „miasto” liczy jakieś dwie przecznice. Zaraz za nimi znajdujemy się w innym świecie. Tu kończą się nawet dziurawe asfaltowe ulice i domki. Zaczyna się prawdziwa wieś. Gospodarstwa, duże domy z całymi obejściami. Dużo złomu – stare samochody, ciągniki, jakieś maszyny rolnicze. Po drodze biegają kury, krowy. Błądzimy po wsi w poszukiwaniu kamiennego starego miasta. Widać je z daleka na zboczu góry wznoszącej się nad miastem. Dziesiątki mniejszych i większych jaskiń. To tu w V wieku zaczęli się tu osiedlać ludzie. Setki lat temu mieszkali w nich ludzie.

Dochodzimy do końca drogi. To jakby ślepy zaułek jakiegoś kanionu. Gospodarstwa i zagracone podwórza płynnie przeszły w cmentarz, który z trzech stron otoczony jest górami. Na delikatnie zieleniejących się już zboczach widać jaskinie. Pomiędzy nimi leniwie kursują krowy. Pojawiają się, to znikają w kolejnych oknach jaskiń. Jakby zupełnie przejęły panowanie nad tymi średniowiecznymi ruinami. Próbujemy znaleźć drogę do jaskiń, ale przeszkadza nam głębokie błoto, krowie placki i plątanina dróg, dróżek i ścieżek, które kręcą pomiędzy grobami, nagle się kończą, pojawiają i nie wiadomo, która zaprowadzi nas do góry. Stoimy na dole w samym środku cmentarza, pomiędzy kamiennymi pomnikami i rozglądamy się z ustami otwartymi z zachwytu. W głowie pojawia się naraz setka pytań. Jak adaptowano takie jaskinie, jak się w nich mieszkało, jak wyglądało życie tutaj te kilkaset lat temu. Jak pięknie musiało wyglądać po zmroku, kiedy w setkach okien paliły się ogniska. Jak płonąca góra.

Robi się chłodno, trochę zmarzliśmy, więc wracamy do auta. Wybieramy dziką drogę przez maleńki pieszy most. Idziemy przez jakieś krzaki, droga wije się pod górę. To w zasadzie nie droga a ścieżka wysypana gruzem. Jest tak stromo, że nie wiem jak tu się dostają zaparkowane tu i ówdzie Żiguli. Centrum: w gąszczu bloków i domków, wśród dziurawych ulic i rur wijących się niczym wielkie metalowe węże, szukamy jakiegoś miejsca gdzie można wypić herbatę. W jakiejś bramie dostrzegam napis CAFE. Pukamy do drzwi, pytamy – atkryto? – . Oczywiście że „atkryto”. Jest poza sezonem, więc cafe przypomina raczej domową jadalnię. Zamawiamy po kawie „ormiańskiej” – nie mylić z turecką. Pani poleca świeże, domowe ciasto – ze świąt – więc bierzemy. A w zasadzie to Pani dochodzi do wniosku, że jest Wielkanoc i nas ugości. Na stół wjeżdża lawasz i jajka na twardo – „kuszajcie na zdarowie” – za każdym razem wypowiadane w Armenii za takim ciepłem i taką miłością, że wszystko musi smakować!

Jedziemy z Goris drogą na Stepanakert. 26 km dalej zaczyna się Górny Karabach. Niestety nie pojedziemy tam, nie będziemy mieli jak wyrobić w weekend wizy, żeby stamtąd wyjechać a nie uśmiecha nam się korumpować graniczników. Zresztą ułożyliśmy sobie już świetny plan. Karabach następnym razem. Droga wspina się do góry, po chwili znajdujemy się na wyżynie, pomiędzy pięknymi zielonym wzgórzami z oddali. Jest kompletnie pusto. Nad naszymi głowami krąży orzeł. Słychać lekki, stłumiony gwizd wiatru. A dopiero co wyjechaliśmy z miasteczka. W oddali droga schodzi na dół by po wielu kilometrach znowu wspinać się pod ciemne, przykryte chmurami chmury. Z daleka wyglądają trochę jak Mordor. To Karabach.

Skręcamy i zjeżdżamy w bramę z napisem Chyndzoresk. Droga wiedzie do brzydkiej, szarej wioski. Następnie odbija w pole. Tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Droga zamienia się w błotne, głębokie nawet na pół metra koleiny. Po to właśnie wzięliśmy Nivę. Mijamy pokryte azbestem obory. Przed nami przez drogę przebiegają wystraszone krowy. Samochód skacze na dziurach jak oszalały. Dotychczas granatowy, teraz zaczynają go pokrywać wielkie błotniste płomienie. Koła momentalnie obłażą lepkim, glinowatym błockiem. Czuć jak samochód wyje, jakby walczył o życie, ślizga się, niezdarnie kręci, ale mimo wszystko prze do przodu. Radzieckie samochody są najlepsze!

po jakichś 15 minutach kręcenia po błotnistym trakcie, dojeżdżamy do końca. Tu znajduje się Stary Chyndzoresk – średniowieczne miasto wyryte w formacjach skalnych pokrywających dno i zbocza kanionu. Kilkaset lat temu mieszkały tu tysiące ludzi. Teraz zostały ruiny. I most. Wiszący most. Zobaczyłem go przez przypadek w Internecie, kiedy planowaliśmy nasz wyjazd i wiedziałem, że musimy tu przyjechać. Zostawiamy auto na krawędzi kanionu. Kiedy docieramy ścieżką do krawędzi, widok aż zapiera dech w piersiach. Powietrze! Dużo powietrza. Przestrzeń. Przepiękny zielony kanion poniżej. Na jego zboczach skalne wieżyczki i mnóstwo kamieni. Dopiero po bliższym przyjrzeniu, widać, że to nie kamienie a jaskinie. Pomiędzy nimi, poukrywane pośród drzew wystają kamienne domy i kościół.

Naraz przychodzą dziesiątki myśli, setki pytań. Jak tu ludzie żyli? Próbuję sobie wyobrazić miasto dosłownie schowane w zboczu góry. Mieszkańcy starali się być niewidoczni dla wrogów nieustannie najeżdżających Armenię ze wszystkich stron. Dla mnie abstrakcja jak można ułożyć sobie życie w jaskiniach. Nowy Chyndzoresk powstał w latach ’50 ubiegłego stulecia, wokół kołchozu, po drugiej stronie wąwozu, na jego szczycie. Jaskinie stoją tak pozostawione same sobie. Żeby ułatwić komunikację pomiędzy starą i nową częścią wsi, nad wąwozem rozciągnięto most linowy. Zejście do niego wiedzie po strasznie źle wyprofilowanych, drewnianych stopniach. Są krótkie, niskie. Trudno iść po każdym, co dwa też się nie da. Już po chwili schodzenia jesteśmy zmęczeni.

Po dość męczącym schodzeniu docieramy do mostu. W sezonie musi to być nie lada atrakcja. Szkielety straganów i stoisk, zamknięty na cztery spusty barek. Jest nawet dróżka, najwyraźniej da się tu dojechać samochodem. Na szczęście jesteśmy sami. Most to coś niesamowitego. Wchodzimy, żeby przedostać się od razu na drugą stronę, do jaskiń. Most trzymają grube stalowe liny, zabezpieczony jest siatką, wygląda stabilnie. Już od pierwszych kroków, wisząca konstrukcja zaczyna miarowo dyndać. To uczucie to jak unoszenie się w powietrzu i na falach jednocześnie. To taka nędzna namiastka latania. Przechodząc przez most jestem zachwycony. Ten dreszczyk emocji. I ten widok. Lecimy przez przepiękny kanion. Buchająca nieśmiało zieleń, kwitnące na biało drzewa owocowe. Pomiędzy nimi poukrywane kamienne domy. Naokoło kręcą się owce. Góra przed nami przypomina jakieś prehistoryczne miasto. Dwupoziomowe jaskinie, wyraźnie widać ogródki, paleniska. Wygląda jakby wszyscy mieszkańcy nagle gdzieś wyszli i w każdej chwili mieli wrócić.

Kręcimy się pośród jaskiń. Setki dziur łączy plątanina wydeptanych ścieżek, pośród drzew owocowych i krzaków. Jaskinie są częściowo wykończone kamieniem i zaprawą. Mają stropy i ściany, portale a nawet ogrodowe murki. Wewnątrz są wykute w skale stoły, ławy. Wiadć jeszcze ślady palenisk. Teraz składowane są w nich jakieś worki, chrust i zapasy dla zwierząt. To niesamowite jak mieszkańcy wioski korzystają ze średniowiecznych ruin jako z magazynów. Tak zwyczajnie. Dla nich to nie jest historia. Dla nich stary Chyndzoresk to teraźniejszość. To narzędzie w walce o jutro.

Kiedy tak chodzimy, na drugim brzegu słychać zamieszanie. Znikąd pojawia się autokar pełen turystów. W mig się opróżnia i tłum rusza w dół schodami. Zaczyna się wyścig z czasem, chcemy wrócić mostem, zanim wejdzie na niego jakieś 50 osób. Zapewne zrobią to naraz. Kiedy jesteśmy na środku mostu, jakiś narwaniec wspina się na jednym końcu na ramę mostu, pozuje do zdjęć, po czym z uśmiechem skacze na most. W tym momencie całość zaczyna się trząść. Pierwszy raz widziałem Ulę gotową kogoś zabić. Chłopak nawet nie wie jakie ma szczęście, że był tak daleko i nie po stronie, w którą szliśmy. Czasem po prostu tak jest. Nie wiemy jak niewiele brakowało do nieszczęścia.

Udaje nam się zdążyć przed nadciągającą wycieczką. W ostatniej chwili schodzimy z mostu, kiedy zaczynają się na niego dosłownie „wlewać”. Po chwili most zaczyna się tak bujać, że część rezygnuje. My jesteśmy już na szczęście w drodze na górę. Koszmarne schody wynagradza boski widok. Gdzieś daleko na końcu kanionu znowu pojawia się tajemniczy Karabach. Dzięki przepięknym widokom droga w górę nie jest aż taka zła. Na parkingu znikąd pojawia się przy autokarze Żiguli, z którego kierowca wyciąga stragan i rozkłada na nim pamiątki. Czeka na turystów wracających do autobusu. My pakujemy się do naszego ognistego-błotnistego terenowego potwora i wracamy na szlak. Droga w górę daje nie mniej radochy niż zjazd.

Jedziemy z powrotem przez Goris. Akurat się wyrobiliśmy czasowo. Za nami podążają deszczowe chmury. Kiedy wjeżdżamy na góry po przeciwnej stronie miasta, widzimy jak droga wiodąca do Stepanakertu ginie w chmurach. Kierujemy się na Tatew. Tym razem wybieramy drogę normalną, a nie żaden podziurawiony skrót. Sęk w tym, że na głównej drodze dziur jest niewiele mniej. Po pół godzinie zręcznościowego omijania ubytków w jezdni, docieramy do Shinuhayr. Wioskę można podsumować jako zrujnowany kołchoz na skraju przepaści. Dotyczy to zarówno jego położenia fizycznego jak i wrażeń estetycznych. Według przewodnika jest tu gdzieś punkt widokowy.

Błądzimy po dziurach ułożonych w drogę, pomiędzy ruinami zabudowań kołchozu. Musiał być ogromny. Przypomina to raczej ruiny miasta. Betonowe skorupy, wystające zbrojenia, pełno gruzu, azbestu, złomu i śmieci. Tych przemysłowo-rolnych ale i takich zwyczajnych – ludzkich. Nigdy nie zrozumiem jak ludzie mogą żyć w takim syfie naokoło. Zadziwiające jest to tym bardziej, że Ormianie dbają o swoje domy. Śmieci w środku są niedopuszczalne, ale zaraz za oknem to już OK. Nie wiem, nie potrafię sobie tego wytłumaczyć nawet piramidą potrzeb Maslowa. Nie mówię przecież o segregacji odpadów, która dla tych ludzi mogłaby być faktycznie jakąś fanaberią, mówię o tym, żeby nie robić syfu tam gdzie się żyje. Dla siebie, swoich dzieci. To już nawet nie estetyka, to zdrowie.

Zamykamy oczy na wszechogarniający syf, na całe pola usiane torbami foliowymi unoszącymi się na wietrze. Przejeżdżamy na przełaj, po podmokłej, stromej łące, zupełnie nie wiedząc jak wrócimy. W końcu trafiamy na punkt widokowy. Gdyby nie śmieci, byłoby to przepiękne miejsce na piknik. No ale my przecież nie widzimy śmieci. Stoimy na skraju zielonego, głębokiego kanionu. Przed i pod nami majestatyczne góry, gdzieś hen w dole płynie rzeka. Na przeciwko, szczyty schowane są w chmurach. Do i raz widać tylko gdzieś w oddali cieniutkie, wijące się zygzakami dróżki, pojedyncze domy, jakiekolwiek ślady człowieka. Poza tym jesteśmy sami. Tylko my, nieskazitelnie piękna przyroda i ruiny ludzkich marzeń o potędze i idealnym równym społeczeństwie. Podczas gdy przyroda kwitnie, one zapadają się coraz bardziej w czeluściach historii. Zasilane tylko tymi cholernymi śmieciami teraźniejszości.

Udaje nam się znaleźć drogę pomiędzy ruinami kołchozu i wyjeżdżamy na obrzeżach Shinuhayr, przy skorupie starego sowieckiego przystanku autobusowego. Jest wielkości pałacu, zużyto nań tyle betonu co na niejeden dom. Kiedy wyjeżdżamy na drogę, mija nas Żiguli, w którym siedzi czwórka dzieci z ojcem. Prowadzi jakiś sześciolatek. Mają fantazję na armeńskiej prowincji. Ponieważ niedługo się ściemni, jedziemy do Tatew. Mijamy stację kolejki, zjeżdżamy w dół drogą wijącą się do Halidzoru, przejeżdżamy obok naszych „beczek”, jedziemy dalej. Po paru zakrętach stajemy na kolejnej krawędzi. Droga zwija się w zygzak prowadzący w dół. Zjeżdżamy w dół przepięknego kanionu – tego nad, którym mieszkaliśmy.

Po przeciwnej stronie na górze widać już wieżę kościoła Tatew. Zaraz obok znajduje się wioska. Przejeżdżamy rzekę w dole i zaczynamy się wspinać pod równie stromą drogę. Nagle kończy się asfalt i jedziemy po ziemi pooranej licznymi rowami, dziurami i wyrwami. Drogę dzielimy z krowami, owcami, psami pasterskimi. Jest ciaśniej niżby się mogło wydawać. W końcu dojeżdżamy do wioski. Nasz nocleg Saro’s Bed & Breakfast znajduje się naprzeciwko kościoła. Zajeżdżamy więc pod pawilon, który okazuje się restauracją w remoncie. Na powitanie wychodzi nam 26 letnia córka właściciela. Czekała na nas z niecierpliwością. Jest przejęta, ale od razu widać, że to dobra dziewczyna i bardzo jej zależy, żeby nas jak najlepiej przyjąć. Zabiera nas do domu. Jedziemy przez wieś w błocie po kolana – jeszcze głębszym niż na drodze do Chyndzoresku. Po zrzuceniu rzeczy i krótkiej rozmowie przy ciepłej herbacie, nasza gospodyni od razu proponuje, że jej tata zabierze nas na wycieczkę na punkt widokowy aby obejrzeć klasztor. Najlepiej teraz, póki się nie ściemni.

A więc na wycieczkę! Podjeżdża jej tata – Saro swoim GAZ-em rocznik 1958. Samochód jest tak stary i wysłużony, że dziwne, że w ogóle jeździ. Pakujemy się do tyłu, na twarde deski i od razu ruszamy. Auto jęczy, dyszy, ryczy i trzęsie niemiłosiernie, ale bezbłędnie pokonuje głębokie błoto i wyboje na nieutwardzonej drodze. Kierowca uśmiecha się i co i raz po rosyjsku rzuca jakieś krótkie uwagi odnośnie do drogi. Po zaledwie 5 minutach jazdy zgrabnie dojeżdżamy na punkt widokowy na zboczu sąsiedniego wzgórza. Powoli zapada zmrok. Przed nami piękny Tatew, na skraju góry. Za kościołem rozciąga się kanion od nieba odgrodzony grubą warstwą ciężkich chmur. Stoimy w milczeniu i patrzymy na ten widok. – Widzę to codziennie i jeszcze mi się nie znudziło – rzuca Saro dostrzegając nasz zachwyt. Nie dziwię się. To jeden z tych widoków, które chce się łapczywie pożerać wzrokiem, jak najdłużej i jak najczęściej. Piękno natury i tajemniczy klimat ormiańskiego kościoła

Kiedy się zbieramy, zaczynają się wygłupy. Saro rozgaduje się i pokazuje co potrafi jego auto. Odpala GAZ-a, który powoli toczy się bez kierowcy a sam wskakuje na maskę. Proponuje szybki kurs prowadzenia radzieckiego gazika. Ula siada za kółkiem i próbuje okiełznać toporną, skrzypiącą i trzeszczącą bestię. Biegi, reduktor, ręczny – trzy, niczym nie różniące się od siebie dźwignie. Saro mówi po rosyjsku co robić, ja tłumaczę symultanicznie na polski, auto niekoniecznie się słucha nieopierzonego kierowcy terenowego. Saro pomaga z siedzenie pasażera, zupełnie jak instruktor w szkole jazdy. Pod górę, w dół, znowu w górę, przez błoto. W końcu auto gaśnie. Jesteśmy na miejscu, podekscytowani i zdajemy sobie sprawę, że piekielnie głodni.

Żona Saro, prowadząca restauracje pokazuje nam menu – kartkę, na której wypisanych jest kilka dań, które akurat zrobiła. Decydujemy się na wołowinę i miejscowy przysmak – potrawkę z królika. Do tego oczywiście ser i zielenina. Gospodyni stwierdza, że to mało i przynosi nam jeszcze domowej roboty kiszonki chleb, a ponieważ jest Wielkanoc, to oczywiście jajka na twardo i świąteczny płow. Na pewno jesteśmy spragnieni, więc dostawia jeszcze wazon kompotu i domowe wino. Wszyscy po kolei proponują domową wódkę z moreli. Kiedy grzecznie odmawiam, tłumacząc, że musimy jeszcze wrócić autem do domu przez wieś – co w takim błocie, mgle i w środku nocy nie będzie łatwe – wszyscy po kolei mówią zaskoczeni – Nie martw się, u nas nie ma policji – . Ilość jedzenia jakie pojawia się na naszym stole powoli zaczyna nas przerażać, a kiedy wjeżdża w końcu to co zamówiliśmy, tracimy wszelką nadzieję. Porcje są tak ogromne, że już wiemy, że się stąd wytoczymy. I jeszcze to ciepłe babcine „kuszajcje na zdarowie”.

Po kolacji przychodzi Saro. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, będziemy mieli prywatny koncert gry na duduku. To drewniany instrument dęty z podwójnym stroikiem. Przypominający nieco flet prosty. Robiony jest z miejscowego drzewa morelowego. Wymyślili go oczywiście Ormianie, co akurat ma potwierdzenie nawet w nie-armeńskich badaniach. Nie mieliśmy wcześniej pojęcia o duduku. Saro na początku opowiedział o instrumencie – ciekawostka – wykorzystał go Hans Zimmer komponując muzykę do „Gladiatora” Ridleya Scotta.

Kiedy Saro zaczyna grać, odpływamy. Gdzieś w głębi duszy miałem maleńką obawę, że to może być jakieś fałszowanie, oczywiście nieładnie byłoby odmówić, więc był ułamek szans, że będziemy siedzieć i się męczyć. Jak na jakimś wczasowym pokazie „tradycyjnych” pieśni i tańców. Tymczasem, ciepłe, hipnotyzujące brzmienie duduka dosłownie mnie rozbraja. Momentami brzmi jak saksofon, aż dziw, że z kawałka drewna można wyciągnąć takie tony. Saro gra po kolei miejscowe pieśni. Z każdej z nich bije to co w Armenii najpiękniejsze: góry, niebo, słońce, kwitnące drzewa morelowe, stada owiec sunące zielonymi zboczami gór, tajemnicze, kamienne kościoły posępnie górujące nad wioskami. Aż przechodzi mnie dreszcz. W melodii słychać jednocześnie jakiś smutek, tęsknotę, nutkę melancholii. Przepiękna muzyka, której słucha się sercem. Najlepszy koncert. A dał go gość w kaloszach i roboczym ubraniu, który cały dzień remontował swoją restaurację.

Po koncercie Saro idzie zjeść kolacje z ekipą remontującą restauracje. My czekamy na jego żonę i córkę aby zabrać je do domu. Jest późno więc je zabieramy autem. Kiedy Panowie jedzą, Panie krzątają się w kuchni a my ogrzewamy się przy kozie i zaglądamy po cichu do garnków patrząc na pyszności przygotowane przez gospodynię. Po kolacji herbata. I oczywiście – warjenje – konfitura zamiast cukru. Ze słodkiej śliwy, coś pysznego. Panowie piją kolejkę, ja po raz kolejny z bólem serca odmawiam. Saro wznosi toast. – Żeby ludzie zawsze żyli w pokoju, żeby nie zabijali się a rozmawiali – . Prosty, ale jaki piękny. Jak ważny i jak bardzo na czasie i na miejscu tu, 20 km od ziem azerskich, które Ormianie okupują, żeby ochronić swój ukochany Karabach. Daje do myślenia. Tu w górach nie liczy się polityka, tylko ludzie. I to jest właśnie piękne. W tych górach i w tych ludziach.

 

Tatew, Armenia

Książki o Armenii:

„Toast za przodków”, Wojciech Górecki

„Armenia” Andrzej Brzeziecki , Małgorzata Nocuń

„Dobre miejsce do umierania”, Wojciech Jagielski

„Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych”, Krzysztof Środa

„Imperium”, Ryszard Kapuściński

„Black Garden”, Thomas de Waal