Ogrody i zaułki przy Mar Nicolas Steps - wschodni Bejrut - Liban

Wschodni Bejrut. Najpiękniejsze uczucie

Rano budzi mnie upał wdzierający się przez okno. Gorące powietrze rozłazi się po ścianach hostelu niczym jakaś dziwna materia. Zamyka mnie w kleistym, wilgotnym uścisku. Wytchnienie czeka dopiero pod zimnym prysznicem. I na balkonie, gdzie gospodarz częstuje mnie gorącą, gęstą kawą w maleńkim plastikowym kubeczku. Takie libańskie espresso. Siedząc pod wiatrakiem rozganiającym gorące powietrze wsłuchuję się w leniwy zgiełk miasta. Dźwięk klaksonów z trudem przedziera się przez gęstą duchotę. Dziś ruszam do wschodniej – katolickiej części Bejrutu. Przede wszystkim jednak muszę zjeść śniadanie. Ruszam pobliską Gouraud street na wschód w poszukiwaniu Fern Ghattas – piekarni słynącej z przepysznych wypieków. Przy okazji okazuje się, że trafiam na jedną z najładniejszych ulic Bejrutu.

Gouraud street - wschodni Bejrut - przepiękna ulica, Liban

spacer Gouraud street - wschodni Bejrut - przepiękna ulica, Liban

Gouraud street to jakość sama w sobie. Przepiękna, zalana słońcem aleja z soczyście zielonymi, przystrzyżonymi a jednocześnie nieco rozwichrzonymi, niewysokimi drzewami, które przypominają parasole mające chronić przechodniów przed upałem. Za nimi, po obu stronach ciągną się rzędy przepięknych kamienic. Bosko starych, kolonialnych, pociągająco zaniedbanych. Gouraud street ma w sobie coś z Paryża wymieszanego z orientem. Sam spacer tędy to jakaś dziwna zmysłowa uczta. Jest całkowicie pusto. Wszystko pozamykane, czuję się trochę jak w wymarłym mieście. Idę środkiem ulicy z rzadka ustępując trąbiącym z oddali autom. Mijam jedynie dwie zakonnice – jedna czarna, druga biała – kontrastujące ze sobą jak dwie części Bejrutu. Ludzie pojawiają się rzadko. Zazwyczaj znikąd i znikają równie szybko. Od razu widać, że to inne miasto, inna kultura, inny świat. Zachodni Bejrut to nieokiełznany żywioł, kolorowy, tętniący życiem bazar. Wschodni bardziej przypomina dzielnicę sypialną, gdzie po ulicach błąka się cisza. Nie widać tu nawet żołnierzy, broni, nie ma barykad i posterunków.

Gouraud Streen - wschodni Bejrut, Liban

lahme czyli lahm bi ajeen - arabska pizza - piekarnia Fern Ghattas przy Gouraud Streen - wschodni Bejrut, Liban

Docieram w końcu do Fern Ghattas. Z moich ambitnych planów próbowania wszelkich pyszności nic nie wychodzi, bo na niemal każde moje pytanie piekarz łamaną angielszczyzną oznajmia, że się już skończyło. W końcu zrezygnowany pokazuje na to co już jest w piecu, a on porozumiewawczo kiwa głową i zabiera się za przygotowanie lahme czyli lahm bi ajeen czyli arabskiej pizzy. Na cienkim placku rozsmarowuje jagnięcinę w jakimś sosie, po czym placek ląduje w piecu opalanym drewnem. A ja niemal przyklejony do lady patrzę jak na cieście pojawiają się kolejne bąble i wybrzuszenia, jak zaczyna skwierczeć i syczeć, aż w końcu skropione sokiem z cytryny i posypane ostrym chilli lahme ląduje przede mną na plastikowym talerzyku. Smak to poezja. Zatapiając zęby w kolejnym kawałku, ze szczęścia słyszę bicie dzwonów. Okazuje się, że to jednak z pobliskiego kościoła. Równie dobrze jednak mogłaby to być moja wyobraźnia.

Przepiękne ogrody, zaułki i uliczki wschodniego Bejrutu - Liban

Zaułki i uliczki wschodniego Bejrutu - Liban

Po śniadaniu ruszam dalej Gouraud street. Chcę się dostać wyżej na ulice położone na skarpie, nie odpuszczam więc żadnej okazji aby wejść w kolejne zaułki i schodki prowadzące do góry. Większość z nich to ślepe zaułki, wejścia na podwórka. Te małe i duże. Tajemnicze ogrody. Schowane pod wijącym się bluszczem i pośród kwitnących, odurzających świeżym zapachem kwiatów. Pomiędzy girlandami kolorowego prania powiewającego na wietrze odnajduje kolejne zaułki, które okazują się być ślepymi uliczkami prowadzącymi do kolejnych wspaniałych ogrodów. Miasto pnie się w górę na kolejnych poziomach. Przypomina wiszące ogrody Bbilonu jakie pamiętam z książki „Siedem Cudów Świata”, którą w dzieciństwie przeglądałem tak często, że znałem ją na niemal pamięć. Ta część Bejrutu to właśnie ogromny tajemniczy ogród, który wspina się pod górę.

Mar Nicolas Steps - wschodni Bejrut - Liban

Ogrody i zaułki przy Mar Nicolas Steps - wschodni Bejrut - Liban

Docieram w końcu do Mar Nicolas Steps, schodów prowadzących na wyżej położone ulice wschodniego Bejrutu. Wspinam się do góry pomimo niesfornego upału. Schody wrzynają się w serce miasta. Po bokach mijam kolejne kamienice i podwórka zarośnięte pachnącymi kwiatami, ozdobione kolorowym praniem, zagracone gęsto upchanymi samochodami. Tyle piękna w tak zwyczajnych, prozaicznych scenach. Piękna nieoczywistego, podwórkowego, codziennego. Zazwyczaj aby dostrzec to piękno trzeba się wysilić. Otrząsnąć z ogólnie obowiązujących norm i definicji piękna. Ja dostrzegam je na każdym kroku. Czasem się zastanawiam – czy to ja trywializuję piękno? Czy podoba mi się byle co? A może po prostu potrafię je dostrzec w zwyczajnych rzeczach. Może to właśnie to sprawia, że jestem zwyczajnie szczęśliwy.

Bejruckie ogrody - tutaj piękno tkwi w szczegółach - Liban

Muzeum Sursock - przepiękna willa w stylu włoskim - pamiątka świetności Bejrutu. Liban

Mijam ogrody, te małe libańskie światy, z których każdy jest do siebie podobny i zupełnie inny zarazem. Spomiędzy kwiecistych krzewów i drzew przebijają posągi świętych, strażników tej części miasta. Docieram do Muzeum Sursock. Przepiękna willa w stylu włoskim. Jak z obrazka, idealnie symetryczna. Zza palm wyłania się piękny dom, ogromne przeszklone okna zwieńczone łukami, schody wijące się po obu stronach wejścia. Przewodnik mówi, że to najładniejszy budynek w Bejrucie. Myli się. Jest piękny, ale tu wszystko jest piękne na swój sposób. Nieoczywisty sposób. Za wcześnie na zwiedzanie, wiec spod bramy odchodzę z kwitkiem. Ruszam dalej na wschód zalanymi słońcem ulicami.

Dzielnica Achrafieh - wschodni Bejrut - Liban

Ulice - dzielnica Achrafieh - Wschodni Bejrut, Liban

Dzielnica Achrafieh to kolorowy labirynt przepięknych, podniszczonych kamienic. Styl kolonialny, włoski, francuski mieszają się tu ze śladami neoklasycyzmy i betonową nijakością końca XX wieku. Każdy dom to inna historia. Widać, że miasto rozrastało się spontanicznie, żywiołowo, tak po ludzku, a nie według nudnego bezdusznego planu zagospodarowania. Budynki otoczone są szczelnie równiutkimi rzędami aut zaparkowanych wzdłuż ulicy. Wystają nieśmiało zza soczyście zielonych palm, drzew figowych, pomarańczy i fikusów. Połączone ze sobą siecią kabli niczym systemem nerwowym. Jakby tworzyły jeden organizm. Układ ulic jest nieregularny, kolejne kwartały: Hikme, Geitawi owijają się o wzgórza, wypełniając szczelnie każdy skrawek przestrzeni. Domy wydają się wspinać po stokach wzgórz, pełzać pod górę, kleić się do nich niczym gigantyczne huby na drzewie. Ulice kręcą, spadają stromo w dół by po chwili wspinać się leniwie do góry. Ileż tu się dzieje.

Widok na wschodnią część Bejrutu - Liban

Widok na wschodnią część Bejrutu - dzielnica Achrafieh - Liban

To miejsce to pułapka. Czarna dziura. Można tu zwyczajnie przepaść. Błąkać się po ulicach. Patrzeć na ludzi chodzących z reklamówkami, starszych panów siedzących przy jakiejś grze planszowej. Sprzedawcę owoców otwierającego sklep, obwoźnego baristę parzącego szatańsko mocną, czarną jak noc kawę, stare, pordzewiałe taksówki, babcie wyglądające przez okno, ludzie pozdrawiający się na ulicy. Wszystko tutaj zwraca uwagę, przyciąga, zachwyca tą nadzwyczajnością w zwyczajności. Wszystko jest piękne i niepowtarzalne. Libański rytm życia. Codzienność wschodniego Bejrutu. Tutaj nawet Dunkin Donuts zachwyca. Zwykła pączkarnia a za nią rozciąga się panorama miasta rozrzuconego na pobliskich wzgórzach. Niesamowite jak to miasto potrafi wyciągać z tych prostych rzeczy piękno, rafinować je, układać odrapane kamienice w przepiękną mozaikę, przeplatać kablami, ozdabiać kwiatami.

Widok na wschodni Bejrut - Liban

Docieram na krawędź wzniesienia, z którego rozciąga się widok na drugi brzeg rzeki Bejrut i Bourj Hammoud – dzielnicę armeńską, która w 1915 roku dała schronienie ludziom uciekającym z Turcji przed ludobójstwem Ormian. Brzydkie bloki, poprzeplatane kablami, pranie wiszące w każdym możliwym miejscu, graciarnie na dachach i balkonach. Sterczące pręty zbrojeniowe. Ten dziwny stan istnienia. Nie wiadomo czy bloki są w ruinie i czekają na wyburzenie, zapadają się same w sobie, czy dopiero są budowane. Wszystko tak bardzo codzienne, przyziemne, ułomne i niewyfotoszopowane. Widok idealnie nieidealny. Piękny. Zakochałem się w Bejrucie od pierwszego wejrzenia i każde kolejne miejsce, w którym tu przystaje, żeby się rozejrzeć po okolicy sprawia, że wsiąkam w to miasto coraz bardziej.

Bourj Hammoud czyli Burdż Hammud - ulice - dzielinica Ormiańska - Bejrut, Liban

Bourj Hammoud czyli Burdż Hammud - dzielinica Ormiańska - Bejrut, Liban

Schodzę na dół i przekraczam rzekę Bejrut. Rzeka jest tylko na mapie. Może kiedyś tu była, ale nie latem. Jest tylko wybetonowany kanał. Po środku płynie ciurkiem jakiś ślad ścieku. To wszystko. Za mostem wkraczam do dzielnicy ormiańskiej Bourj Hammoud. Te same bejruckie ulice wypełniają teraz szyldy z ormiańsko brzmiącymi nazwiskami i trójkolorowymi flagami. Ludzie mają zupełnie inne rysy twarzy. Gęste kruczoczarne brwi, trójkątne nosy płynnie przechodzące w czoło. Wszędzie jacyś złotnicy, piekarnie sprzedające wielkie płaty papierowego lawasza, kafejki serwujące kawę z tygielka zamiast z wielkiego błyszczącego ekspresu, kantorki z kebabem z wieprzowiny. Wszystko to niby takie jak za rzeką, ale jakieś bliższe, znajome. Te ulice przepełnia ten sam duch co ulice Erywania, w powietrzu unosi się jakaś melancholia, wymieszana ze słońcem. Smutek ale też jakaś namiastka radości, nadzieja.

Bourj Hammoud czyli Burdż Hammud - dzielnica ormiańska - Bejrut, Liban

Zaułki Bourj Hammoud czyli Burdż Hammud - dzielnica ormiańska - Bejrut, Liban

Błąkam się uliczkami ormiańskiej dzielnicy, patrzę na ludzi, stare Mercedesy, dzieci bawiące się na ulicy, handlarzy, piekarzy, dziadków siedzących na krzesłach przy ulicy i ubrane na czarno, eleganckie babcie wystające z okien. Niektóre z ulic są pogrążone w mroku od gęstej plątaniny kabli rozciągniętych pomiędzy blokami. Ze straganów uśmiechają się do mnie owoce, ludzie są raczej zdystansowani, ale spod tej pozornej maski obojętności przebija jakaś ciekawość. Samo przebywanie tu sprawia mi ogromną przyjemność. Nie ma tu nic do zwiedzania, żadnych zabytków, pięknych budowli, pomników, muzeów. Jedyne co tu można znaleźć to życie. Przysiadam sobie na murku lub opieram się budynek i zapijając upał kawą parzoną w tygielku obserwuję jak leci czas, jak wokół mnie dzieje się życie.

Sprzedawcy arbuzów - Bourj Hammoud czyli Burdż Hammud - dzielinica Ormiańska - Bejrut, Liban

Labirynt ulic Bourj Hammoud czyli Burdż Hammud - dzielinica Ormiańska - Bejrut, Liban

Kocham te momenty kiedy można się zatrzymać i popatrzeć na świat dookoła. Jak momentalnie znajduje się poza czasem i przestrzenią a jednocześnie w centrum wszechświata. Chłonę wszystko co się dzieje. Rozkosz dla zmysłów. Dziwne zapachy, smaki, dźwięki, dotyk słońca i wiatru. Wszystko składa się na to jedno uczucie – Bejrut. Po chwili takiego siedzenia oswajam się z otoczeniem, wtapiam w nie, staję się jego częścią. Ludzie zaczynają się uśmiechać. Sprzedawcy arbuzów objeżdżający uliczki starym volkswagenem przyjaźnie machają i zagadują. Staruszek z laską zatrzymuje się i pokazuje na jakiś stary dom i coś opowiada, ktoś obok tłumaczy na łamany angielski i mówi, że to jeden z najstarszych budynków w okolicy. Bez okien i drzwi, tylko z jakimiś zasłonkami. Staruszek pomału z torbą zakupów wchodzi po schodach, uśmiecha się z góry.

Stare domy Bourj Hammoud - dzielnica ormiańska, Bejrut, Liban

kolory Bourj Hammoud - dzielnica ormiańska, Bejrut, Liban

Kiedy tak chodzę, z pobliskiego sklepu woła mnie mężczyzna. Zaprasza do środka. Ciekawość wygrywa z wrodzoną niechęcią do naganiaczy. I dobrze. Okazuje się, że to nie sklep, raczej jakaś kawiarnia. Też nie. Stare meble, wszędzie jakieś filmowe plakaty sprzed kilkudziesięciu lat. Trudno powiedzieć co to za miejsce. W półmroku, na starym przykurzonym fotelu siedzi mężczyzna. Zaprasza na kawę. Zaczyna o sobie opowiadać. Moussa jest Palestyńczykiem chrześcijaninem. Jest producentem filmowym, stąd te wszystkie rekwizyty. Tu prowadzi aukcje antyków w Coral Beach. Pokazuje filmy z aukcji na YouTube. W końcu opowiada o swojej chorej matce. Strapiony tylko tu siedzi, pije kawę i pali papierosy. Słucham jego opowiadań. Widać, że potrzebuje rozmowy. Żeby zapomnieć o swoich problemach. Siedzimy tak jakiś czas a mi przechodzi przez myśl, że zamiast zwiedzać, siedzę tu i słucham Mussy. Szybko jednak chłoszczę się w myślach. To przecież w ten właśnie sposób poznaję to miejsce, staję się jego częścią. Nie muszę skradać scen i momentów z życia. Dostaję je w prezencie. I to jest piękne.

Moussa w swoim sklepie - Bourj Hammoud - dzielnica ormiańska, Bejrut, Liban

Dzielnica Achrafieh czyli wschodni Bejrut - Liban

Kiedy Moussa zbiera się do mamy do szpitala, ruszam z powrotem do zachodniego Bejrutu. Idę wzdłuż rzeki na południe, przechodzę obok bazaru Souk al-Ahad. Wspinam się krętymi ulicami pod górę do dzielnicy Achrafieh. Za mną znika dzielnica ormiańska i reszta Bejrutu porozrzucana na przepięknych wzgórzach. Przestronną panoramę przesłaniają kolejne budynki. Znowu jestem w labiryncie pełnym kształtnych drzewek, kolorowego prania i kabli rozciągniętych pomiędzy budynkami. Architektura znowu przypomina tu kipiący kocioł. Jest tu wszystko naraz, kolejne style przepychają się i ściskają tworząc radosny miszmasz. Docieram do Placu Sassine – jednego z najstarszych i największych w Bejrucie – tutejszej agory, która obecnie jest sercem nowoczesnej dzielnicy handlowej. Budynki zaczynają się robić coraz nowocześniejsze, pojawiają się Starbucks’y i centrum handlowe.

Plac Sassine Square - Dzielnica Achrafieh czyli wschodni Bejrut - Liban

Dom w Bejrucie - pranie schnące na słońcu i elewacja z dziurami po kulach - wschodni Bejrut - Liban

Uciekam czym prędzej w kolejne małe uliczki, ale nie ma już odwrotu, zbliżam się do centrum Bejrutu. Jest coraz głośniej a ruch robi się coraz większy. Spokojne, zalane słońcem ulice, po których hulał przyjemny wiatr, zostały za mną. Przede mną gęste od upału, pełne aut arterie centrum. Zbliżam się do niegdysiejszej zielonej linii – frontu pomiędzy wschodnim a zachodnim Bejrutem. We wschodniej części miasta zapomniałem zupełnie o barykadach, broni, drucie kolczastym i wozach pancernych. Zapomniałem o wojnie, która rozdarła niegdyś to miasto. O jego ranach, które rozdrapywane były przez blisko 15 lat a teraz powoli się goją. Przypominają mi o tym kolejne posterunki. Przypominają też zwykłe domy. Zwykłe na pierwszy rzut oka, ale pełne bólu i płaczu. Nad podziurawionym kulami fasadami domów spokojnie powiewają kolorowe dziecięce ubranka. Tylko ich cienie wyglądają jak małe demony tańczące na wietrze pomiędzy dziurami po kulach. Aż przechodzą mnie ciarki na ten widok Codzienność podszyta wojną.

Meczet Hariri czyli Muhhamad Al-Amine i odkryte forum rzymskie - Liban

Katedra św Grzegorza i ruiny forum rzymskiego - Bejrut, Liban

Przy Placu Męczenników (Martyr’s Square) jak i na całej linii dawnej zielonej linii, ta wojna jest wciąż żywa. Wszędzie zza nowych budynków wystają elewacje podziurawione seriami z karabinów a z żywego betonu sterczą powyginane druty zbrojeniowe. Ciemna skorupa Beirut Dome straszy zza czarnego płotu. Tą przeszłość Libańczycy próbują przysłonić pięknymi budowlami jakby błękit kopuł meczetu Hariri, jego strzelające w niebo minarety i bicie dzwonów pobliskiej katedry św. Grzegorza miały odwrócić uwagę od tego co było. Jakby tego było mało, w pobliżu ziemia odsłania pozostałości rzymskiego forum. Wszystko w jednym miejscu: meczet, katedra, kościół prawosławny i ruiny z czasów starożytnego Rzymu. Są jeszcze współczesne świątynie konsumpcji: hotele, apartamentowce, banki, sklepy i restauracje. Siadam sobie nad ruinami forum przykrytym przez kościół. Teraz libańczycy odkopują to co kiedyś zostało zaorane i zabudowane. Kościół i meczet wydają się być jakimiś naroślami, przedziwnymi zmianami na powierzchni historii. Teraz spod nich wydostaje się żywa tkanka dziejów.

Flaga libańska to dość powszechny widok na ulicach Bejrutu - Liban, Bejrut

Mural - wschodni Bejrut - Liban

Znowu zatapiam się cały w Zachodnim Bejrucie. Znowu wszędzie broń, hałas, radosny zgiełk, trąbiące samochody. Bliskowschodni kocioł. Zewsząd spogląda na mnie libańska flaga. Soczysto czerwone pasy, śnieżna biel i przepiękne drzewo cedrowe. Wytatuowane na murach i zaporach, powiewają na wietrze. Są jak przypominajka, jak kierunkowskazy, jak kopczyki na szlaku, które przypominają mi że jestem na właściwej drodze. Prowadza mnie do jedzenia. W sercu hamry znajduję Barbar – wesołe miejsce serwujące kuchnię libańską. Tak jak lubię – szybko, do łapy. Menu to dla mnie hieroglify, więc jak zwykle pokazuje palcem co chcę u kogoś, kto właśnie odebrał swoje jedzenie. To lahme, czyli osławiona arabska pizza. Kruche cieniutkie ciasto a w środku mięso o smaku orientu – słońce pomieszane ze świeżością cytryny i ziół. Jadłem to co prawda na śniadanie, ale co zrobić? Wyszło bosko!

lahm bi ajeen czyli arabska pizza - tradycyjne danie kuchni libańskiej - Bejrut, Liban

Ulice zachodniego Bejrutu - zwyczajnie piękne - Bejrut, Liban

Siadam na krawężniku, skubię i z wrodzoną sobie ciekawością patrze na świat wokół mnie. W tych momentach zamieniam się w kilkulatka, który w myślach powtarza do siebie „cio tooo?“ Patrzę na to co inne, co podobne i co takie same. Głowa pracuje. Porównuję, zestawiam, przeciwstawiam. To najlepsze momenty podróży. Kiedy nowy świat atakuje wszystkie zmysły. Mogę go chłonąć, doświadczać tak intensywnie. Ulica i codzienność to dla mnie najlepsze źródło wiedzy o świecie. Nie ma tu martwej natury muzeów, duchów przeszłości. Jest życie, codzienność, w całej swojej prostocie i złożoności. Są ludzie, interakcje. Szczególnie tu. Bejrut to przede wszystkim ulica. Tu bardziej niż gdziekolwiek indziej można wyczytać dzieje ale i teraźniejszość z murów, aut i ludzi. Kocham to. A w Bejrucie, jeszcze bardziej.

Promenada, Downtown Beirut - centrm Bejrutu, Liban

Spacer po promenadzie, Downtown Beirut - centrm Bejrutu, Liban

Błądząc po zaułkach zachodniego Bejrutu trafiam na promenadę. Nie ma tu mowy orientalnej intymności ulic splątanych kablami i sznurami z kolorowym praniem. Ogromne przestrzenie zalane słońcem odbijającym się w białych ścianach wieżowców. Gorącą patelnię wybrzeża chłodzą ciemnoniebieskie wody morza Śródziemnego. Równiutko przystrzyżone palmy, trawa, nowe budynki, nowe samochody, pięknie ubrani ludzie. Te piękna makieta oddziela od świata prawdziwy Bejrut. Za fasadą białych, nowoczesnych wieżowców, biur, przystrzyżonych trawników i palm, tego grzecznego anturażu kipi nieokiełznane serce miasta. Głośne, wąskie alejki pełne kolorów i życia. Promenada jest jak makeup, który maskuje prawdziwy Bejrut przed światem. Przykrywa niedoskonałości tego miejsca próbując upodobnić je do otaczającego świata. Czy potrzebnie? Przecież to naturalność jest prawdziwym skarbem tego miejsca. Tu tkwi jego piękno, a nie w sztucznej szklano-stalowej skorupie.

Meczet Hariri i Beirut Dome - Bejrut, Liban

Plakat na ulicy Bejrutu - Liban

Dzień chyli się ku końcowi. Muszę wracać. Jak zwykle za szybko. Za wcześnie. Czeka mnie jeszcze droga na lotnisko. Wielka niewiadoma, bo w Bejrucie transport publiczny w zasadzie nie istnieje. Postanawiam jednak spróbować dostać się na lotnisko minibusami, które są jak układ krwionośny zasilający miasto w tlen. Zgodnie z poradą gospodarza, nieopodal Beirut Dome wsiadam w stary rozklekotany i pordzewiały busik. Kierowca nie mówi po angielsku, ja po libańsku. Pokazuje tylko kierunek – południe – a ten przytakuje. Siadam na końcu i wciśnięty w zdezelowany fotel ze sprężynami obserwuję Liban migający za oknem. Poorane dziurami po kulach elewacje pięknych kolonialnych kamienic, „panterkę“ i wozy pancerne poukrywane za workami z piaskiem. Zewsząd bije po oczach piękna libańska flaga, tym razem przeplatana kolejnymi plakatami organizacji bojowych i bloków politycznych, które składają się na libański miszmasz.

Jazda ulicami Bejrutu - Liban

Posterunek wojskowy w południowym Bejrucie - ukryty wóz pancerny - Bejrut, Liban

Hezbollah, Ruch Amal, kolejne twarze z brodami, w panterkach, czarnych strojach, zdjęcia świętych mężów i jakieś wezwania. W zasadzie po tym można się zorientować, w której części miasta się znajduje. Tutaj nieoficjalne dzielnice to po prostu tereny kontrolowane przez watażków z poszczególnych organizacji. W tym wszystkim muszą żyć Libańczycy. Radzą sobie, wojna przemieszała się tu z pokojem tak bardzo, ze chyba nikt już nie zwraca uwagi na te wszystkie wojenne malunki. Po prostu wsiadasz na przystanku „Ruch Amal“, wysiadasz na przystanku „Hezbollah“, bo masz tam do coś do kupienia. Jeżeli tam nie znajdziesz, możesz pojechać kawałek dalej do „Ruch 8 Marca“ lub ostatecznie do „Falangi Libańskiej“. Jeżeli nie poznasz miejsca po wozie pancernym, który tu stoi, zawsze z pomocą przychodzą twarze wojowników, męczenników i przywódców danej grupy zbrojnej spoglądające z porozwieszanych dookoła plakatów. Tak chyba dzielą się poszczególne rejony.

Plakaty ruchu Amal na ulicach Bejrutu - Liban

Mapy Bejrutu, zamiast napisów, symboli i legendy, mogłyby mieć po prostu znaki poszczególnych ruchów kontrolujących dany teren. Jednostkami administracyjnymi mogły by być po prostu nazwy kolejnych organizacji: Amal, Hezbollah, Sojusz 8 Marca, Sojusz 14 Marca, Falanga Libańska, Strumień przyszłości. Te z kolei dzieliłyby się na kolejne mniejsze jednostki przypisane poszczególnym twarzom przywódców. Wygląda to tak, jakby zamiast kodów pocztowych funkcjonowały tu nazwiska przywódców. Ciekawe czy w odpowiedzi na pytanie – gdzie mieszkasz? – albo – skąd jesteś? – pada tu np. Odpowiedz – Hezbollah, Imad Mughnijja – albo – Ruch Amal, w rejonie Musa as-Sadr – A codzienne rozmowy to np. – Najlepszą kawę mają przy Muhammad Husajn Fadl Allah – albo – ostatnio przy Ali Akbar Mohtashamipur sprzedawca oszukał mnie na pomarańczach – Tak mogło by być. W końcu to Bejrut.

Podobizny polityków na ścianie meczetu - Bejrut, Liban

Twarze przywódców organizacji wojskowych zdobią ulice Bejrutu - Liban

Wysiadam pod obrazem Musa as-Sadr i przechodzę na drugą stronę ulicy gdzie patrzy na mniej Imad Mughnijja. Mam jeszcze chwilę, okazało się, że dojazd na lotnisko nie jest w Bejrucie skomplikowany, wystarczy wsiąść z busik jadący na prosto na południe i wysiąść w odpowiednim momencie. Lotnisko jest 10 min piechotą stąd. Chcę jeszcze pożyć Bejrutem. Siadam w kawiarence przy drodze – przy plastikowym stole przykrytym jakąś kapą i zamawiam kawę. Właściciel z uśmiechem przygotowuje małe gęste libańskie espresso w ogromnym błyszczącym ekspresie. Maszyna wygląda jak ekspresowy golem. Starszy, trochę pokraczny brat pięknych włoskich ekspresów, które już samym swoim wyglądem gwarantują, że kawa będzie pyszna. Tu czarny płyn przelewa się przez grube tryby zasilane ogromnymi dźwigniami. To coś jakby hybryda ekspresu ciśnieniowego i przelewowego.

Ekspres do kawy - Bejrut, Liban

Popołudniowa kawa na przedmieściach Bejrutu - Liban

Mężczyzna tłumaczy mi co i jak, proponuje, żebym zrobił sam kawę. Mocny jak szatan, gęsty płyn w maleńkim kubeczku doprawiam zagęszczonym słodzonym mlekiem. Powstaje coś w rodzaju ciepłego, gorzkiego karmelu. Siedzę przy stoliku, przy powiewającej fladze libańskiej, patrzę na przelewającą się rzekę samochodów. Ludzi, którzy w pogoni za codziennymi sprawami wsiadają, wysiadają, przebiegają przez jezdnie. Wspaniale się przyglądać nawet tak zwykłym i na pozór nudnym scenom z życia… Bejrut – dziwne miasto. Kojarzy się z wojną, bałaganem i bronią. Wszystko się zgadza. Wojna jest tu przemieszana z pokojem i codziennością. Radościami i smutkami dnia powszedniego. Bałagan – tak! Jest piękny i to on nadaje Bejrutowi niesłychanego uroku. Broń – jest jej dużo, na każdym kroku. Jakby miasto było w stanie ciągłego oblężenia, szykowało się na wojnę. Z kim? Trudno powiedzieć, ale na wszelki wypadek lepiej być przygotowanym!

Centrum Bejrutu, Liban

Mimo to Bejrut jest przyjemny, uśmiechnięty, pełen życia. Atmosfera jest tu o wiele lżejsza i sympatyczniejsza niż w Tel Awiwie. Miasta są tak bardzo do siebie podobne. Mimo, że tu wszędzie widać broń, nie czuć zagrożenia. Na odwrót niż w Tel Awiwie, gdzie broni raczej dużo nie widać – jest pochowana w spodniach i pod marynarkami – a czuć w powietrzu jakieś dziwne napięcie. Bejrut jest piękny, mimo że nie ma spektakularnych zabytków, wspaniałych muzeów, galerii czy cudów natury. Bejrut to codzienność. Piękna i prosta a zarazem egzotyczna. Zwyczajna a pociągająca. Pogodna, przeplatana kolorowym praniem schnącym na słońcu i ciemnymi kablami rozpiętymi pomiędzy podniszczonymi budynkami. Po latach wojny domowej i zastoju Bejrut tak bardzo stara się nadgonić zachodni świat, nałożyć cywilizacyjny makijaż, dokleić tipsy i rzęsy, przykryć swoją zwyczajność, ale w jego sercu nadal tkwi piękno zwyczajności i naturalności. Żadne szkło i stal tego nie zmienią. I za to kocham Bejrut.

Bejrut, Liban