Brama Sungnyemun - chyba najpiękniejsza brama w Seulu - Korea Południowa

Wycieczka po Seulu. Szkło, stal i kamienne mury

Seul to betonowy las. Ogromny betonowy las o poranku. Stoimy na tarasie naszego hostelu i przecieramy oczy ze zdumienia. Wieżowce zdają się wyrastać z każdej, nawet najmniejszej przestrzeni. Prą w górę, niczym drzewa w dżungli w wyścigu do słońca. Każdy chce zebrać dla siebie jak najwięcej promieni, które będzie odbijać jego blada fasada. Budynki grzęzną w gęstym szarym smogu. Wyglądają na sprane, wypłowiałe. Miasto wygląda przygnębiająco. Jak jakaś senna mara, która mogła się w ogóle nie przyśnić. Jak scenografia z post apokaliptycznych filmów. Kilkanaście godzin temu – w środku nocy – Seul wyglądał jak Las Vegas. Dziś jak dogasające pogorzelisko po nocnym pożarze. Znad zwęglonych zgliszczy unosi się cienki dym. Ta apokaliptyczna betonowa dżungla przeraża, przygnębia i przytłacza.

Widok na Seul stolicę Korei Południowej

Seul z lotu ptaka Korea Południowa

Plac Gwanghwamun. Serce Seulu

Z bliska, kiedy zagłębiamy się w ciasne ulice, stąpamy pomiędzy ogromnymi kanionami betonowych bloków, jest już więcej życia. To trochę jak jałowa pustynia, oglądana z lotu ptaka, przy bliższym spojrzeniu, okazuje się, że jest na niej życie, tylko z daleka niedostrzegalne. Zwiedzanie miasta rozpoczynamy od placu Gwanghwamun. Szukaliśmy w Seulu jakiegoś centrum. Miejsca, w którym zaczyna się miasto, rozchodzi na wszystkie strony. Okazuje się, że w kilkunastomilionowej metropolii nie ma jednego centralnego punktu. Więc znaleźliśmy szeroki plac przy Pałacu Gyeongbok byłej rezydencji królewskiej. Gdzie jak nie tu, mogło zaczynać się miasto.

Plac Gwanghwamun - kolumna Admirała Yi Sun-sin, Seul Korea Południowa

Plac jest rzeczywiście monumentalny. Wychodzimy niczym pośrodku kanionu, w którym zamiast skalnych ścian, po bokach strzelają w górę masywne budynki. Pomiędzy nimi, zamiast rwącej wody, płynie rzeka aut i ludzi. Pośrodku placu, pomiędzy fontannami, z ziemi wyrasta pomnik koreańskiego bohatera wojennego – Admirała Yi Sun-sin. Daleko za nim, król Sejong Wielki. Siedzi na tronie na tle bramy Gwanghwamun i Pałacu Gyeongbokgung, patrzy na sterczące zewsząd szklane wieżowce Seulu. Plac Gwanghwamun to chyba faktycznie centrum miasta. Wizytówka pokazująca przybyłym – byliśmy wielcy, jesteśmy wielcy. Zapiera dech w piersiach. Pierwsze wrażenie jest niesamowite. I jeszcze to piękne, wczesnojesienne, czy może jeszcze późnoletnie słońce. Delikatnie liże nos i policzki. Seul się do nas uśmiecha.

Plac Gwanghwamun - centralny punkt Seulu - to tu organizowane są protesty

Jest jeszcze jeden powód, dla którego plac Gwanghwamun to jest centrum miasta. To główne miejsce, w którym odbywają się zgromadzenia, koncerty i… protesty. To miejsce to coś w rodzaju londyńskiego Speaker’s Corner, tylko na większą skalę. Coś co w pierwszej chwili wydaje nam się piknikiem żółtych namiotów, okazuje się obozem protestujących. Nie są to jednak tutejsze “żółte kamizelki”. Wszędzie zdjęcia dzieci w wieku szkolnym. Obozowisko postawili rodzice ofiar zatonięcia promu pasażerskiego Sewol płynącego z Busan na wyspę Czedżu w 2014 roku. W wyniku wywrócenia promu i nieudolnej akcji ratunkowej zginęło 306 dzieci. Cała szkoła. Od tego czasu rodzice bezskutecznie walczą o wyjaśnienie sprawy. Sprawie towarzyszą liczne skandale polityczne, wygląda na to, że namioty będą tu jeszcze trochę stać. Zdaję sobie sprawę jak często nie udaje nam się poznać miejsca, do którego jedziemy. Zazwyczaj poznajemy je powierzchownie, kręcąc się wokół największych atrakcji, omijamy to co ważne, często nawet smutne, ale będące istotną częścią danego miejsca. Dlatego zawsze mamy oczy szeroko otwarte, zaglądamy w zakamarki, szukamy sami nie wiemy czego, zwyczajnie chcemy jak najlepiej poznać miejsca i ludzi.

Protest przeciwko obecności wojsk amerykańskich w Korei - Plac Gwanghwamun, Seul

Na placu Gwanghwamun, w Seulu można protestować jak się chce - Korea Południowa

Po drugiej stronie ulicy inni demonstrujący. Pod ambasadą USA mały tłumek młodych ludzi z transparentami „US Troops Go Home”. Jest jeszcze coś o suwerennym i pokojowym połączeniu obu Korei. Zagadujemy nastolatków z transparentami i pytamy czy naprawdę wierzą w zjednoczenie, we współistnienie dwóch narodów, które różnią lata świetlne. Opowiadają o nadużyciach Amerykanów, o napadach, o gwałtach na Koreankach dokonywanych przez amerykańskich żołnierzy. W końcu o tym, że przecież jest odprężenie, że przywódcy Korei Północnej i Południowej podali sobie ręce i chcą zjednoczenia i wszystko będzie dobrze. Pytam tylko czy nie uważają, że USA są gwarantem ich bezpieczeństwa, a oni to samo. Trochę ogarnia nas zwątpienie. Albo my kompletnie nic nie wiemy o Korei, albo te dzieciaki są naiwne i ktoś nimi manipuluje. Moją uwagę zwraca gość wyglądający na bezdomnego, który maszeruje ze złotym posągiem Buddy założonym jak plecak i tabliczką nad głową. Jest na niej dużo napisów po Koreańsku, pewnie coś w stylu “Koniec jest bliski!” Wydaje mi się bardziej racjonalny niż te młodziaki, więc idziemy za nim.

Rzeźba Spring przy Cheonggyecheon - Seul, Korea Południowa

Cheonggyecheon - park miejski wzdłuż strumienia - największy projekt rewitalizacyjny Seulu, Korea Południowa

Cheonggyecheon. Miasto wskrzeszone

To był dobry trop. Docieramy do Cheonggyecheon. To chyba najbardziej znana przestrzeń rekreacyjna w Seulu. Wzdłuż strumienia Gaecheon ciągnie się 10-kilometrowy deptak. Miejsce piękne w swojej prostocie i wyrafinowaniu jednocześnie. Wzdłuż Cheonggyecheon ustawione są rzeźby, całość jest ładnie oświetlona, jest tu nawet wodospad! Jeszcze 10 lat temu strumień był zabetonowanym ściekiem, na którym ciągnęły się estakady autostrady. Teraz estakad nie ma, strumień zamienił się w oaza spokoju pośród betonowo-szklano-stalowej dżungli Seulu. Tak inną od pobliskiego placu Gwanghwamun, oddzieloną od reszty rzędami zielonych drzew, dającą wytchnienie. Idziemy wzdłuż Cheonggyecheon, przeskakując przez strumień po kamiennych mostkach, przechodzimy pod kolorowymi lampionami rozwieszonymi nad głowami, zachwycamy się kolorowymi rzeźbami rozstawionymi tu i ówdzie, wąchamy kwiaty wyrastające ze ścian. Cheonggyecheon to przestrzeń miejska ujarzmiona, oswojona, to przyjaźń miasta i człowieka.

Sztuka miejska w Seulu, Korea Południowa

Myeongdong - ulica handlowa Seulu - Korea Południowa

Brama Sungnyemun. Seul w na jednym obrazku

Idziemy gdzieś pomiędzy wysokimi biurowcami. W pewnym momencie docieramy do rozległego placu, pośrodku którego stoi ona – majestatyczna brama Sungnyemun. Dla mnie symbol Seulu – zawsze, kiedy w telewizji był jakiś materiał z Seulu, była i brama. Każda pocztówka, książka, po prostu Seul to brama Sungnyemun. Stojąca dumnie niczym świątynia. Ogromna, masywna i przepiękna. To południowe wrota miasta. Jedna z czterech głównych bram wybudowana w 1394 roku. W tym czasie Seul otoczony został murami miejskimi rozciągniętymi pomiędzy czterema górami otaczającymi miasto. Wrota były wielokrotnie uszkodzone, głównie podczas walk z Japończykami, którzy odpowiadają za najwięcej zniszczeń w Korei, oraz podczas walk w wojnie z Północą. W 2008 roku, brama została podpalona. Spłonęła spora część wiaty, ale szybko została odbudowana i wygląda jeszcze piękniej. Od tej pory wrota Sungnyemun są pod bacznym okiem ochrony.

Brama Sungnyemun - chyba najpiękniejsza brama w Seulu - Korea Południowa

Brama Sungnyemun w Seulu - Korea Południowa

Zwiedzanie ogranicza się do przejścia dookoła i przejścia pod bramą. Trudno odciągnąć wzrok od bajkowo pięknie malowanego i rzeźbionego dachu. Wyzwaniem jest dotarcie do samej bramy. Trzeba przejść naokoło przez ruchliwą ulicę i obejść bramę z tyłu, gdzie znajduje się mikro muzeum. Ponieważ skwar robi się nie do wytrzymania, chowamy się w małym kantorku przegrzebując się przez dziesiątki tabliczek z historią bramy. Wracamy przez ruchliwą ulicę i kiedy schodzimy z pasów, dosłownie pochłania nas kolorowa ruchliwa uliczka. Pomiędzy domami rozwieszone są kolorowe chorągiewki, całe mnóstwo. Ludzie zaczynają się poruszać jakoś szybciej, słychać podniesione głosy i pokrzykiwania, a dookoła nagle znikąd pojawiają się stragany ze wszystkim – od jedzenia, przez buty i ciuchy aż po plastikowe zabawki. Bazar! Namdaemun Market, jeden z najlepszych w Seulu. Z niemal każdego stoiska święcą wszelakie gadżety Supreme. Można odnieść wrażenie, że to koreańska marka.

Namdaemun Market - bazar w sercu Seulu, Korea Południowa

Supreme – chyba najpopularniejsza marka modowa w Korei, w Seulu na każdym bazarze

Namdaemun Market. Zagłębie pałasza

Kręcimy się w przybierającym tłumie. Zaczyna się robić naprawdę ciasno i trudno się poruszać nawet idąc “z prądem”. Uciekamy do pustawej hali, która okazuje się być po prostu ściśle poustawianymi blaszakami. Okazuje się, że trafiamy w dziesiątkę. Pośród ciasnych alejek stoją ogonki Koreańczyków wpatrzone w ogromne grille, na których bulgoczą kociołki z galchi jorim – pikantnym gulaszem z pałasza (piszemy o nim w tym miejscu – link). Akurat jesteśmy w sławnej Hairtail Alley, słynącej na cały Seul właśnie z dań z pałasza. Zupełnie przypadkowo jesteśmy głodni, jest pora obiadowa, chcemy tego tak bardzo. Ustawiamy się w jednym z ogonków i mamy szczęście – od razu trafiamy na stolik. Byliśmy jedyną “dwójką” w kolejce. Wygląda na to, że Koreańczycy jedzą w grupach po min. 5 osób. Wejście na pięterko wąskimi schodami – uwaga na głowę! – pani pokazuje ręką. Siadamy w kucki na macie przy stoliku i przed nami pojawiają się banchan – koreańskie przystawki, bulgoczący ostry gulasz na bazie kimchi, smażona ryba i omlet gotowany w glinianym naczyniu. Wszystko jest tak dziwne i jednocześnie pyszne, że niemal odpływamy. W obitej ceratą kanciapie, śmierdzącej smażoną rybą, gdzieś w ciemnej, śmierdzącej bazarowej alejce. W Seulu. Taka magia.

Namdaemun Market - stoiska serwujące pałasza - Seul, Korea Południowa

Obiad na Namdaemun Market - Seul, Korea Południowa

Obiad tu to czarna dziura. W małej knajpce byliśmy kompletnie odcięci od świata. Po chwilach zapomnienia ruszamy dalej. Na bazarze zaroiło się od ludzi jeszcze bardziej. Zamienił się w jedno wielkie mrowisko. Teraz pomiędzy ludźmi nie da się przecisnąć. Tłum wylewa się na przylegające ulice. Podobnie w przejściach podziemnych, którymi próbujemy przedostać się na drugą stronę ulicy. Niestety kończymy w jakimś labiryncie połączonym z podziemnym centrum handlowym – Co tutaj się dzieje!? – Zdaje się, że pod całym Seulem rozciąga się jakieś podziemne miasto, plątanina przejść podziemnych, które momentami zamieniają się w wielkie targowiska. Przypominają nieco kasyna w Las Vegas – te same kolory, ten sam hałas, ta sama pułapka, która pochłania i więzi, trzyma w swoich szponach i nie daje nawet szansy zorientować się która jest godzina, czy jest noc, czy dzień.

W drodze do Namsan Park - płuc Seulu, stolicy Korei

Widok na Namsan Park i Seoul N Tower - Korea

Namsan Park. Okno na Seul

W końcu udaje nam się wydostać z podziemi i ruszamy do Namsan Park. szybko docieramy do kolejki linowej prowadzącej na górę do N Seoul Tower – wieży obserwacyjnej postawionej na jednym z czterech wzgórz otaczających Seul. To było kiedyś, teraz wszystkie wzgórza są w zasadzie w centrum gigantycznego miasta. Do wieży najlepiej dostać się kolejką linową. Do niej z kolei prowadzi kolejna kolejka linowa – tym razem szynowa. Z politowaniem patrzymy na spoconych turystów czekających w upale na 2-minutową jazdę małym akwarium bez klimatyzacji i wskakujemy chyżo po schodkach. Na górze – na stacji kolejki Namsan, kupujemy bilety (9500 KRW powrotny!) i stajemy w gigantycznej kolejce do wagonika. Czekania jest na co najmniej godzinę, co okazuje się doskonałym zbiegiem okoliczności, bo orientuje się, że zostawiłem przewodnik w knajpie na bazarze, mam więc jakieś 40 minut, żeby zrobić sobie bieg z przeszkodami po schodach, ulicy, podziemiach i bazarze. Taki seulski triatlon.

Kolejka linowa w Namsan Park - Seul, Korea

Miasto i góry w harmonii - widok na Seul z Namsan Park

Panorama Seulu z Namsan Park, Korea Południowa

N Seoul Tower. Okno na miasto

W końcu ruszamy na górę. Wagonik po raz kolejny wydaje się przeładowany i zbyt głośny. Szczęśliwie, trafiamy na miejsce przy oknie, więc przyklejeni do szyby rozkoszujemy się tym momentem oderwania od ziemi. Kiedy się unosimy a wszystko dookoła się oddala. Seul robi się coraz mniejszy a my wspinamy się w górę zielonym zboczem. W końcu lądujemy u stóp 236-metrowej Namsan Tower, czy jak nazywa się oficjalnie – N Seoul Tower. Tutaj jak zwykle piknik, tłumy jak w wesołym miasteczku, znowu zestawy – bilet na wieżę plus hamburgery, popcorn i piwo. Do tego jakieś lasery i inne dziwne atrakcje. Jak zwykle wybieramy nudny zwykły bilet (za 10 000 KRW) bez udziwnień. Wjeżdżamy na taras widokowy i dosłownie zapiera mi dech w piersiach – Ależ to miasto jest piękne – to pierwsze co przychodzi mi do głowy. Góry, miasto i rzeka to wspaniałe połączenie. Już nie tak idealne i harmonijne jak w Busan, ale nadal piękne. Jest w tym coś lirycznego. Coś co sprawia, że nie można Seulu traktować tylko jako wielkiej sypialni, jako rzeczy, materii, jako przedmiotu. Seul to podmiot, to część życia. Jest w nim duch. Właśnie stąd go widać. W tych górach, pomiędzy blokami.

Trochę inny Seul - betonowy, spowity smogiem, widok z Namsan Park

Seul w smogu, widok z Namsan Park, Korea

Znowu te góry, które przywodzą na myśl “za siedmioma górami…”. Pełne jakiejś magii ukrytej w mgiełce, w niewyraźnych ostrych szczytach pochłanianych przez gęsty las. Znowu ta zieleń. Rozpychająca się wszędzie, gdzie tylko się da, pomiędzy siatką ulic. Z której wyrastają w niebo blade blokowiska. Zachwycony i zahipnotyzowany obchodzę dookoła taras. Kiedy docieram na południową część wieży, aż przecieram oczy z niedowierzania. Inny świat. Tutaj nie ma już baśni. Nie ma gór i lasów, z których nagle wyrosły budynki. Znów widzę ten kadr z post apokaliptycznego filmu. Świat po zagładzie ludzi. Ten sam, który widzieliśmy rano. Przerażające zimne bloki stoją w nudnych rzędach, skąpane w zimnym sinym smogu. Przygnębiające, jak jakieś zrezygnowane maszyny w fabryce terminatorów. Nie ten Seul. Nie chcę tam patrzeć. A jednak to miejsce mnie przyciąga. Patrzę pod słońce i ta strona miasta wydaje się elektryzująca. Jak ja lubię takie dziwne rzeczy!

Mury obronne Seulu na wzgórzu Namsan Park – Korea

Miłość w Korei - kolorowe kłódki na wzgórzu Namsan w Seulu

Pod wieżą trafiamy na pozostałości muru oplatającego średniowieczny Seul. To ten sam mur, przez który można było przejść bramą Sungnyemun. Na wzgórzach Seulu jest nawet szlak, którym można przejść kilkanaście kilometrów po dawnych murach miasta. Tutaj kamienne mury wyglądają raczej na atrapę niż średniowieczne pozostałości. Jak spora część koreańskich zabytków. W Korei większość historii zniszczyli Japończycy, potem przyszła wojna koreańska. Koreańczycy powoli i systematycznie odbudowują zabytki, remontują je. Wkładają w to tyle serca i wysiłku, że trudno tego nie docenić. Poza tym nie ma w tym ani trochę kiczu i niepotrzebnego przepychu. To nie historia Korei jaka miała być, ale jaka faktycznie była. Wszystko odtwarzane jest z niebywałą konsekwencją, dokładnością i dbałością o szczegóły. Nie ma siły. Czasami rekonstrukcje zderzają się z teraźniejszością, popkulturą i naszym współczesnym kiczem. Tak jak tu. Zaraz obok murów dziesiątki tysięcy kolorowych silikonowych serduszek i kolorowych kłódek. Znowu te wszystkie miłości. Mam do tego jakąś słabość.

Zjazd kolejką linową w Namsan Park - Seul, Korea

Seoul City Hall - ratusz miejski w Seulu, Korea Południowa

Seoul City Hall. Stary i nowy

Droga kolejką w dół jest chyba jeszcze piękniejsza. Tym razem Seul się przybliża, powiększa, na tle pozłacanego nieba. Trafiamy akurat w tym krótkim momencie, gdy dzień przechodzi w noc, kiedy wszystko dookoła jest jakieś wyraźniejsze, piękniejsze. Na dole, po krótkim spacerze pomiędzy ciemniejącymi blokami, docieramy do ratusza – Seoul City Hall. To miejsce to Korea na jednym obrazku. Stary budynek ratusza – masywny, kamienny, w stylu imperialnym – o bryle typowego japońskiego urzędu. Zaraz za nim masywny i lekki zarazem budynek ze szkła i stali, w kształcie ogromnej fali. Wygląda jakby nowoczesny, wyszukany architektonicznie i estetycznie budynek – niczym tsunami zalewał ten stary, będący symbolem okupacji japońskiej. Fala zastyga w bezruchu. Nie zalewa, ale przykrywa. Zasnuwa cieniem historię, ale jej nie niszczy. Dominuje, zwraca na siebie uwagę. Historia wciąż jest. Ale to przeszłość. Liczy się przecież dziś, albo nawet jutro. Nowa fala. W starym budynku urządzono więc ogromną bibliotekę, w nowym jest ratusz.

ulica handlowa Myeongdong - nocą - Seul, Korea Południowa

Pyszny koreański street food na targu ulicznym Myeongdong – Seul, Korea

Myeongdong. Nocne zakupy i streetfood

Na koniec dnia, kiedy robi się ciemno, podążamy za gęstniejącym tłumem, który wlewa się w wąskie uliczki wokół Myeongdong. Ludzie oświetleni bladym światłem neonów zalewają przejścia i pasaże. Rzeka ludzi wnika do sklepów z kosmetykami, ubraniami lub rzeczami, które wydają się niepotrzebne, ale urzekające – jak kultowa koreańska marka Kakao Friends. Masa plastiku, papieru i kolorów. Chodzimy od straganu do straganu i oglądamy setki kolorowych skarpetek: od muminków, przez transformersy aż po czarodziejkę z księżyca i pokemony. Wszędzie nieśmiertelne gadżety Supreme. Na każdym kroku. Tak oryginalne, że nawet prawdziwe Supremie nie wpadłoby na takie produkty. Nerki, torby, plecaki, parasolki, jest nawet taśma klejąca z logo Supreme. Wchodzimy do Kakao Friends. To inny świat. Sklep ze wszystkim, a na dodatek podanym w sposób tak rozczulający. Trafiają w jakieś niezidentyfikowane potrzeby, nienazwane instynkty, że aż chce się je mieć. Wszystkie.

Artbox - dziwne sklepy z dziwnymi rzeczami - Seul, Korea Południowa

Kakao Friends - dziwne sklepy z dziwnymi rzeczami - Seul, Korea Południowa

Na drodze naszego tłumu wyrastają nagle setki dymiących straganów. Tak oto dostaliśmy się do raju. Myeongdong Street Food Market – w końcu, po dwóch tygodniach w Korei trafiliśmy na market ze street foodem z prawdziwego zdarzenia. Całe rzędy straganów, tworzące jakąś nieprzyzwoicie pyszną ścieżkę zdrowia. Ze wszystkimi tymi zapachami, odgłosami siekania, skwierczenia, bulgotania i widokiem cudownych potraw. To miejsce to prawdziwa uczta dla zmysłów. Chcemy oczywiście spróbować wszystkiego. Twigim, eomuk, pajeon, sundae – wszystkie te wspaniałości, o których czytaliśmy są tu i czekają. (o najlepszym koreańskim street foodzie przeczytacie tutaj). Tylko wybierać. Więc wybieramy po kolei. Najedzeni wspaniałym koreańskim street foodem, lekko upojeni i oślepieni kolorowymi neonami wracamy do domu. No jeszcze tylko szybki przystanek w knajpce na szybkie tteokbokki i piwo.

Seul, Korea Południowa

Pozostałe teksty o Korei znajdziecie pod tym linkiem