jazda po Mongolii wypożyczonym autem

Wyjazd do Mongolii. Poradnik

Jeżeli planujecie wyjazd do Mongolii – a zdecydowanie warto – czeka was sporo przygotowań. Aby nieco ułatwić, zebraliśmy nasze doświadczenia. Pomogą wam się przygotować, zorganizować i uniknąć wielu nieprzyjemnych niespodzianek. Oczywiście nie wszystkich, ale na tym polega urok Mongolii – nie da się wszystkiego przewidzieć, zaplanować i ogarnąć. Zawsze pojawi się coś, co Wam pokrzyżuje szyki. Nie martwcie się, taka jest Mongolia. Nie ma na nią planu, to ona ma plan na Was!

Wyjazd do Mongolii – organizacja

Mongolia to nie jest typowa destynacja, gdzie można spontanicznie przyjechać z plecakiem i zjechać sobie kraj po taniości. Dokładne zaplanowanie wyjazdu jest bardzo ważne. Oczywiście nic z tego finalnie nie wychodzi, ale plan oszczędza wielu kłopotów i pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy. Mongolia jest bardzo tanim krajem – tzn. ceny w sklepach są o wiele niższe niż w Polsce – ale podróżowanie tu jest drogie. Dlaczego? Zacznijmy od początku: Mongolia jest ogromna. Pięć razy większa niż Polska a mieszka tu około 3 mln ludzi – to mniej więcej tyle, co w Warszawie i okolicznych gminach. Zasoby naturalne kraju są w większości nieodkryte, gospodarka opiera się na hodowli zwierząt. Zatem duży obszar, mało ludzi i mało pieniędzy. To oznacza słabą infrastrukturę, np. mało jest dróg asfaltowych.

Transport publiczny w Mongolii - marszrutki

Transport publiczny jest bardzo, ale to bardzo ograniczony. Autobusy i busy jeżdżą z Ułan Bator do stolic ajmaków (odpowiednik województw). Jest ich dość mało, jeżdżą rzadko. O ile ze złapaniem busa ze stolicy nie powinno być problemu o tyle w powrotnym często może zabraknąć miejsc. Kursy są długie i nużące, np. autobus do Olgij na zachodzie Mongolii jedzie z Ułan Bator 46 godzin! Efekt jest taki, że chcąc podróżować transportem publicznym, większość czasu spędzicie w autobusie lub czekając na niego. Efekt? Zobaczcie brzydkie, brudne, szare miasteczka. Z samolotami będzie podobnie.  Łączą Ułan Bator z niektórymi stolicami ajmaków. Są bardzo drogie i latają rzadko. Zawsze przez stolicę.

Ponieważ praktycznie wszystkie atrakcje Mongolii są położone z dala od miast – np. Śpiewające wydmy Khongoryn Els położone są 180 km od Dalandzadgad i nie kursuje tam żaden transport publiczny. Można próbować autostopa, ale na to trzeba mieć dużo czasu. Tak więc, najprawdopodobniej skończycie poszukując taksówki lub kierowcy. O ile, znów, łatwo znaleźć samochód z kierowcą, to tyle z innych miejsc jest to bardzo trudne. Na prowincji naprawdę ciężko się dogadać, bo żaden język obcy – oprócz mongolskiego oczywiście – nie pomaga. Żaden angielski czy rosyjski. Do tego turystyka nie jest aż tak rozwinięta, zatem pewne usługi zwyczajnie nie są tam oferowane.

drogi w Mongolii nie są utwardzone

Alternatywą jest skorzystanie z licznych zorganizowanych wycieczek oferowanych przez biura podróży w Ułan Bator. Jazda na koniach, pustynia Gobi, parki narodowe, góry, jeziora, stepy itp. Można je wykupić praktycznie w każdym hostelu i hotelu od kilkudziesięciu do kilku tysięcy dolarów. Mała grupa, wygodny transport, spanie w gerach, pokaz „tradycyjnego” życia mongolskich koczowników, picie kumysu, przejażdżka na baktrianach. Jeżeli kogoś stać, nie ma czasu i nie chce się zorganizować, to jest to wyjście. Ale chyba nie po to jedzie się do Mongolii, żeby korzystać z wycieczek zorganizowanych. Poza tym są bardzo drogie. Spotkaliśmy w Ułan Bator parę: Australijczyk i Holenderka – mieszkali w stolicy szukając jakichś wycieczek na ich kieszeń i ludzi, którzy mogliby z nimi podzielić koszty. Efekt? Spędzili w śmierdzącym, zakorkowanym mieście prawie dwa tygodnie, płacąc za hostel nie zobaczywszy niczego poza nim!

Kolejna opcja to podróż na własną rękę wynajętym motorem lub autem. Nie wspominam o aucie własnym, ponieważ perspektywa jazdy tutaj z Polski przez Rosję napawa mnie mieszanką niedowierzania i poczucia bezsensu a przede wszystkim przerażenia. Widziałem również rowerzystów, ale biorąc pod uwagę odległości w Mongolii, stan dróg (a raczej ich brak) i pogodę (pustynia, suchy step), wydaje się to nie lada wyzwaniem. Zresztą spotkani przez nas rowerzyści mieli jeden bardzo cenny zasób – urlop. Na pobyt w Mongolii przeznaczali tygodnie lub miesiące, nie jak my, skromne 14 dni. Wracając do sedna – w przypadku auta, są dwie opcje: wynajęcie auta z kierowcą i bez kierowcy.

jazda autem w Mongolii jest bezpieczna ale czeka was sporo niespodzianek

Auto z kierowcą. To najpopularniejsza opcja. Najłatwiej znaleźć właśnie takie oferty. Do tego jest to tańsze niż pożyczenie samego pojazdu. Już za 80 USD dziennie można mieć samochód z kierowcą. Opcja bez niego, z wypożyczalni, to wydatek minimum 130 USD. Plusy są niezaprzeczalne – lokalny kierowca, zna język, zna drogę, wie gdzie jedzie. Tylko teoretycznie. Często można trafić na kogoś, kto nie ma pojęcia o jeździe po pustyni czy stepie i rzadko kiedy wypuszcza się poza stolicę. I teraz konkretne minusy: kierowca jeździ 8 godzin dziennie – to oznacza, że czas jazdy i wasze plany są mocno ograniczone – nie ma mowy o elastyczności. Pewnie można negocjować i się dogadać, ale każdorazowo oznacza to jakieś dopłaty i przede wszystkim ciągłe marudzenie i załatwianie czegoś. Nie po to przecież jedziecie do tego wspaniałego, dzikiego kraju o dziewiczej, zjawiskowo pięknej przyrodzie, aby użerać się z kierowcą. Skoro mowa o kosztach. Trzeba doliczyć wyżywienie dla kierowcy i nocleg. To kolejne jakieś 30 USD dziennie. Odpada też pewnie biwakowanie i spanie w dziczy. Jesteście skazani na tzw. ger campy (które akurat są dobrą opcją, ale może nie co noc) lub hostele lub hotele w miasteczkach – kolejne dolary. Przy okazji zapominacie o śniadaniu na pustyni, pikniku w górach itd. Często też można przeczytać o „wałkach”, jakie kierowcy robią na tankowaniu i kupowaniu zapasów jedzenia. Szkoda nerwów i pieniędzy. Fajnie jest mieć kontakt z „lokalsami”, ale chyba lepsze są wyprawy we własnym gronie niezależne, ale w 100% zależne od nas samych – to jest przygoda!

wycieczki zorganizowane w Mongolii jeżdżą UAZami Buchanka

Auto bez kierowcy. To właśnie na tą opcję się zdecydowaliśmy. Od samego początku wiedzieliśmy, że chcemy być panami swojego losu, jechać tam gdzie chcemy i kiedy chcemy, sami podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Niestety opcji tu jest bardzo mało. W zasadzie, znalazłem tylko dwie. Wypożyczalnia Sixt oferuje wypożyczenie auta typu Suzuki Jimny – teoretycznie na 4 osoby, ale komfortowo mogą podróżować dwie, ale bez możliwości spania w aucie. To najtańsza opcja. Po uwzględnieniu wszystkich koniecznych ubezpieczeń i dodatków typu „sand, ash, gravel protection” itd. wychodzi około 110 USD za dzień. Jest tylko jedno „ale”, nie wolno nim jeździć po off-roadzie, który definiowany jest jako „all non-paved roads”. Oznacza to, ze równie dobrze możemy sobie wypożyczyć zwykły compact o 1/3 tańszy, ale dojedziemy tam gdzie może nas taniej dowieźć autobus. Nie ma to najmniejszego sensu.

Biwak w Mongolii

Jedyną sensowną opcją, jaką znaleźliśmy jest Drive Mongolia – firma wycieczkowa, która wypożycza auta bez kierowcy. Tylko ona. Wszystkie dostępne maszyny to wysłużone, ale dająca dużo radochy Land Cruisery serii 76, 78, 80, Mazda Proceed (dla 2 osób), jest nawet rosyjski UAZ „Buchanka” przerobiony na campera. Najtańszą opcją jest Land Cruiser 80, za 130 USD dziennie. Auta mają na wyposażeniu standardowy sprzęt biwakowy: namiot, materace, śpiwory, kuchenkę, naczynia, sztućce, sprzęt kuchenny, kanister na wodę a także stolik i krzesła biwakowe. Za 35 USD można też dostać namiot na dachu. Całość składa się na super wygodną opcję. Oczywiście koszt jest cały czas wysoki, ale przy grupie 4 osób, można cały czas podróżować komfortowo, koszt to już około 35 USD a odchodzą koszty noclegów, jesteście niezależni, jedziecie gdzie chcecie, kiedy chcecie i macie swoją mongolską przygodę. Benzyna nie jest droga, kosztuje poniżej 2 PLN za litr. Auto jest ubezpieczone, Drive Mongolia wymaga depozytu 1000 USD w gotówce (w dowolnej wymienialnej walucie) oraz standardowo międzynarodowego prawa jazdy (MPJ – konwencja wiedeńska) Auto trzeba oddać umyte (ok. 45 000 MNT na mieście lub 75 000 MNT w Biurze). Największą niedogodnością jest to, że aby zarezerwować auto, trzeba zapłacić zaliczkę w wysokości 50% całkowitej kwoty wynajmu. Przy wyższych kwotach przelewy do mongolskich banków sporo kosztują.

trudno utrzymać czystość w Mongolii

A więc: wycieczka czy na własną rękę? Jeżeli jedziecie do Mongolii to nie po to, żeby kupować tu wycieczki. Mongolia to przygoda, wolność, dzika natura. To samodzielność, odwaga przygoda. Wycieczki wam się nie spodobają. Przygoda was zachwyci. Samodzielne podróżowanie pozwoli wam wyciągnąć z tego kraju jak najwięcej. Na własną rękę, pożyczonym samochodem, bez kierowcy!

Wyjazd do Mongolii – wiza

Przed wyjazdem trzeba niestety wyrobić wizę. My wyrabialiśmy jednokrotną, która kosztuje sporo, bo aż 60 EUR. Procedura jest prosta, cały proces jest przyjazny i nie trwa długo. W Ambasadzie Mongolii na warszawskim Mokotowie (ul. Rejtana 15/16, 8 piętro) Trzeba zostawić paszport, jedno zdjęcie (na stronie www jest mowa o dwóch, ale wymagane tylko jedno), wypełniony prosty wniosek, bilet lotniczy i dowód wpłaty. Dobre jest to, że płacąc np. za dwie osoby, można zrobić jeden przelew, wystarczy tylko odpowiednio opisać i do każdego wniosku dołączyć kopię. Po kilku dniach paszporty z wizą są do odebrania. Łatwo, szybko i przyjemnie. Tylko trochę drogo. Plusem jest duża pamiątka w paszporcie.

Wyjazd do Mongolii – transport z lotniska w Ułan Bator

Do Mongolii najwygodniej dolecieć z Polski liniami Air China. Nam udało się kupić bilety z Warszawy z wygodną przesiadką w Pekinie (w drodze powrotnej pozwalającą na krótką kulinarną wizytę w stolicy Państwa Środka) za 1 800 PLN. To bardzo dobra oferta jak na ten kierunek. Jedyny bodaj bezpośredni lot z Europy to Lufthansa z Frankfurtu (stan na czerwiec 2017).

Transport na lotnisko w Ułan Bator jest prosty i niedrogi

Lotnisko Czyngis-Chan w Ułan Bator jest oddalone od centrum 15 kilometrów. Do miasta dostać się stąd można na trzy sposoby:

Transfer. Większość hoteli i hosteli oferuje transport, zazwyczaj kosztuje to około 20 USD za auto. Jeżeli jadą 4 osoby, jest to atrakcyjna i przede wszystkim wygodna opcja.

Taksówki. Nie znoszę taksówek z lotniska, kierowcy są napastliwi, upierdliwi i w 99% przypadków chcą cię naciągnąć. Jeżeli nie, to zwyczajnie uważają, że kurs z lotniska powinien być zawyżony, bo tak. W Ułan Bator jest podobnie. Panowie śpiewają kwoty rzędu 50 USD za przejazd. Po chwili negocjacji schodzą już do 20 000 MNT (jakieś 10 USD), ale czasem bywa, że po dojechaniu na miejsce zmieniają zdanie i jednak z powrotem chcą więcej. Argumentem, z którym ciężko polemizować jest często bagaż zamknięty w bagażniku, który otworzy się dopiero po zapłaceniu haraczu. Nie korzystam, jeśli tylko nie jest to konieczne.

Autobus miejski. Z lotniska do samego centrum jedzie autobus numer 7. Nazwa po mongolsku:

Ч:7 НИСЭХ-ТӨВ НОМЫН САН-7 БУУДАЛ

transport z lotniska Ułan Bator - autobus nr 7

Odjeżdża nie z samego lotniska, a z pobliskiej drogi. Po wyjściu z terminala należy przejść przez parking i pole wydeptaną ścieżką w kierunku odległej jakieś 500 metrów wiaty i kiosku. Stamtąd właśnie odjeżdża autobus. Za przejazd trzeba zapłacić u kierowcy 500 MNT (mniej niż 1 PLN), nie dostaniecie biletu, ponieważ takich nie ma. Fundamentem komunikacji w stolicy jest karta magnetyczna, której nie ma sensu wyrabiać na podróż z lotniska (nie ma nawet gdzie). Autobus kursuje co jakieś 20 minut, od rana do ok 21:00. W centrum zatrzymuje się przy Sukhbaatar Square czyli w samym sercu miasta. Podróż trwa około 30-40 minut, w zależności od korków, nawet do godziny. Z powrotem, autobus zatrzymuje się na przystanku przy KFC pod hotelem Bayangol.

Ważne kwestie przy korzystaniu z komunikacji miejskiej. Jest kompletnie nieprzewidywalna. Autobus przyjedzie lub nie. Rozkładów nie ma na przystanku, więc nie ma się do czego przyczepić. Przystanki są źle lub w ogóle nieopisane, numery linii i opisy tras na pojazdach są po mongolsku, więc nie spodziewajcie się, że rozpoznacie szybko wasz pojazd. Jeśli planujecie jechać na lotnisko komunikacją, weźcie spory zapas. Kiedy autobus już podjedzie, jest duża szansa, że będzie koszmarnie zatłoczony. Totalnie, po brzegi. Nawet w niedzielę o 9:00 rano. Podróż z plecakiem może się wtedy okazać nie lada problemem. W połączeniu z letnim upałem i brakiem przewiewu, wrażenia estetyczne murowane, ale co tam. Możecie zwyczajnie nie wsiąść. I najważniejsze – kieszonkowcy. Ułan Bator słynie ze złodziei grasujących w autobusach. Są ponoć tak sprawni, że ciężko się zorientować, że właśnie znika zawartość waszych plecaków lub kieszeni. Podobnie jak w Barcelonie, ostrzega przed złodziejstwem każdy poznany mieszkaniec miasta. Permanentny tłok nie ułatwia pilnowania siebie i swoich rzeczy.

Wyjazd do Mongolii – pieniądze czyli Tugriki

Walutą w Mongolii jest Tugrik. 1 PLN to około 675 MNT, a więc przygotujcie się na obracanie sporymi kwotami. To właśnie w Mongolii zarobiliśmy swój pierwszy milion. Przyjemne niewielkie kolorowe banknoty z Czyngis-Chanem przypominają nieco pieniądze z „Fortuny” – różnią się od siebie jedynie kolorem. Często trafiają się mocno wymiędlone, szczególnie nominały 5 000 i 10 000. Najlepiej przywieźć tu dolary amerykańskie – walutę lubianą i poważaną w każdym zakątku naszej planety. Koniecznie nowe (kolorowe), niezniszczone, niepogniecione i niepomazane banknoty. Na lotnisku są dwa oddziały banków – na przylotach i odlotach. W tym drugim naturalnie znajdziecie lepszy przelicznik. W sumie nie ma to większego znaczenia, bo kurs i tak jest gorszy niż w mieście, dlatego najlepiej wymienić to drobna kwotę, rzędu 10 USD, żeby mieć na autobus do miasta a resztę wymienić w centrum.

Tugrik - mongolski pieniądz

Najlepszym miejscem do tego jest istne zagłębie kantorowe Ułan Bator – centrum Naiman Sharga, po mongolsku: Найман шарга, przy ulicy Tomorchiin Gudamj. Niedaleko centrum, idealnie się złożyło, że jeszcze bliżej naszego Gana’s Guesthouse. Na ulicy znajduje się kilkadzięsiąt kantorów, wszystkie oferują niemal ten sam kurs wymiany, dużo lepszy niż w bankach. Czynne do 21:00, siedem dni w tygodniu. Zapraszają do nich naganiacze. Co ciekawe, nie są to typowi cinkciarze w skórach i ciemnych okularach, ale np. starsze panie lub dzieciaki z pękatymi zwitkami studolarówek i tugrików w rękach.

kantory w Ułan Bator

Gotówka jest niezbędna. Nie ma co marzyć o płaceniu kartą. Nie trafiło nam się chyba nigdzie przez dwa tygodnie. Bankomaty można spotkać jedynie w stolicy. Wszędzie poza ciężko nawet o wymianę pieniędzy. Da radę jedynie w większych miastach – stolicach ajmaków. Tam trzeba szukać banków. Najlepiej Chaan Bank – inne, mniejsze mogą mieć minimalnie lepszy kurs, ale kasjerzy kręcą nosem. Raz w Cecerleg w jednym z mniejszych banków pan miętosił moją studolarówkę dobre pięć minut, wzywał koleżankę i nie pasowało mu, że w nowym banknocie odstaje jakiś kawałeczek przy pasku zabezpieczającym. Skrzywiony oddał mi wymacany banknot, który w Chaan Banku przyjęli bez żadnego gadania. Trzeba tylko przyjść odpowiednio wcześniej i wziąć numerek, bo kolejki w banku bywają horrendalne.

Podsumowując: Gotówka, gotówka, gotówka

Wyjazd do Mongolii – jedzenie

Kuchnia mongolska nie należy do najbardziej wykwintnych na świecie. Ciężkie życie pośród surowej przyrody, rozproszenie mieszkańców na ogromnej przestrzeni, konieczność bycia samowystarczalnym wywarły piętno na diecie Mongołów. Dość krótki okres wegetacji, mroźne zimy, upalne lata, małe zróżnicowanie upraw i skoncentrowanie na hodowli zwierząt zrobiły swoje. Podstawą kuchni w Mongolii jest mięso i nabiał. Mięso to przede wszystkim baranina, rzadziej wołowina i coraz częściej tani kurczak z importu. Najczęściej gotowane, nieprzyprawione, obcinane nożem prosto z kości. Do tego mleko i produkty mleczne pod każdą postacią – szczególnie placki z wysuszonego zsiadłego mleka – tzw. aaruul i zjełczałe masło. Z warzyw, najczęściej spotkać można cebulę, marchew i ziemniaki.

tradycyjna mongolska potrawa - buuz

Chuuszuur czyli Khuushuur - jedno z firmowych dań mongolskich

Zboże wydaje się być w Mongolii luksusem. Chleb jest tu okropny. Nie znajdziecie tu pysznych cieplutkich lepioszek jak w Kazachstanie, Kirgizji czy ciemnego chleba jak w Rosji. Pieczywo to albo twardy jak skała, okropny w smaku, tekturowy chleb lub paczkowane, puchate pieczywo tostowe. Można jeszcze wybrać coś w rodzaju paluchów z obwarzankowego ciasta z posmakiem zjełczałego masła. Lepszym rozwiązaniem będzie już chyba pumpernikiel lub gruboziarniste, paczkowane pieczywo przywiezione z Polski. Wędliny to padlina. Wygląd nie zachęca do próbowania. Zazwyczaj są mrożone. Owoce są importowane z Chin, drogie. Najprostszym źródłem witamin będą cebula i ogórek i pomidory. Co ciekawe, te ostatnie tańsze są małe koktajlowe niż regularne. Generalnie warzywa i owoce to dość spory wydatek w Mongolii, większość jest droższa niż w Polsce.

Stoisko z nabiałem na bazarze w Cecerleg, Tsetserleg - prowincja Arkhangai, Mongolia

Mleko i mięso łączą się płynnie w kombinacjach dla nas uchodzących za nonszalanckie czy wręcz obrzydliwe. Nie jest tu niczym nadzwyczajnym kleik ryżowy na mleku i baraninie czy herbata z solą, mlekiem i zjełczałym masłem. Jeżeli chodzi o tradycyjną kuchnię mongolską, trzeba się przyzwyczaić do ostrego, gryzącego zapachu i smaku zjełczałego masła i wysuszonego, skwaśniałego sera. Dobra wiadomość jest taka, że tutejsza kuchnia łączy smaki z sąsiednich krajów. Traficie więc w Mongolii na dania kuchni chińskiej: dużo ryżu, makarony, kiszonki, czy buuz – jedno z najpopularniejszych dań w kraju – czyli pierożki na parze z nadzieniem mięsnym lub warzywnym. Popularne są też wynalazki z Korei jak np. kimchi (kiszona w sosie rybnym, ostra kapusta pekińska). Nie zaskakuje również obecność dań rodem z Rosji: pielmieni, czyli pierożki z nadzieniem mięsnym, sałatka ziemniaczana, surówka z marchwi i nasion kolendry, czy stanowiące fundament kuchni mongolskiej – chuuszuur – czyli nic innego jak popularne rosyjskie „pirożki” smażone na głębokim tłuszczu.

Jedzenie w Mongolii

Zabawny efekt daje połączenie tego wszystkiego w jedno danie, np. wspomniany już kleik ryżowy na mleku i baraninie z pływającymi pielmieni, dania z woka serwowane z sałatką ziemniaczaną i kimchi na boku. Jeżeli chodzi o dania w restauracjach czy kantynach, traficie na wiele niespodzianek, warto popróbować. Posiłek dla dwóch osób powinien się zamknąć w 15 000 MNT (ok 20-25 pln). Jedzenie na biwak warto zabrać ze sobą z Polski. Trudno w Mongolii o konserwy (te najlepsze są z Chin i Korei, kosztują po 10 000 MNT za małą puszkę). Nie ma wędlin i serów, jakie znamy z Europy, a jeżeli coś się trafi, to jest bardzo drogie. Zapomnijcie o jogurtach. Najwięcej jest mrożonych kurczaków, makaronów i ryżu.

biwakowanie w Mongolii - jest bezpiecznie

Alkohol jest w Mongolii – niestety – tani. Piwo w sklepie kosztuje 1 500-2 000 MNT (2-3 PLN), za butelkę 0,5 l. Wybór jest niezły, w smaku piwo jest zaskakująco dobre, oczywiście najlepiej pić schłodzone. Da się trafić nawet jakieś kraftowe mongolskie. Sporo jest importowanych, ale kto by to pił? Co ciekawe, bardzo tanio można tu dostać singapurskiego Tigera (1700 MNT za butelkę 0,6 l) – miła odmiana w porównaniu z ojczyzną tego piwa – Singapurem. Wódka wypada jeszcze taniej. Butelka najtańszej wódki to koszt jakieś 3 500 MNT (5 PLN). To czyste zło w butelce, sieje spustoszenie w głowie i żołądku. Nadaje się tylko do dezynfekcji ran. Są też tanie wina, raczej z tych patykiem pisanych, lub wręcz siarą wzmacnianych, np. z (czy raczej o smaku) rokitnika, ale nie ryzykowaliśmy.

Mongolska specjalność - sok z rokitnika

Polecamy spróbować tutejszej specjalności – soku z rokitnika. Sprzedawany jest w formie skoncentrowanej 100% – praktycznie nie do wypicia (jakieś 5 000 MNT za 0,5 l) lub rozcieńczonej (ok 1 500 MNT za 0,5 l) – jest świetnie orzeźwiający, ma mnóstwo witamin a przy tym doskonale smakuje.

Podsumowując: Mongolia to nie kraj dla wegetarian, ale jedzenie nie jest tu takie złe

Wyjazd do Mongolii – zdrowie i higiena

Mongolia nie jest krajem dla ludzi lubiących czystość, bieżącą gorącą wodę i kąpiele dwa razy dziennie. Szczególnie podczas podróży autem przez bezdroża. Jedyny zapas wody to 20-litrowy kanister, do tego kilka 5-litrowych baniaków i dwie zgrzewki mineralnej. Oznacza to, że musicie nauczyć się kąpać w litrze wody. Ciepłej, bo kiedy macie kuchenkę i zapas gazu, podgrzanie nie jest problemem. Wyzwaniem jest odpowiednie zarządzanie zapasami. Trzeba pamiętać, że jeszcze jest gotowanie, zmywanie, no i oczywiście picie. W warunkach pustynnych, przy braku cywilizacji i jakiejkolwiek infrastruktury, najważniejsze to dbanie o utrzymanie zapasów wody. W każdym miasteczku trzeba je uzupełniać, planować, dbać o to, aby się nie wylała, nie pobrudziła, nie zmarnowała.

zapasy wody to naważniejsza rzecz podczas podróżowania w Mongolii

Kąpiel i mycie podczas podróży to luksus. A przydaje się. W lecie, w dzień temperatura sięga nawet 35 stopni a paradoksalnie powietrze nie jest aż tak suche, aby się nie pocić. Do tego podczas jazdy, auto wznieca tumany brudnego pyły, które wdzierają się przez każdą szczelinę w konstrukcji auta. W efekcie wszystko w środku jest pokryte grubą warstwą brudnego kurzu. Wy też. Zbawieniem są miejskie łaźnie, dostępne w większych miasteczkach. Trafiliśmy do takich przybytków w Bayankhongor i Khatgal. Wstęp kosztuje od 2 500 do 5 000 MNT. Standardem przypomina to coś pomiędzy prysznicami w szkole a tymi w publicznym basenie pod koniec lat ’80. A więc zaniedbane, obdrapane, zagrzybione, ale z gorącą, bieżącą wodą! Po kilku dniach na pustyni to zbawienie. Koniecznie zabierzcie swoje klapki.

Utrzymać higienę jest ciężko, więc warto pamiętać o zabraniu żelu do dezynfekcji i nawilżanych chusteczek np. takich dla niemowląt. Najlepiej wziąć kilka mniejszych paczek zamiast jednej dużej. Nie pobrudzą się, nie wyschną, nie zmarnują. Bardzo pomocne będzie też nawilżany papier toaletowy.

Higiena i zdrowie w Mongolii to kwestia bardzo umowna

Przy tak wyszukanej kuchni mongolskiej i warunkach antysanitarnych często panujących w miejscowej gastronomii, ale także i na ulicach, warto zaopatrzyć się w środki na ból brzucha, biegunkę czy wymioty i koniecznie elektrolity (coś w stylu Orsalitu). Niestety zatrucia w tych stronach zdarzają się europejczykom dość często. Te łagodniejsze dlatego, że kuchnia mongolska to wciąż często wyzwanie dla naszych żołądków a poważniejsze – ze względu na braki w higienie. W zależności od preferencji, sprawdzają się też klasyczne metody zapobiegania: osłona żołądka (kultury bakterii) lub „dezynfekcja” łykiem czegoś mocniejszego z duty free.

Podsumowując: Biwakowe warunki są wyzwaniem, ale da się przetrwać

Wyjazd do Mongolii – podróżowanie i nawigacja

Samodzielne podróżowanie autem po Mongolii to nie road-trip po USA. To prawdziwa przygoda! Dlaczego? Przede wszystkim asfalt to luksus, którego można doświadczyć jedynie jadąc z Ułan Bator do najważniejszych miast i atrakcji turystycznych kraju. I to nie wszystkich. Ogranicza się do środkowej Mongolii. Zachód jest pod tym względem niestety mocno niedoinwestowany. Większość dróg – także te krajowe – to po prostu rozjeżdżony step. To nawet nie szutrówka. To zwykła droga przez pole, ślady aut, które jechały tu wcześniej. Nierówne, pełne dołów, dziur, uskoków, garbów, kolein i leżących kamieni. Jazda po czymś takim to prawdziwa mordęga. Trzęsie, szarpie, tłucze. Na wielu odcinkach

drogi w Mongolii

Wszystko to powoduje, że trzeba jeździć wolno. Przeciętna prędkość to ok 20-30 km/h. Czasami zdarzają się odcinki, na których można się rozpędzić do 60 km/h, ale radość się kończy w momencie, kiedy trafiasz na pierwszą dziurę lub koleinę. Auto wyskakuje, wszystko lata po kabinie i jest nieprzyjemnie przy twardym lądowaniu. Niezależnie od prędkości, zazwyczaj za jadącym autem unosi się ogromny pióropusz gęstego kurzu, który wzbija jadący samochód. W efekcie, auto notorycznie jest brudne – na zewnątrz i w środku. Wszystko jest pokryte grubą warstwą kurzu. Nie da się tego umyć, bo nie ma bieżącej wody. Zresztą po chwili jazdy wszystko zaczyna się od nowa.

Drogi są rozjeżdżone, dziury i koleiny sprawiają, że kierowcy je omijają. W ten sposób poszerzają drogę i tworzą nowe „pasy”. W efekcie standardowo droga ma szerokość jakichś 50-100 metrów i składa się z około 10 pasów, tzn. śladów kół. Kiedy wszystkie jadą w jednym kierunku nie ma problemu. Gorzej, kiedy zaczynają się rozjeżdżać. Wtedy powstaje pytanie: która droga jest właściwa? I tutaj pojawia się element losowy. Bo nie ma żadnych znaków. Tak w Mongolii praktycznie nie stosuje się znaków drogowych. Jedyne, jakie można spotkać to tabliczki z nazwą miejscowości i znaki w Ułan Bator. Na prowincji drogę wyznaczają właśnie ślady kół oraz pamięć i doświadczenie kierowców. To daje zupełnie nową perspektywę jazdy autem. Realnie, dziennie będziecie w stanie przebyć 100-200 km poza asfaltem. I będzie to cały dzień jazdy. Warto o tym pamiętać przy planowaniu trasy. My nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, w efekcie przejechaliśmy zaledwie połowę tego, co zakładaliśmy.

drogi w Mongolii są w złym stanie

Mapy są praktycznie bezużyteczne. Przede wszystkim oszukują. To, co wygląda na nich jak główna droga, w rzeczywistości może okazać się po prostu śladami opon pośrodku pustyni. Co z tego, że dana droga jest na mapie, skoro jadąc nią na odcinku 50 km możecie z niej zjechać minimum 10 razy w różnych kierunkach i nawet o tym nie wiedzieć. Nie odnajdziecie się na tej mapie, więc nawet nie ma co zaprzątać sobie głowy kupowaniem jej. Rozwiązaniem jest GPS. No prawie… problem z nawigacją satelitarną polega na tym, ze mapy często są nieaktualne. Momentami dają też zwodnicze poczucie bezpieczeństwa, a nie mówią gdzie są dziury i bagna na drodze. GPS także sporo kosztuje, jeżeli chcielibyśmy go wypożyczyć. Darmowa opcja to Google Maps. Zapomnijcie. Na Google Maps nie ma większości dróg. Są tylko te największe. Jak więc nawigować?

Podróżowanie po Mongolii - poradnik - z jakich map korzystac
Porównanie tego samego obszaru na trzech mapach, od lewej: Google Maps (zdjęcie satelitarne), Maps,me, Google Maps (mapa). Najlepiej korzystać z dwóch pierwszych jednocześnie.

Najlepszym rozwiązaniem, jakie znaleźliśmy jest chyba wszystkich dostępnych metod on-line i off-line. Przede wszystkim opieraliśmy się na aplikacji maps.me poleconej przez Drive Mongolia. Jest darmowa i działa bez dostępu do internetu. Ma w miarę dobre mapy, ale okazuje się jednak, że nie zawsze są aktualne. Nie wszystkie drogi są oznaczone, a dwa razy pokierowała nas na mosty, których w danym miejscu nie było. Jeden znajdował się ok. 15 km dalej, drugi zaledwie 1 km, ale był schowany za zakolem rzeki i górami. Często też trasy z nawigacji czy maps.me nie pokrywają się z rzeczywistymi, rozjeżdżonymi drogami, które rozszerzają się nagle, wiją jak makaron przez wzgórza i doliny. Nagle więc okazuje się, że wg aplikacji ni stąd ni zowąd jesteście kilometr od drogi, mimo że cały czas jedziecie po śladach. Maps.me trzeba więc kontrować. I tu wracamy do Google Maps. Ale nie standardowej mapy, a… zdjęć z satelity. To jest najlepszy sposób – zaciągnąć obraz trasy na jak największym poziomie szczegółowości i na nich sprawdzać, dokąd prowadzi dana droga. To działa najlepiej.

zakopane auto w okolicy Chongoryn Els w Mongolii

Kiedy wszystko inne zawiedzie i okazuje się, że się zgubiliście, nie ma co panikować. Co wtedy zrobić:

Przyglądajcie się śladom. Główna droga to zazwyczaj te najszersze ślady, najstarsze i najbardziej rozjeżdżone, przez co najmniej wygodne. Świeże ślady, w miarę skupione to te, po których jeździ mniej aut i ci sami kierowcy. To odjazdówki do jakiegoś geru. Im gorsza droga, tym większe prawdopodobieństwo, że to ta główna.

Szukajcie linii telefonicznych – one zawsze idą wzdłuż głównej drogi i jadąc za nimi, zawsze dojedziecie do jakiegoś miasteczka.

Zapytajcie o drogę w pobliskich gerach lub zatrzymajcie auto. Na pustyni i stepie w 99% przypadków ludzie zatrzymają się, żeby wam pomóc. Takie panują tu zasady. Nie będzie łatwo się dogadać, ale się da. Najlepiej spiszcie sobie nazwy miast, przez które jedziecie po mongolsku. Mongołowie to koczownicy, ale prawdopodobieństwo trafienia na analfabetę jest znikome.

jazda wypożyczonym autem po Mongolii - holowanie zakopanego auta

Bardzo ważną kwestią podczas podróży przez Mongolię są zapasy. Kraj jest ogromny, a infrastruktura marna. Tu rządzi natura i jej kaprysy. Musicie pamiętać o zapasie benzyny (nasze auto miało dodatkowy 90-litrowy bak rezerwowy), wody pitnej (co najmniej 20-litrowy kanister, kilka zgrzewek butelkowanej – innej nie pijcie) oraz jedzenia. Do tego narzędzia do naprawy auta (np. zmiana koła, odgięcie nadkola itp.). Nawet mając kontakt z biurem, może się okazać, że kiedy auto rozkraczy się wam pośrodku pustyni, musicie czekać dwa dni na pomoc. Wtedy woda i jedzenie bardzo się przydają. W każdym miasteczku uzupełniajcie zapasy benzyny i wody. A jeżeli korzystacie z map w telefonach, pamiętajcie o zapasowych kablach do ładowania. Używanie ładującego się telefonu w czasie jazdy po wybojach w kilka dni potrafi zniszczyć kabel. Za ładowarką do iPhone’a jeździliśmy 300 km przez 4 miasteczka i znaleźliśmy ją dopiero w stolicy ajmaku. Ładowarki do Androidów są do kupienia w każdym miasteczku. Najlepiej więc wziąć dwa różne telefony.

Podsumowując: jazda na własną rękę to prawdziwa przygoda, zróbcie to!

Wyjazd do Mongolii – bezpieczeństwo

Tak jak wszędzie, tak i tu największym zagrożeniem człowieka jest drugi człowiek. Ponieważ zagęszczenie ludności jest tu śmiesznie małe, Mongolia jest bardzo bezpieczna. Podróżując po bezdrożach – przez pustynie czy góry – trudno spotkać kogoś, kto będzie chciał was napaść czy okraść. W swojej podróży trafiliśmy na przyjaznych i miłych ludzi. Wszyscy sobie pomagali, bo przecież od tego tu zależy ludzkie życie. Każdy przybysz traktowany jest jako gość, któremu należy się ochrona, opieka i pomoc. Każdy tu każdego podwiezie, pomoże nareperować czy wyciągnąć zakopane auto. Zdarza się spotkać pośrodku niczego pijanego w sztok pasterza śpiącego na ziemi obok postawionego motoru, ale tacy są nieszkodliwi. Biwakowaliśmy zawsze z dala od gerów, bardziej ze względu na kręcące się mordercze psy pasterskie, niż na ludzi. Kilka razy nad ranem podjechali do naszego auta miejscowi mieszkańcy i z uśmiechem na ustach patrzyli na nasz namiot na dachu samochodu. Popatrzyli, pouśmiechali się i odjechali. Nikt się nie narzucał, nie był agresywny, nic nie chciał.

Bezpieczeństwo w Mongolii - jest bezpiecznie

Miasta i miasteczka wyglądają mniej przyjemnie. Ich zapuszczone, odrapane ulice sprawiają nieprzyjemne wrażenie, szczególnie po zmroku, ale nie mieliśmy żadnych przygód. Przede wszystkim podróżując po Mongolii rzadko kiedy natkniecie się na innych ludzi. Jeżeli będziecie z dala od miast i miasteczek, nic przykrego was nie spotka, a żeby i tam wam się coś przytrafiło, musielibyście mieć wielkiego pecha. Zapewne tam gdzie są ludzi i alkohol może się coś złego przytrafić, ale my o czymś takim nie słyszeliśmy. Zresztą, jak wszędzie – widząc grupę podchmielonych chojraków lepiej pójść w inną stronę. Spotkaliśmy się z życzliwością, bezinteresowną pomocą, ciekawością i zainteresowaniem. Ze strony ludzi, nic złego was nie spotka. Niebezpiecznych zwierząt też nie ma tu za wiele. Wasze bezpieczeństwo na pustyni, w stepie i w górach będzie zależeć tylko od was – waszego przygotowania, ostrożności i roztropności. Większa jest szansa, że złapiecie gumę albo ugrzęźniecie w bagnistej łące, niż że ktoś was napadnie czy okradnie. No chyba, że się zapomnicie w autobusie w Ułan Bator.

Bezpieczeństwo w Mongolii - pomocni pasterze

Zatem, jeśli założymy, że to nie ludzie mogą stanowić niebezpieczeństwo, to może zwierzęta? Otóż na drogę, niezależnie od tego, czy będzie to asfalt, czy ciągnąca się na 100m szerokości droga pustynna, zawsze coś wyjdzie, lub coś na niej leży. W zależności od regionu – wielbłądy, owce, kozy, konie, jaki. Od czasu do czasu wyląduje orzeł lub zerwą się do lotu tchórzliwe sępy. W okolicach biwaku mogą pomykać większe lub mniejsze gryzonie. Nad ranem wyglądając z namiotu, możecie odkryć, że otacza Was jakieś stado, które po chwili pójdzie dalej. I tyle – nic niebezpiecznego. Szybciej Wy spłoszycie zwierzęta próbując podejść, żeby uchwycić dobry kadr, niż one przestraszą Was. Chociaż niewątpliwie namiot na dachu samochodu, nie na ziemi, podwyższa poczucie bezpieczeństwa.

Podsumowując: jedźcie! Mongolia jest bezpieczna.

Wyjazd do Mongolii – co ze sobą zabrać?

Zdecydowanie ubrania sportowe, oddychające, które łatwo upierzecie i szybko wyschną. Z butów koniecznie coś wygodnego i klapki. O ile nie planujecie trekkingu w górach lub wspinania się na śpiewające wydmy – trampki czy adidasy spokojnie wystarczą.

Z kosmetyków, poza oczywistymi, chusteczki odświeżające, o których już była mowa i kremy nawilżające – dzięki nim Wasze ciała, a przynajmniej twarze, nie wrócą w kompletnej ruinie. Koniecznie jakiś balsam/ wazelina do ust. I kosmetyk z dobrym filtrem. Nawet, jeśli wydaje Wam się, że tyle czasu spędzicie w samochodzie, nadal pamiętajcie – jesteście na pustyni, gdzie słońce nie oszczędza.

O jedzeniu już było dużo, zatem ostatnie, krótkie już słowo od nas w tym temacie. Zazwyczaj poza miastami jedliśmy dwa razy dziennie – śniadania i kolacje. Kiedy dopadał nas głód w środku dnia, a nie chcieliśmy tracić czasu na biwak – idealnie sprawdzały się krakersy, kabanosy i nasza guilty pleasure – M&Msy. Zatem pamiętajcie, aby zaopatrzyć się w ulubione, nie wymagające dużych przygotowań przekąski. Ze zrobieniem nawet kanapek, ze względu na chleb, będzie problem.

Co zabrać na camping do Mongolii - biwakowanie i jazda wypożyczonym autem

Mamy nadzieje, że zebrane powyżej informacje i porady pozwolą wam zorganizować przygodę życia i odkryć ten wspaniały kraj. Oczywiście nie łudźcie się, nie pozwolą wam uniknąć niespodzianek – zarówno miłych jak i tych mniej przyjemnych – ale o to właśnie chodzi w podróżowaniu, prawda? Mongolia jest cudowna. Dzika, nieokiełznana, nieprzewidywalna, nieważne jak dokładny plan będziecie mieli na swoją wyprawę. Mongolia i tak ma swój plan – na was. Nie pozostaje nic innego jak się jej poddać.

Powodzenia!

A tak wyglądała nasza podróż: