Wyspa Phu Quoc. Raj zaśmiecony

Na wyspę Phu Quoc przylatujemy porannym samolotem z Hanoi. Po zimnej ulewie stolicy nie ma najmniejszego śladu. Z nieba leje się żar przez który przedziera się lekki powiew bryzy morskiej. Po trzech dniach ziąb w zatoce Ha Long należy nam się upał. Nareszcie wszystko idzie zgodnie z planem. Na lotnisku czeka kierowca z tabliczką. Jedziemy przez zabudowania miasteczka Phu Quoc i przydrożne resorty do naszego domku przy plaży. Pierwsze wrażenie jest nie najlepsze. Same hotele, sklepy i wielkie tablice z napisami po rosyjsku. W miasteczku robi się bardziej Wietnamsko. Przeciskamy się przez bazar, który ulokował się pośrodku drogi. Wygląda na to, że nie da się przejechać, ale nasz kierowca nic sobie z tego nie robi. Przejeżdżamy miasteczko Duong Dong, w którym próżno szukać hoteli i restauracji. Wszystko to zostało za nami.

Przedmieścia wyspa Phu Quoc, Wietnam

Nasz idealny domek na plaży, wyspa Phu Quoc, Wietnam

Przed nami przedmieścia Duong Dong. Tu już turyści nie trafiają. Małe uliczki, zaniedbane domy sklecone z czego tylko się da. Królestwo betonu, blachy falistej i azbestu wspomagane kilometrami kabli i kolorowymi plandekami. Na jednej z takich ulic, gdzieś w labiryncie, zatrzymujemy się. To nasz domek – TS Beach house. Gdzieś za kratami, przejściami i schodkami, właściciel pokazuje nam nasz domek. Zdjęcia na Air BNB były obiecujące, ale w rzeczywistości nie spodziewaliśmy się rewelacji. Teraz rzeczywistość – jest rewelacja – o wiele ładniejsze niż na zdjęciu. Mały domek, przy samej plaży, przeszklony, z białymi zasłonami unoszącymi się na wietrze niczym w pamiętnej scenie z „Wielkiego Gatsby’ego”. Biel, słońce, światło, palmy piasek i ten przepiękny szafirowy kolor morza. Łóżko z którego widać to wszystko. Jakby się leżało na plaży. Do tego jeszcze hamak! Chce mi się skakać, klaskać. Od razu rzucamy się na hamak na tarasie i relaksujemy po dość męczącym locie. Może szumi, słońce delikatnie przypieka, wiatr gładzi policzki. Jesteśmy w raju!

Duong Dong. Miasto-bazar

Bazar w Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Miasteczko Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Plaża, miękki piasek, szum morza. Aż nie chce się ruszać. Po południu ruszamy na spacer do miasteczka Duong Dong. Oczywiście szukamy jedzenia. Trafiamy w bazarowy harmider. Okazuje się, że główna ulica, przez kilka godzin w ciągu dnia jest wyłączona z ruchu, bo odbywa się na niej targ. Cóż to za miejsce. Te wszystkie śliczne, kolorowe owoce, z których przynajmniej połowy nie jesteśmy w stanie nazwać. Soczyście zielone warzywa, które handlarki co chwila zraszają wodą. Błyszczą w słońcu jak jakieś szlachetne kamienie. Te wszystkie ryby – świeże i suszone, ślimaki i małże – małe i duże, kolorowe, w kropki i w paski. Krewetki małe i duże, langustynki, homary, kalmary, ośmiornice. Wszystko co tylko żyje w okolicznych wodach, spogląda właśnie na nas z każdej strony. Jest tłoczno, gwarnie, nie wiadomo na co patrzeć, czego słuchać, gdzie iść. Wszystko chcę zobaczyć, wszystkiego powąchać, dotknąć. Uwielbiam bazary. Ten jest jednym z lepszych jakie widziałem.

Owoce morza na bazarze w Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Port w Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Orientacja w Duong Dong staje się problematyczna, bo stragany wypełniają każdą przestrzeń. Są jak małże przyczepiające się do kamienia na brzegu. Droga gdzieś kręci i kiedy już wydaje nam się, że się zgubiliśmy, trafiamy na most, z którego rozciąga się przepiękny widok na rzekę, miasteczko i rybacką flotyllę upchaną na wąskiej rzece. Wszystko to jakieś brudnawe, zaniedbane, ale też kolorowe i pociągające. Zaraz za mostem znajdujemy kolejny bazar z czymś pomiędzy restauracją a straganem z jedzeniem. Zasada jest dziecinnie prosta – pokazujesz palcem co chcesz zjeść i siadasz na plastikowych krzesełkach. Pani grilluje ryby, małże, krewetki i co tylko chcesz, po czym przynosi gotowe. Wszystko jest tak piękne, że trochę głupiejemy. Wybieramy przegrzebki, ośmiorniczki, małże i jeszcze ostrygę na spróbowanie. Wszystko świeże o cudownym smaku przemieszanych żywiołów wody i ognia. Nieprzyzwoicie dobre.

Owoce morza na bazarze Miasteczko Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

owoce morza na bazarze, wyspa Phu Quoc, Wietnam

Trafiamy na parę z Polski przy stoliku obok. Wyglądają na „nowych”. Tak samo jak my jeszcze nieopaleni i ciut onieśmieleni tym dobrobytem owoców morza. Po chwili rozmowy dziewczyna pyta mnie – a to ty jesteś Piotr Adamczyk – trochę nas zamurowało, bo niby jak mielibyśmy spotkać na drugim końcu świata kogoś kto wie jak się nazywam? – Tak, ale jak… skąd…? – dziewczyna tłumaczy – przylecieliśmy jednym samolotem z Hanoi i kiedy na lotnisku zobaczyliśmy faceta z tabliczką z nazwiskiem „Piotr Adamczyk”, czekaliśmy, żeby zobaczyć czy to będzie TEN Piotr Adamczyk – no niestety to nie był TEN. To tylko ja… Więc mówię, że świat nie jest taki mały. Chociaż po chwili to cofam, bo okazuje się, ze kuzyn chłopaka pracuje w mojej firmie – dwa biurka ode mnie. No i lecieliśmy samolotem z rodziną Majdanów… to chyba też się liczy.

Wieczorny spacer wyspa Phu Quoc - Wietnam

Kiedy powoli zaczyna się robić ciemno, wracamy do naszego domku przy plaży. Znowu mijamy bazar, który przy zapadającym zmierzchu bynajmniej nie robi sie spokojniejszy. A bardziej kolorowy. Dociera do nas, że przecież dziś jest Sylwester. Za cztery godziny witamy Nowy Rok. Jakoś nie planowaliśmy balu na Phu Quoc, chociaż biorąc pd uwagę ilość hoteli, nie byłoby z tym problemu. W naszej części wyspy nic takiego nie znajdziemy. W zasięgu wzroku nie mamy żadnego hotelu ani nawet białego człowieka. Wszystko to zostało za mostem. Tutaj są sami Wietnamczycy i ich domy. Kupujemy na straganach trochę owoców: mango, rambutana, liczi longana, marakuję, mangostan, pitahaye (Czyli smoczy owoc), guavę, sapodille, graviolę, jabłko cukrowe, caimito i czapetkę wodnistą – wszystko co tylko nowego zobaczyliśmy. Czego zawsze chcieliśmy spróbować.

Sylwester na Phu Quoc. Szalona impreza z Netflixem

stragany z jedzeniem, Miasteczko Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Kolacja ze straganu Miasteczko Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Na wszelki wypadek wzięliśmy też szampana. Kupiliśmy go w zeszłym roku lecąc na Sylwestra w Meksyku – to ten, którego nie zdążyliśmy wypić, bo usnęliśmy przed północą. Może teraz się uda. W naszym domku mamy też Netflixa – okazuje się, że w Wietnamie jest dużo filmów, których nie ma u nas. Sylwester mija nam więc na oglądaniu filmów, jedzeniu owoców i popijaniu szampanem. Wszystko przy akompaniamencie szumu morza. Kiedy robimy się głodni, postanawiamy wyskoczyć coś przekąsić. Krążymy ciemnymi uliczkami, ale wszystko jest zamknięte. Słychać jak Wietnamczycy siedzą przed telewizorami w swoich wykafelkowanych domach zamkniętych na kratę. Znajdujemy czynną stragano-knajpkę gdzieś przy głównej ulicy prowadzącej do miasteczka Duong Dong. Trzeszcząca muzyka wydobywająca się z głośnika, brudne stoły, smaczna zupa pho i uśmiechnięci ludzie. Gdzieś w oddali pojawiają się fajerwerki. Ciche pyknięcia i czerwone pióropusze. Na północy, gdzieś tam, gdzie są hotele. Tak właśnie witamy nowy rok na wyspie Phu Quoc.

Powitanie nowego roku, sylwester na Phu Quoc - Wietnam

Rano zabieram skuter i ruszam do miasta po kawę. Życie toczy się jak co dzień. Nie ma żadnego święta. Krowy chodzą po ulicy, trawa na polu się pali, śmieci gna wiatr, handlarze handlują. Wietnamska kawa jest przepyszna. Jeszcze taka na zimno, z lodem. Nie wiem jak ją palą, ale każda ma niesamowity zapach, jakby były aromatyzowane. Problem tylko w tym, że do każdej zużywają masę plastiku. Kubeczek, przykrywka, potem słomka i jeszcze to wszystko w woreczek. Samo zamawianie kawy to wyzwanie a co dopiero powiedzenie, że bez słomki i torebki. Mało kto mówi tu po angielsku i zamówienie tak aby była bez mleka i bez cukru, graniczy z cudem. Przydaje się Google Translator w komórce. Kiedy wracam, mamy idealne noworoczne śniadanie. Talerz pełen egzotycznych owoców, kawa, siedzimy sobie patrząc na morze. Przychodzi do nas przesłodki szczeniaczek sąsiadów. Tak, w tym miejscu, tym kadrze Phu Quoc to raj.

Phu Quoc na skuterze

wycieczka motocyklowa - wyspa Phu Quoc - Wietnam

na skuterze - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Po śniadaniu ruszamy na przejażdżkę po Phu Quoc. Wyspę najlepiej zwiedzać na skuterze. Nasz gospodarz akurat nam wypożyczył swój sprzęt. Sęk w tym, że dostaliśmy dwa zdezelowane graty z łysymi oponami. Na wyspę powinno starczyć. Skanuję mapę i kierujemy się na północ. Chcemy uniknąć głównej drogi, po której Wietnamczycy jeżdżą jak szaleni. Żeby nie było wątpliwości – oni wszędzie jeżdżą jak szaleni. Znajduje skrót. Kiedy wjeżdżamy w gęsty las, przejeżdżamy przez czyjeś podwórka, aż ludzie zaczynają mi machać, żeby dalej nie jechać, dochodzi do mnie, że chyba nici ze skrótu. Przynajmniej jeździmy sobie zapomnianymi podwórkami Phu Quoc. To zaleta naszej części wyspy. Zero przyjezdnych. Sami Wietnamczycy. Możemy podglądać życie tych ludzi. Patrzeć co jedzą, jak to szykują, co oglądają w telewizji, jak mają w domach. I to jest milion razy bardziej atrakcyjne niż siedzenie w kurorcie 10 km dalej.

Skuterem przez wyspe Phu Quoc - Wietnam

Motorem po Phu Quoc - Wietnam

Snujemy się po drogach małych i dużych, aż w końcu docieramy do wioski Ong Lan. To nawet nie wioska, a skupisko hoteli i pensjonatów. Restauracje, kawiarnie, sklepy z rosyjskimi napisami, salony masażu – wszystko to jednak małe i jakieś takie wioskowe. Do przetrawienia. To jak resort zamknięty w pudełeczku od zapałek. I tu spokojniej i jakoś tak nawet ładnie. Nie da się niestety dotrzeć na plaże – wszystkie należą do hoteli. Chcemy jechać dalej, na północ, tylko rozglądamy się za obiadem. Kiedy dojeżdżamy do skrzyżowania i hamuję, słyszę za sobą tarcie łysej opony po piasku i trzask upadającego skutera. Kiedy się odwracam skuter leży na ziemi, koło jeszcze się obraca, a Ula podnosi się obok. Ręce i kolano obtarte. Zbiegają się ludzie. Pierwsza pomoc, ktoś podaje plasterki, ktoś mówi gdzie jest apteka. Po chwili szoku, dzielny pacjent otrząsa się i powoli ruszamy po opatrunki.

Wypadek na skuterze - to się zdarza - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Banh xeo - chrupiący naleśnik z owocami morza - Wietnam

Aptek jak na złość nie ma. Docieramy powoli do najbliższego supermarketu duty free i rozpoczynamy poszukiwania czegokolwiek co może posłużyć za opatrunek. Bandaży oczywiście nie ma, plastrów też, o wodzie utlenionej nikt nie słyszał. Pośród półek z wódką, sosem rybnym i kawami znajduję paczkę maseczek higienicznych i jakiś płyn do dezynfekcji rąk. Przy kasie dostrzegam jeszcze maść z antybiotykiem. Czuję się trochę Mc Gyver, ale mam satysfakcję. Mamy wszystko, żeby opatrzeć otarcia. Są małe i niegroźne, ale w tym klimacie każdą, nawet najmniejszą ranę trzeba traktować serio. Po 10 minutach Ula opatrzona i gotowa ruszać dalej. Żeby jednak chwilę odsapnąć, wracamy niemal pod samo miejsce upadku i siadamy w Restaurant 57, żeby pocieszyć się spring rollsami i bánh xèo – chrupiącym ryżowym naleśnikiem z owocami morza.

Północ Phu Quoc.  Inny świat

Wycieczka wyspa Phu Quoc - Wietnam

Phu Quoc national park - Wietnam

Po obiedzie możemy jechać na północ. Docieramy do głównej drogi, którą praktycznie nic tu nie jeździ. Chcemy wjechać do Parku Narodowego Phu Quoc, żeby obejrzeć las tropikalny i dostać się nad wodę. Kiedy docieramy do wjazdu, okazuje się, że park jest zamknięty i nie wolno tu wjeżdżać. Nie ma tu i tak żadnych szlaków, ale szkoda. Teraz możemy podziwiać las jedynie z drogi. Ten zdaje się robić coraz gęstszy i bardziej inwazyjny. Bez żadnego skrępowania krzaki zarastają drogę, drzewa zaczynają ją oplatać od góry tworząc ciemny tunel. Na samej drodze spotykamy sporo mieszkańców dżungli – czarne skorpiony, pająki i dziwaczne, gigantyczne stonogi co i raz przebiegają przez jezdnie. Ruszamy więc dalej, do Thom na północnym krańcu wyspy. Wioska zaczyna się nie wiadomo kiedy. Thom to jakby koniec wyspy.

Północne wybrzeże - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Plaża wyspa Phu Quoc - Wietnam

Pusta droga, wzdłuż której wyrastają blaszaki. Wszędzie dookoła suszą się sprasowane ryby, które są chyba jakąś lokalną specjalnością Phu Quoc. To chyba dobre miejsce, żeby przysiąść na plaży. Nie za bardzo jest gdzie, ale szybko znajdujemy Thom Beach Bar  mały, pusty lokal w bardzo malowniczym miejscu. W zasadzie trudno to nawet nazwać lokalem – kilka krzesełek skleconych z jakiś kostropatych desek, zaraz przy wodzie. Plaża tu to nie jest idealna, pocztówkowa. Nie ma złocistego piasku i szafirowej wody. Jest zwyczajny, dziki brzeg. Odpływ odsłonił łaty piachu po których skaczą jakieś owady, woda szarawa, nijaka. Przy plaży ogrodzenia z żerdek i starych opon. Tu suszą się pachnące morzem sieci rybackie, tam walają się śmieci. Tu i ówdzie kręcą się psy. Ponad palmami unoszą się cienkie stróżki dymu. Cisza i spokój. Zza wody spoglądają na nas spowite chmurami góry Kambodży. Siedzimy i chłoniemy ten widok nieidealny. Zwyczajny i codzienny. Tak wyglądają tropiki. Nie tak jak na pocztówce czy na Instagramie. Tak wygląda życie. I to życie jest piękne. W swojej prostocie. Swojej zwyczajności. Aż szkoda wracać. Ale już zbliża się wieczór.

Zakupy na bazarze - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Domek na plaży wyspa Phu Quoc - Wietnam

Nazajutrz rano znowu ten sam rytuał, poranne zakupy na targu. Lubię to – jeżdżenie skuterem od miejsca do miejsca, wąchanie owoców, wybieranie. W piekarni próbuję rozszyfrować z co z czym jest. Z rybą czy może migdałem, czekoladą czy parówką. I Kawa, w końcu udaje mi się zamówić bez torebki i bez słomek. Jemy śniadanie na hamakach, patrząc na łódki wolno kołyszące się na morzu i na nadciągające chmury. Chyba kończy się ładna pogoda. Planujemy pojeździć jeszcze po wyspie, wiec zbieramy się i ruszamy – tym razem na południe – na Sao Beach – najpiękniejszą plażę na wyspie Phu Quoc. Mapa pokazuje, że po drodze są jeszcze jakieś pagody, wodospady i inne, ale chcemy się po prostu pokręcić po wyspie. Nie przy hotelach, tylko tam gdzie żyją Wietnamczycy. Przeciskamy się przez tłoczny bazar. To miejsce jest dla mnie czymś wręcz magicznym. Jedno tylko psuje mi humor za każdym razem. Stragany z psim mięsem.

Stoisko z psim mięsem - Miasteczko Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Nie mogę ich znieść. Nie akceptuję. Przeraża mnie gdy widzę to najwspanialsze stworzenie, naszego największego przyjaciela, zwierzę, które kocha człowieka bardziej niż samo siebie, oskubane, wypatroszone i poćwiartowane. Widok nie do zniesienia. Ale! Od razu zastanawiam się dlaczego żal robi nami się akurat psa. Bo jest nam bliski? A krowa? A świnka? A mała owieczka? Czy mają mniej wdzięku niż pies? Czy są głupsze? Smutna prawda jest taka, że koszmarnie odzwierzęciliśmy nasz pokarm. Zapomnieliśmy, że szynka, którą jemy na kanapce nie rośnie na drzewie. Nie wykopuje się jej z ziemi. To kawałek świni, która została zabita. Robimy wszystko, żeby nasze jedzenie nie przypominało żywego stworzenia. Kiełbasa to w końcu nie świnia. Kotlet to nie krowa. To smutne. Bo nie potrafimy się mierzyć z odpowiedzialnością za to co robimy, za to że zabijamy. Przez to coraz częściej myślę o przejściu na wegetarianizm. Przez psy właśnie. Pokazują nie tyle okrucieństwo Wietnamczyków. Uświadamiają mi jak bardzo się wszyscy oszukujemy. Kiedy już to zrozumiałem, trudniej mi jeść mięso.

Wycieczka na skuterach - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Wioska na wyspie Phu Quoc - Wietnam

Przejeżdżamy przez śmierdzące spalinami miasteczko Duong Dong. Mijamy koszmarne ulice pełne sklepów i restauracji serwujących sałatkę Cezar, gdzie z głośników huczy muzyka nie do zdzierżenia, hotele z napisami po rosyjsku. Świat zaczyna się dopiero gdzieś za lotniskiem, w południowej części wyspy. Senne wioski sklecone z płatów blachy falistej, schowane gdzieś w cieniu palm kołysanych wiatrem. Ponad nimi pajęczyna kabli. Zjeżdżamy w z głównej drogi i jedziemy w stronę Sao Beach. Okazuje się, że do samej plaży nie ma dojazdu, trzeba się zatrzymać przy którejś z restauracji albo hoteli. Na chybił trafił wybieramy Paradiso  . Od razu wita nas pan, który za zaparkowanie skuterów chce 200 000 VND (ok. 33 PLN), chyba, że kupimy coś w restauracji. Godzimy się, bo i tak planujemy coś zjeść. Dlaczego więc nie tu?

Sao Beach. Raj tonący w śmieciach

Piękna plaża Sao Beach wyspa Phu Quoc - Wietnam

Rajska plaża Sao Beach - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Najpierw jednak plaża. Niestety pogoda nie jest pocztówkowa, ale oboje kochamy plażę nawet przy ciężkich chmurach i niespokojnym morzu. Taka dzika, nieokiełznana i zaniedbana jest bardziej naturalna. I to w niej jest piękne. Faktycznie piasek robi wrażenie. Biały, delikatny. Od razu zrzucamy buty i wgrzebujemy palce w ciepły gładziutki piasek. Przeciskamy się pomiędzy pustymi leżakami. Pogoda jest plusem – akurat nie ma tabunu turystów – raczej miłośnicy spacerów po wietrznej plaży. Jest i huśtawka. Taka na palmie. Jak na zdjęciach. Jest w tym coś banalnego, ale zawsze chciałem tego spróbować. Jakieś takie niespełnienie z dzieciństwa. Może to te wszystkie zdjęcia w internecie. To takie „rajskie”. Huśtawka jest OK, ale to co za nią… kiedy tylko przysiadamy, znikąd podbiega pan i krzyczy, ze to 20 000 VND ( ok 3,3 PLN) za osobę. No cóż, każdy raj ma swoją cenę. Tutaj to i tak niezbyt dużo.

Sao Beach - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Plaża Sao Beach - stragany - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Dalej zaczynają się stragany. Kolorowe, fajne, mające w sobie jakąś magię i plażową egzotykę. To nie nasze nadmorskie stoiska z badziewiem, watą cukrową i lodami. To te, gdzie pan maczetą oprawia na naszych oczach kokosa. Pani obok wycina kwiatek z mango. Wygląda ładnie i smakuje najlepiej na świecie. Jak słodkie marzenie. Do tego małe bananki, słodkie jak miód ananasy. Mimo, że to trochę bałagan, to ma swój urok. Podobnie knajpki z plastikowymi krzesełkami. Kiedy przechodzimy koło jednej, po między gośćmi siedzącymi przy stołach pies ganiał sporą świnię, która kwiczała wniebogłosy. To jest dopiero klimat. Kończy się dopiero gdy zaczynają się góry śmieci. Doskonale widać granicę gdzie kończy się plaża hotelowa lub należąca do restauracji. Nie ma tu żadnych płotków. Góry śmieci. Na tej małej ziemi niczyjej.

Sao Beach - raj zaśmiecony - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Nie mogę pojąć tego sposobu myślenia. Jak ludzie żyjący w tak pięknym miejscu, mogą tak o nie nie dbać. Jak żyjąc z pięknych tropikalnych plaż, można na nich robić taki syf. Jak można sprzedawać jedzenie i jednocześnie hodować dwa metry dalej mini-wysypisko z butelkami, puszkami, torebkami. Jak? Dlaczego? Kto na to pozwala? Dlaczego wolno z raju robić śmietnik. Dlaczego ludziom nie przeszkadza to, że brodzą w śmieciach? Aż serce boli od parzenia. Kiedy kończą się hotele i zaczyna po prostu dzika plaża, dramat robi się jeszcze większy. Tu już nikt nie sprząta. Wszyscy zrzucają śmieci. Na trawie przy plaży wszystko co niepotrzebne: stary sprzęt elektroniczny, jakieś beczki i gruz – zapewne z pobliskiej budowy – ciekawe czy w nowym hotelu goście będą zadowoleni z widoku. Na plaży – wszystko co tylko wyrzuciło morze. Zapewne po niedawnych sztormach. Ale skąd ten cały syf w morzu? Stąd, z Mekongu, z Ha Long, z Tajlandii, z Kambodży. Tu nikt się nie bawi w segregację czy nawet wywóz śmieci. To wszystko po prostu ląduje w morzu.

Śmiecie na Sao Beach - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Tony plastiku: steropian, torebki foliowe, butelki i buteleczki. Czuję jakbyśmy szli jakąś apokaliptyczną pustynią. Oglądali świat po zagładzie ludzie. Jakiś telewizor, opony, worki, są nawet jakieś kroplówki, wenflony i inny sprzęt ze szpitala! Najwięcej jest klapków. Setki. Tysiące. Bez pary. Zdekompletowane. Samotne. Ułomne. Opuszczone. Porwane przez morze. Kolorowe, powtykane pomiędzy inne śmieci, świecą wszystkimi kolorami tęczy. Wpadamy na parę, która przetrząsa śmieci w poszukiwaniu klapka we właściwym rozmiarze. – Ten? – Nie. I za siebie. – Może ten? – Wyglądają jak poszukiwacze złota pochyleni nad sitami gdzieś po kostki w rzece śmieci. W sumie klapków jest tu tyle, że bez problemu można by je skompletować według rozmiarów i sprzedawać na straganach jako eko-klapki z odzysku. Co za różnica, że są nie do pary. I tak wszystkie wyglądają tak samo słabo. Może to jest pomysł na biznes? Rzucić wszystko i przyjechać tu handlować klapkami. Ilość surowca – nieograniczona. Sao Beach jest mimo wszystko przygnębiającą.

Tonąca w śmieciach plaża - Sao Beach - wyspa Phu Quoc - Wietnam

plaża i morze - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Spacer po Sao Beach nas zmęczył. Plaża to raj. Zaśmiecony. Jest tu pięknie, ale przez kompletną bezmyślność, to miejsce zamienia się w wysypisko śmieci. Ktoś, kto tu wypoczywa musi być niespełna rozumu. Nie rozumiem, że można się tu relaksować mając taki syf dookoła. A nie dostrzec się go nie da. Wracamy do Paradiso żeby coś zjeść. Okazuje się, że w menu są same rzeczy typu tosty, sałatka Cezar, kotlet z kurczaka itp. Wszystko wygląda źle. Do tego niezbyt ogarnięta obsługa zupełnie nas zniechęca. I ten śmietnik dookoła. Podnoszę głowę i widzę napis na ścianie „Podróżnicy z całego świata przyjeżdżają na Bai Sao w poszukiwaniu raju. Wierzymy, że właśnie go znalazłeś…” Odwracam się zniesmaczony w stronę morza i widzę jak na wodzie unosi się jakiś biało różowy papier. Zapewne zwiało komuś z ręcznika, ale nikt się tym nie przejmuje. Jacyś ludzie kąpią się obok. Wszystko OK. Myślę sobie, że tego już za wiele.

zupa pho - flagowe danie - wyspa Phu Quoc - Wietnam

małe Wioski wyspa Phu Quoc - Wietnam

Podnoszę się i idę do wody podnieść papier. Okazuje się czyimś rachunkiem z knajpy. Zamiast go wyrzucić zabieram do kieszeni. Wychodzimy z knajpy bez zamawiania. Na parkingu pokazuje panu różowy rachunek z wody. Pan kiwa głową i możemy jechać bez płacenia za parking. Jak najdalej od Sao Beach. Od raju zaśmieconego. I wcale nie uważam, że cwaniakowaliśmy. Po drodze zaczyna padać.Zatrzymujemy się w jakimś blaszaku przy drodze. Barek z pho jakich tutaj setki. Uśmiechnięta pani nad wielkim garem zupy, sterta makaronu i dużo zieleniny na stołach. Żadnego menu, żadnej listy. Do wyboru – zupa pho. To w takich miejscach jest raj. W prostocie, w uśmiechu i sercu włożonym w to co się robi. Nad miseczkami ciepłej, aromatycznej zupy słuchamy jak deszcz wali w blachę falistą i patrzymy na wioskę. Dociera do mnie, że właśnie takie miejsca chcemy oglądać w podróży. Nie wyświechtane, przefiltrowane fotki z plaży, gdzie poza kadrem ludzie toną w śmieciach, ale właśnie takie obrazki z życia. Z Wietnamu. Bo to właśnie jest Wietnam. I to jest piękne. To jest raj.

Fabryka sosu rybnego - Miasteczko Duong Dong - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Domek-przy-plaży-Miasteczko-Duong-Dong-wyspa-Phu-Quoc-Wietnam

Nasz nowy przyjaciel - wyspa Phu Quoc - Wietnam

Wracamy do miasteczka i chcemy odwiedzić fabrykę sosu rybnego. Jakiś wewnętrzny masochizm zawsze mnie korcił, żeby zobaczyć beczki z fermentującą na słońcu rybą. Przemierzamy labirynt małych, wąskich uliczek pomiędzy zapleśniałymi murami gdzieś w pobliżu portu. Niestety po dotarciu na miejsce okazuje się, że dziś fabryka jest zamknięta. Kręcimy się jeszcze po pobliskim bazarze i wracamy do domu. To chyba nasz taki raj na Phu Quoc. I chcemy z niego skorzystać. Nasz domek przy plaży. Znaleziony przez przypadek. Idealny, bo naturalny. Bo można sobie spokojnie poleżeć w hamaku i popatrzeć jak dzieciaki sąsiadów kąpią się w morzu. Jak sąsiad pali fajka patrząc w milczeniu w dal. Jak drugi siedzi i cierpliwie ceruje sieci rybackie. Jak szczeniak znowu porywa mojego klapka patrząc na mnie zalotnie. Jak siada w kącie i próbuje go obgryzać. Tego nie ma w hotelach kilka kilometrów dalej. Tego nie da się kupić jak huśtawki nad wodą. To jest bezcenne.

Phu Quoc, Wietnam