Yasawa Explorer czyli wycieczka po archipelagu Yasawa i Mamanuca. Fidżi

Yasawa. Fidżi all inclusive

Odlatując z Taveuni czuję, że moja przygoda z Fidżi trochę jakby dobiegała końca. Mam jeszcze jeden dzień. Na wyspach. Tak, chcę to zrobić. Chcę zobaczyć czym zachwycają się na Fidżi turyści z całego bogatego świata. Pojadę na rejs po archipelagu Yasawa. Zobaczę te wszystkie rajskie wysepki. Hotele i resorty. Ale jeszcze przedtem, mam chwilę tułaczki. Zamierzam wykorzystać każdą minutę. Postanowiłem, że dzisiaj popłynę. Skorzystam z każdej okazji. Przystanę na wszystko co mi przyniesie los. Chcę tylko dotrzeć do Nandi, gdzie jutro mam rejs po wyspach Yasawa.

lot z Matei (Taveuni) do Suva (Viti levu), Fidżi

Lot z Taveuni trwa niecałą godzinę. Widoki z okna powalają jeszcze bardziej niż poprzednio, bo pogoda jest wprost idealna. Nie było mowy o deszczu. Szafirowy ocean. Rafa. Zielone wyspy. Do znudzenia. Widziałem to niemal codziennie przez ostatni tydzień. A mógłbym patrzeć przez kolejny. I kolejny i tak dalej, w nieskończoność.

port lotniczy Suva, w Nausori, Viti Levu, Fidżi

Znów urzeka mnie lotnisko w Nausori. To przecież stolica. A lotnisko jest mikroskopijne. Lepiej wyposażone niż w Matei – tu przynajmniej jest budynek – ale to nadal raczej przystanek niż lotnisko. Taki egzotyczny PKS dla samolotów. Jedno, co jest niezmienne przy każdej wielkości lotnisku – taksówkarze. Nie znoszę ich. Raz w życiu skorzystałem z taksówki z lotniska. W fińskim Rovaniemi. Była zima. Śnieg. Zimno. Ciemno. Nie było innej opcji. Spieszyłem się na pociąg. Ale nie tutaj. Nie teraz. Za kurs do miasta chcą 10 dolarów. Idę 300 m do drogi, gdzie chcę złapać autobus za 70 centów. Najwyżej pójdę piechotą.

Dworzec autobusowy w Nausori, Viti Levu, Fidżi

Czekam. Obok stoi jakiś facet. Nagle podjeżdża taksówka, do której wsiada i mówi do mnie, żebym wsiadał razem z nim. Mówię, ze mnie nie stać. Oczywiście to nieprawda, ale zasady to zasady. Nie dam się golić z kasy tylko dlatego, że jestem biały. – Wsiadaj, oni biorą tyle co autobus. I tak wracają do miasta… W ten sposób jechałem najtańszą taksówką z lotniska do centrum miasta. Za złotówkę! A tak się zarzekałem.

Autobus z Nausori do Suva, Viti Levu, Fidżi

Po dwóch dniach na Taveuni, centrum Nausori wydaje mi się jakimś pobojowiskiem. Ogromnym bazarem. Zgiełk. Spaliny. Krzyki. Masa autobusów. Apokalipsa. Łapię pierwszy autobus do Suvy. Nie kupiłem sobie nawet nic do jedzenia. W autobusie, oglądam najnowszą część Planety Małp. Filmu nie ma jeszcze nawet w samolotach Etihad, którym tu leciałem… Kocham ten kraj!

Przedmieścia Suva, stolicy Fidżi
Suva wita mnie znowu ponurymi przedmieściami. Ponure są według miejscowych. Wielokrotnie w rozmowach z Fidżyjczykami słyszałem, że to niebezpieczne miasto. Że przedmieścia to naprędce sklecone domy z desek, blachy falistej i folii. Że są brzydkie. Niebezpieczne. Że nikt nie wie co z tym zrobić. Tak. To jest bieda. Pewnie ci ludzie woleliby inaczej żyć. Dla mnie to magiczny, kolorowy, abstrakcyjny świat.

Suva - widok na zatokę, nad którą lezy stolica Fidżi

Nawet zazwyczaj szkaradne przemysłowe przedmieścia – cementownie, fabryki, przetwórnie, żwirownie i inne brzydactwa – tutaj, wciśnięte pomiędzy góry, palmy i ocean, wydają się najładniejszymi jakie sobie można wyobrazić. Zastanawiam się co by powiedział taki Fidżyjczyk gdyby zobaczył przedmieścia europejskich miast, albo ich dzielnice przemysłowe. Fidżi – tu nie ma brzydkich miejsc! Tutaj nawet obdrapane rudery są egzotyką. Bo otaczają je palmy. Bo są skąpane w słońcu. A za nimi rozpościerają się malownicze góry pokryte lasem tropikalnym.

Ulice stolicy Fidżi - Suva

Suva. Nigdy się nie przywiązywałem do tego miasta i nie traktowałem go jako atrakcji turystycznej. Jestem tu drugi raz w życiu i wiem, ze odegra ono w nim role przystanku. Zjem i pojadę dalej. Nie przyjechałem na Fidżi oglądać miast.

Bazar w centrum Suva, Fidżi

Na pierwszy ogień idzie jedzenie. Zaraz obok dworca jest Leylands Market. Wszędzie gdzie jadę, w każdym miejscu, muszę trafić w dwa miejsca: jakiś wysoko położony punkt widokowy, aby obejrzeć okolicę oraz miejscowy bazar. Żeby nacieszyć swoje zmysły tym miejscem. Bazary z jedzeniem to najlepsze miejsce, w którym poznajemy dane miejsce. Są takie prawdziwe. Nie da się na nich oszukać. Nikt nie chce. Cóż lepiej odda magię Fidżi niż sterty owoców: banany, mango i papaje w dosłownie wszystkich kolorach tęczy, wszystkich kształtów i rozmiarów. To co mamy u nas w marketach nawet nie leżało obok owoców. Rdzawo pomarańczowe ananasy. Owoce chlebowca. Nie ma tylko kokosów. Bo po co? Kokosy sprzedaje się tylko pod hotelami, dla turystów. Żaden Fidżyjczyk nie kupi kokosa – sam go sobie zerwie z najbliższej palmy.

bosko ostre papryczki chilli sprzedawane na markecie w Suva. Stolica Fidżi

Warzywa! Nigdy nie przypuszczałem, że ich widok sprawi mi tyle radości. Bakłażany – różowe, filigranowe, podłużne lub okrągłe. Piekielnie ostre papryczki w różnych wymyślnych kształtach, czerwone, żółte, pomarańczowe – wyglądają jak cukierki. Zielenina o odurzającym zapachu. Nawet zwyczajna kapusta wygląda tutaj inaczej. Jakby kryła w sobie słońce, morską bryzę i szczery uśmiech ludzi, którzy tu żyją. Wszystkiego chcę dotknąć. Powąchać. Nie wiem skąd to mam. Jakbym chciał z zapachem wciągnąć część tego odległego świata i zatrzymać gdzieś w sobie. Dotykanie warzyw i owoców na bazarze jest jak dotykanie ręką ściany wzdłuż której idę. Żeby się jakoś tak uwiązać w czasoprzestrzeni.

bazar w centrum Suva - przepiękne owoce, warzywa, przyprawy - wszystko to zachwyca. Fidżi jest niesamowite

Nie wiem jak można spędzić na bazarze ponad godzinę. Chodzić, dotykać, wąchać i kupić tylko kilogram bananów, kilka mango i papaję. Więcej nie przejem. Wywieźć stąd nic nie mogę. Umieram z głodu, więc ostatkiem sił namierzam budkę, przy której siedzi najwięcej osób. Turystów tu prawie nie ma. Nie mają co robić w Suvie. Tym bardziej na bazarze.

Lunch nad zatoką Suva - przepyszne cassava and chips i zimne piwo Fiji Gold

Na obiad będzie fish & chips w wersji fidżyjskiej. Czyli fish & cassava. Kawałki ryby złowionej rano – bo nikomu nie przyjdzie do głowy kupować mrożonek – z frytami z korzenia cassavy. Wszystko oblane miejscowym sosem, który miał przypominać ketchup (to akurat Fidżyjczykom nie wychodzi) plus papryczka killer. Jedną porcję zjadam od razu. Drugą biorę na wynos. Kupuję jeszcze zimne Fiji Gold i idę na promenadę. Bez żenady rozsiadam się na trawie nad zatoką, otwieram piwo i raczę się lunchem popijanym przepysznym zimnym piwem. Taki fidżyjski fastfood spożywany powoli.

Zimne piwo Fiji Gold, popijane z widokiem na zatokę Suva, nad którą rozciąga się miasto o tej samej nazwie - stolica archipelagu

Dzisiaj jest dzień, w którym wszystko samo do mnie przychodzi. Kiedy tak sobie leżę na słoneczku. Podchodzi młody Hindus i oznajmia, że szuka ostatnich pasażerów do busa do Nandi. Właśnie miałem się rozglądać za transportem. Transport sam przyszedł do mnie. Zostały jeszcze trzy miejsca. Odjeżdża z naprzeciwka, wiec umawiamy się, że da znać. Leżę jeszcze z pół godziny, kiedy słyszę klakson. W drogę.

Po czterech godzinach. O ósmej wieczorem jestem w Nandi. Śpię w Bamboo Backpackeers, wiec jakieś 6 km na północ od miasta. Znowu taksówkarze. Jest ciemno. Nandi wygląda strasznie. Nie poznaję tego miejsca. Przypomina mi wyludnioną Hurghade po zmroku. Neony sklepów. Kilka knajp. Masa naganiaczy. Gwiżdżą na mnie jak na psa. Psykają, syczą, krzyczą, machają, robią wszystko żeby na nich zwrócić uwagę. Żeby coś sprzedać. Żeby gdzieś zawieźć. Żebracy. Uciekam stamtąd czym prędzej. To nie jest moje miejsce. To nie jest Fidżi. To jest turystyka. To jest biznes. Czuję pieniądze.

Ulica Nandi wieczorem, Fidżi

Idę na północ. Po drodze łapię autobus. Jadę kilka kilometrów. Do hotelu mam jeszcze jakieś dwa. Ostatni odcinek. Przez przedmieścia. Wzdłuż pasa lotniska. Ciemno. Głucho. Ale nie nieprzyjemnie. Idę. Nie boję się. Kompletnie nic nie widać. Kilka razy coś kopię. Wydawało mi się, że to jakaś pusta sflaczała piłka tenisowa, albo duży ciężki liść. W końcu odpalam latarkę i widzę. To nie liść. To nie piłka. To gigantyczne ropuchy. Dziesiątki przemykają przez drogę. Są obrzydliwe i ogromne. Od tej pory staram się ich nie kopać. Czułem się zabawnie tańcząc tak na ulicy z plecakiem po ciemku.

Leżenie w hamaku, wieczorem w Bamboo Backpackers w Nandi. To jest właśnie Fidżi

W hostelu załatwiam sobie na rano wycieczkę – rejs po wyspach Yasawa. Czyli takie Fidżi w pigułce. Szybki, duży katamaran. Cały dzień. Wszystkie wyspy. Cena – 175 dolarów. To pochłania sporą cześć mojego budżetu, ale być tu i nie zobaczyć…

Pobudka. Ten dzień jest inny! 7:30 pod hostel podjeżdża autokar. Pani sprawdza kwitek. Wchodzę do sterylnego autokaru zamrażarki. Klima chodzi na najwyższych obrotach. Nie rozumiem tego. W każdym kraju tropikalnym w którym byłem jest ten sam problem. Klimatyzacyjny fundamentalizm w autokarach. Albo nie działa, albo chodzi na full. Nie ma nic pomiędzy. Albo parówa, albo zamrażarka. Będąc kilka lat temu w Malezji, nauczyłem się brać do autokaru bluzę i taśmę, żeby zakleić wylot klimy. Tu nie miałem ani jednego. Szykowałem się na opalanie.

Denarau Marina - to stąd wypływają promy takie jak Yasawa Explorer - wiozą turystów na wyspy archipelagów Mamanuca i Yasawa - Fidżi all inclusive

Autokar wiezie mnie do Denarau Marina. To tutaj hordy turystów przesiadają się z klimatyzowanych busów lotniskowych na promy, które wiozą ich do ich hoteli. Nie daj boże się spóźnić. Trzeba tu przenocować. Nie ma problemu. Obok jest Sheraton. Pole golfowe. Przystrzyżone trawniki. Palmy. Czuje się jak w innym świecie. Denarau Marina to taki mały Dubaj. Zupełnie nie pasuje do tego co jest naokoło. Terminal promowy z Hard Rock Cafe, supermarketem sklepy elektroniką. Na szczęście spędzam tu tylko pół godziny.

Yasawa Explorer - teraz należę do nich. Fidżi

Przy odprawie dostaję plik voucherów – na napoje, lunch, bilet i jakieś inne papierki. I najważniejszą odznakę prawdziwego turysty. Kolorową opaskę na rękę. Opaska trochę mnie uwiera – nie jestem z tych co takie noszą. Utożsamia wszystko czego nie znoszę. Kojarzy mi się z Egiptem all-inclusive: kolejki do jedzenia, owoce i ciastka wynoszone w serwetkach do pokojów, szwedzki stół czyszczony z siłą tornado. A do tego ignorancja i kompletny brak zainteresowania miejscową kulturą i wychodzeniem poza hotel. Ale cóż… Nie ma innej opcji obejrzenia w wysp w tak krótkim czasie, niż z tą cholerną opaską.

Yasawa Explorer rusza na wyspy. Fidżi jest piekne

Katamaran płynie na wszystkie zagospodarowane wyspy archipelagu Yasawa. Przez pięć godzin pokonuje około 150 km. Po drodze zatrzymuje się w 11 miejscach. Potem wraca. Wysadza na wyspach jednych turystów, innych zabiera z powrotem. Wszystko jest super zorganizowane. Co chwila słychać komunikaty, wezwania ludzi do zejścia po swoje bagaże i przygotowanie do disembarking.

Vomo, a może Beachcomber Island - straciłem już rachubę która jest która. Wyspy Yasawa, Fidżi

Ja na to wszystko patrzę sobie z góry. Wchodzę na górny pokład. Nakładam na siebie hektolitry kremu 50 UV, co jakieś pół godziny i patrzę na cały ten zgiełk. Wygląda to jak kalejdoskop. Ludzie pojawiają się i znikają. Wchodzą jedni, wychodzą drudzy. Od razu widać kto dopiero przyjechał a kto wraca. Ci pierwsi są bladzi. Drudzy – spieczeni na brąz.

Beachcomber Island - pierwszy przystanek po drodze przez archipelag Yasawa, Fidżi

Beachcomber Island, Vomo – pierwsze wyspy. Pojedyncze łaty piasku rzucone na oceanie. Wyglądają jak na filmie. Jak z pocztówki. Nie chce się wierzyć, że takie miejsca naprawdę istnieją. są tak małe, że aż dziw, że mieści się na nich tyle osób. Łata piachu wielkości sto na pięćdziesiąt metrów. Palmy. Dużo palm, które są idealnie otoczone szeroka plażą. Drewniane domki. Leżaki. Na piasku kajaki. Katamarany.

Dalej zaczyna się archipelag Yasawa: Kuta, Wayalailai i Naqalia, Octopus Resort, Mantaray I Barefoot, Botaira Island Resort, Korovou & White Sandy Beach, Oarsmans, Blue Lagoon, Nabua i Safe Landing – to nazwy kolejnych przystanków, które dźwięczą mi w uszach co kilkanaście minut.

Dalej zaczyna się archipelag Yasawa: Kuta, Wayalailai i Naqalia, Octopus Resort, Mantaray I Barefoot, Botaira Island Resort, Korovou & White Sandy Beach, Oarsmans, Blue Lagoon, Nabua i Safe Landing – to nazwy kolejnych przystanków, które dźwięczą mi w uszach co kilkanaście minut.

Dalej zaczyna się archipelag Yasawa: Kuta, Wayalailai i Naqalia, Octopus Resort, Mantaray I Barefoot, Botaira Island Resort, Korovou & White Sandy Beach, Oarsmans, Blue Lagoon, Nabua i Safe Landing – to nazwy kolejnych przystanków, które dźwięczą mi w uszach co kilkanaście minut.

Tutaj już nie ma małych rajskich wysepek jak z pocztówki. Tutaj wyspy są już większe. Z oceanu wyrastają ostre skały wulkaniczne. Zbocza pokryte są wysuszoną trawą. Jestem zaskoczony. Spodziewałem się tropikalnych wysp, pokrytych dżunglą. To w końcu niecałe 100 km stąd kręcili Cast Away z Tomem Hanksem. Nie. Tutaj jest sucho. Rzadko kiedy pada. Dlatego jest tylu turystów. Tu sezon trwa cały rok. Bez przerwy. Fabryka szczęścia pracuje. Mimo że to nie to czego się spodziewałem. Wyspy są prześliczne. Majestatyczne.

Łodka zabierająca pasażerów Yasawa Explorer, Fidżi

Turyści, turyści. Na łodzi widzę ich pełno. Nie jestem jednym z nich. Trudno mi ich trochę zrozumieć, poczuć się jednym z nich. Nie jestem turystą. Jestem podróżnikiem. Ja nie jadę do hotelu. Ja się włóczę. Nie pływam w hotelowych basenach. Pływam w oceanie. Nie jeżdżę taksówkami. Nie jadam na Fidżi w włoskich restauracjach. We włoskich jadam tylko we Włoszech! To nie tak, że się czuje lepszy od nich. Ja się po prostu czuję inny. Bez oceniania, bez pogardy, po prostu ich nie rozumiem. Kwestia potrzeb i priorytetów – ja mam inne. Szanuję, toleruję – tak. Tylko nie potrafię zrozumieć. Cóż, dobrze, że ludzie są inni. Dzięki temu świat jest ciekawy.

kolejna wyspa archipelagu Yasawa, Fidżi

A mimo wszystko, chyba trochę im tam zazdroszczę. Kiedy widzę kolejne wyspy. Każda następna piękniejsza od poprzedniej. Malutkie plaże, dosłownie ukryte pomiędzy palmami. Nieraz dziwiłem się dlaczego łódź się zatrzymuje w środku niczego. Widać tylko skały pokryte zielono-złotą trawa i suchymi krzakami, stopniowo schodzące w gąszcz palm kokosowych szczelnie wypełniających wyspę aż do wąskiego paska plaży. Nagle, dosłownie z pomiędzy tych palm wypływa mała łódka, pełna kolorowych ludzi. Podpływa do nas wysadza ludzi i bagaże. Bierze kolejnych, po czym znika pomiędzy palmami. Wtedy okazuje się, że tam właśnie jest ukryty hotel.

Hotel ukryty na jednej z wysepek archipelagu Yasawa, Fidżi

Nie znoszę hoteli. Resortów. SPA. Wszystkich tych drinków z palemką. Przemysłu turystycznego. Chciałoby się wyskoczyć do takiej małej łódeczki, która zdaje się unosić ponad taflą szafirowej wody. Ile bym dał, żeby móc spędzić chociaż dzień na takiej wyspie. Pod namiotem. Nawet pod gołym niebem. Ale cieszyć się tym miejscem. Czerpać z niego energię. Upajać się odległością od cywilizacji. Być ziarenkiem piasku, maleńką muszelką w ogromie oceanu.

łódź przypływa po kolejnych pasażerów, Yasawa Explorer, Fidżi

Niestety. Żeby to zrobić, trzeba mieć górę pieniędzy. Na wyspie nie da się wysiąść bez wykupienia noclegów (zazwyczaj minimum dwóch). A transport jest koszmarnie drogi. Jedyny sposób to mieć jacht i pływać na dziko. Jest to opcja. Może kiedyś…

Archipelag Yasawa to absolutnie przepiękne miejsce. Fidżi jest mega

Nanuya, Gold Coast, Coralview, Otto i Fanny’s to ostatni przystanek i najbardziej oddalony zagospodarowany punkt archipelagu. Dalej jeszcze nic nie ma. Tutaj wysiadają najbogatsi. Te hotele są najbardziej luksusowe. Nie widać ich z wody. – Tam kręcili Błękitną Lagunę z Brooke Shields – pokazuje mi Fidżyjczyk, który wraca z pracy w jednym z hoteli do Nandi. Przypominam sobie film starszy niż ja. O dwójce rozbitków na bezludnej wyspie. Od tego filmu rozpoczęła się moda na Fidżi. Po nim zaczęły powstawać pierwsze hotele. Świat zobaczył, ze Fidżi to nie tylko trzcina cukrowa i ludożercy.

kolejne wyspy archipelagu Yasawa, Fidżi

Bałem się tego rejsu. Bałem się że zobaczę turystyczny bałagan. Że będę żałował. Widzę prześliczne miejsca i wręcz żałuję, że nie mam czasu aby ich dotknąć, poczuć. Brzydzę się takimi turystycznymi mekkami, ale pech chciał, że na Fidżi są one w tak przepięknych miejscach. Tragizm tego miejsca polega na tym, ze aby nacieszyć się miejscem, trzeba to zrobić w jednym z takich hoteli.

I kolejne hotele ukyte pośród palm i dżungli, nad przepięknymi lagunami. Istne cudo - wyspy Yasawa, Fidżi

Droga powrotna to miało być deja vu, ale czuje się jakbym wszystkie te miejsca widział po raz pierwszy. Nie poznaje poszczególnych hoteli. Cieszę się jak dziecko. Łapię się na tym, ze zafascynowany widokami zapominam o ciągłym nakładaniu kremu. Słońce pali niemiłosiernie. Nie ma cienia. Nie będę siedział w klimatyzowanej kabinie. Siedzę na górnym pokładzie. W południe jest tak gorąco, że nie da się chodzić boso. Pokład parzy w stopy. Słońca nie czuć, bo wieje wiatr. Poczuje je dopiero wieczorem – w hostelu.

Yasawa Explorer wraca do Nandi - drugiego co do wielkości miasta Fidżi

Przez cały dzień, przed moimi oczami przewinęły się prawie trzy setki ludzi. Przychodzili, odchodzili. Zagadywali, pytali, opowiadali. Wydawało mi się, że oprócz ładnych widoków będzie nudnawo, tymczasem wrażeń było co nie miara. Trafiłem na Fidżyjczyków pracujących w hotelach, parę Duńczyków w podróży poślubnej, amerykanów, Brytyjczyków. Udało mi się nawet załapać na abstrakcyjna imprezę z upojonymi Australijczykami, którzy przesiadali się na kolejny statek i płynęli w kilkudniowy rejs po Fidżi. Mimo naszego wspólnego upojenia, pomogli mi sfinalizować mój plan podróży po Australii, która mnie czekała już za dwa dni. Powiedzieli dokąd jechać, dali adresy, polecali znajomych.

Powrót z wysp Yasawa do Nandi, wejście do Denarau Marina. Ależ to był piękny dzień, mój ostatni na Fidżi

Rejs trwał prawie dziesięć godzin! Przed 18 statek zawija z powrotem do Denarau Marina. Po zejściu z pokładu zrywam w końcu kolorową opaskę z nadgarstka, która uwierała mnie cały dzień jak kajdanki. Oczywiście jej nie wyrzucam, to będzie moja pamiątka. Mój rejs po Yasawach.

powrót do Bamboo Backpackers Hostel, wieczór w Nandi, Fidżi

Znowu autobus i odwózka do hotelu. Nie chce odwózki. Proszę kierowcę, żeby mnie wyrzucił na rondzie w centrum Nandi. Wrócę do hotelu sam. Chcę jeszcze tu pobyć. Jutro już wyjeżdżam. Nie chce siedzieć w hostelu. Chce być tu. Nie w Nandi. Miasteczko jest brzydkie i w sumie nieprzyjemne. Kupuję piwo i wsiadam w autobus. Nieklimatyzowany. Lokalny. Z ludźmi. Nie z turystami. Wysiadam i znowu idę na piechotę. Otwieram piwo. Dlaczego nie? Jest ciemno. Słyszę ukochany wieczorny gwar tropików. Owady. Nie wiem jakie, nie wiem ile. Ale są wszędzie. Cykają. Syczą. Pykają. Ten dźwięk ładuje mnie energią. Dzisiaj nie ma już ropuch. To dobrze, bo jestem w klapkach. To byłoby fu!

Kultowe na wyspach piwo Fiji, po drodze z Nandi do Bamboo Backpackers Hostel

Kiedy przechodzę koło domów, słyszę jakiś trzask i huk. Odwracam się i nie wierzę. Na ciemnym niebie rozbłyskają fajerwerki. Jakieś dzieciaki strzelają w niebo. Przypadek? Może to piwo. Ale ja wiem, że to dla mnie. Od Fidżi. To miejsce się po raz kolejny się do mnie uśmiecha. Po raz kolejny obejmuje mnie i przyciska mocno do siebie. To miejsce to taki uśmiech losu. Promień słońca w środku zimy. To znak, że jest dobrze.

Port lotniczy Nandi International, mój samolot Virgin Australia do Sydney już czeka. Ciężko opuszcząć Fidżi
Mało kto zwróciłby na to uwagę. Ja zwróciłem. To taki mały pozytywny akcent. To moja nagroda. Za to, że potrafię się cieszyć z małych rzeczy. To właśnie to sprawia, że jesteśmy szczęśliwi w życiu. Nie, to na pewno nie piwo. To Fidżi mówi – Do zobaczenia! Cóż mogę odpowiedzieć? – Tak, do zobaczenia! – Wrócę…

Ale najpierw… Po drodze do domu zostało mi jeszcze trochę czasu na podbój Australii.

 

Gdzieś pomiędzy jedną rajską wysepką a drugą, archipelag Yasawa, Fidżi