widok ze szczytu table mountain na odległe góry - za lekko błękitną mgłą - coś pięknego. Kapsztad, RPA

Góra Stołowa. Za siedmioma górami

Dzisiaj chcę wjechać na Górę Stołową dumnie paradującą ponad Cape Town. Wstaję wcześniej, żeby móc się uraczyć 3-gwiazdkowym śniadaniem na tarasie z 5-gwiazdkowym widokiem. Zaraz po nim ruszam do stacji kolejki. Pogoda wydaje się idealna. Wydaje, bo nie zdążyłem nawet dojechać do Camps Bay, a już znalazłem się w gęstej chmurze. Niestety pogoda często tu kaprysi. Przez to wjazd na górę jest albo niemożliwy, albo nie ma sensu, bo i tak nic nie widać. Na szczęście chmury zatrzymały się na przybrzeżnym paśmie gór i po kilkunastu minutach jazdy jestem pod dolną stacją kolejki linowej i moim oczom ukazuje się widok na Cape Town skąpane w chmurach.

śniadanie w Hout Bay - z widokiem na Chapman's Peak, RPA

Mam okazję podziwiać miasto z zupełnie nowej perspektywy. Co prawda widziałem już miasto z Signal Hill, ale tu widać więcej i chmury… Po raz kolejny delikatny puch w roli głównej. Zupełnie zmienia perspektywę, nadaje miejscu zupełnie nowy wymiar. Zamiast prawdziwego morza jest biały puch. Plamę miasta pochłania nieskończone morze chmur. A to dopiero początek.

Widok na Kapsztad ze zboczy Góry Stołowej, Cape Town, RPA

Kolejka linowa na górę stołową, Kapsztad, RPA

Lecę do stacji wzdłuż drogi. Jest nieco po 8:00 rano, kolejka dopiero się otwiera, a już wzdłuż drogi stoją dziesiątki samochodów, zaczynają kursować taksówki i autokary z wycieczkami. Na stacji udaje mi się zdążyć przed tłumami – udaje mi się wsiąść do gondolki w pierwszym rzucie. Gondolka to chyba niewłaściwe określenie. Mieści prawie 70 osób. Doskonale rozwiązany jest tu problem stania przy oknie i przepychania się, bo ktoś ma widok, a ktoś inny patrzy cały czas na skały. Gondolka w czasie jazdy obraca się o 360 stopni. Czyli każdy widzi tyle samo. Oczywiście warto wycyrklować i ustawić się tak, aby najlepszy widok – na miasto – mieć jak najwyżej.

jazda kolejką na górę stołową, Kapsztad, RPA

Widok na Kapsztad z góry stołowej, Cape Town, RPA

Oczywiście i tak jest przepychanie, ale nic to. Pobyt na górze jest w stanie wynagrodzić wszystko. Po prostu wygrywa. Bezapelacyjnie. Bezdyskusyjnie. Wygrywa i już. Z wysokości 1 055 m n.p.m. widok na miasto jest obłędny. Wielka układanka betonowo-szarych biurowców i domków tonących w zieleni. Wszystko to powoli, stopniowo pochłaniane przez chmury nadciągające znad morza. Cape Town jest zgrabnie otoczone przez góry. Signal Hill połączone z Lion’s Head, Góra Stołowa oraz Devil’s Peak zamykają miasto z trzech stron. Tworzą niesamowity naturalny amfiteatr. A ja właśnie stoję w samym środku widowni i patrzę w dół na magiczne przedstawienie. W rolach głównych: miasto-gwiazda – Cape Town oraz przylądkowe chmury.

Widok na Camps Bay, Clifton i resztę wybrzeża Cape Town. Kapsztad, RPA

Ten amfiteatr ma także inne sceny. Kilka kroków i przed moimi oczami roztacza się panorama Camps Bay, błękitny ocean, znad którego nadciąga na nas kolejna masa chmur. Zatrzymują się dopiero u podnóża łańcucha 12 Apostoles. Dalej na południe, skąpane w białym puchu Llandudno i gdzieś daleko przebijają góry przylądka.

szczyt góry stołowej, Kapsztad, RPA

Szczyt Góry Stołowej jest płaski jak… stół. Po wjechaniu na górę, do wyboru mam kilka krótkich szlaków. Najdłuższy, naokoło Zachodniego Stołu – to około 45 minut. Tak mówi znak, więc można go przejść spokojnie w 25 minut. Ścieżka jest płaska i dobrze oznaczona. Jest straszny tłok – to szlak, który robią wszyscy, którzy tu wjadą. I wcale się nie dziwię. Widoki są przepiękne. Wybieram się na południe, wzdłuż krawędzi góry. Walczę, żeby uwolnić się od wycieczek i szczególnie irytujących, zachowujących się wyjątkowo głośno Chińczyków. Nie da się.

Devil's Peak, przedmieścia Cape Town i w oddali góry jak z bajki - spowite błękitną mgłą, RPA

Parę razy udaje mi się zaplątać pomiędzy skałami, dotrzeć na sam skraj urwiska, wcisnąć gdzieś między kamienie, usiąść i podziwiać widoki. Devil’s Peak wygląda tak dziko, że zupełnie nie dziwi jego nazwa. Gdyby ktoś kazał mi teraz pójść do diabła – poszedłbym właśnie tam. Patrząc dalej na wschód, przed oczami mam niesamowitą panoramę gór otaczających Cape Town. Unoszą się w oddali ponad niskimi delikatnymi chmurami. Wystające ponad wilgotną mgiełkę ostre ciemne szczyty wyglądają jak w bajce. Właśnie tak wyobrażam sobie „za siedmioma górami…”

Na górę stołową można również dostać się piechotą - to jest wejście, Kapsztad, RPA

Idąc dalej drogą, a czasami na przełaj, przez krzaki i kamienie – uważając na siebie i to co pod nogami – docieram do przejścia pomiędzy Stołem Zachodnim, na którym znajduje się górna stacja kolejki, a Stołem Zachodnim. Tutaj trafiam na drogę w dół. A więc na górę stołową da się wejść o własnych siłach. Jakoś to umknęło mojej uwadze. A może po prostu chciałem się przejechać kolejką. Droga w górę to nie lada wyzwanie. Z góry widzę wijącą się jak makaron ścieżkę wśród suchych traw i karłowatych krzaków. jest stromo, długo i gorąco. Wygląda jak mordęga. Szczególnie przy takim upale. Trochę szkoda, że na to nie wpadłem. To rozwiązałoby mój problem ekspresowego opalania. Nie mogę w końcu wrócić z RPA tylko trochę opalony.

Widok z góry stołowej na Muizendurg i południowe przedmieścia, Kapsztad, RPA

Przechodzę na drugi „stół”. Tutaj jest już konkretniejszy szlak – na 1,5 godziny. Prowadzi na wschodni skraj góry do Maclear’s Beacon. Tu droga prowadzi południową krawędzią Centralnego Stołu. Jest kilka nakazów i zakazów związanych z chodzeniem po tutejszych górach. Trzeba mieć dużo wody, ochronę przed słońcem, nakrycie głowy i wygodne buty. Na niemal każdym szlaku jest też wskazanie, że nie należy chodzić samemu a w grupie min. 2 osób. Zastanawiam się, skąd to. W końcu szlak zdaje się być na tyle krótki i blisko „cywilizacji”, że nie ma co obawiać się, że w razie wypadku umrzemy z odwodnienia, zimna czy zaginiemy. Łamię więc ten zakaz w nadziei, że nikt mnie nie złapie.

południowe przedmieścia Cape Town, nad wodami False Bay, widziane ze szczytu góry stołowej, Kapsztad, RPA
Idę szczytem góry po szlaku. Faktycznie droga, mimo że nieszczególnie długa, jest męcząca. Upał jest tak niemiłosierny, że bez czapki jest zwyczajnie ciężko. Decyduje się na ryzykowny ruch – ściągam koszulkę i zakładam ją na głowę. Zamiast niej, na klatę idzie pełno kremu do opalania SPF30 (nie radzę mniej). Warstwa odświeżana co pół godziny. Tak też robią inne napotkane „gapy”, które zapomniały czapki. Jak się później okazało, to był dobry ruch. Po spacerze pozostała mi miła dla oka opalenizna. Udało się uniknąć poparzeń.

ze szczytu góry stołowej widać niemal wszystkie miasteczka wokół Cape Town, nawet schowane za górami Hout Bay, Kapsztad, RPA

Ze szlaku rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na całe południe. Idąc wzdłuż ścieżki, widzę wszystkie miejsca, w których byłem przez ostatnie kilka dni. Na końcu płaskiej doliny, na brzegu szafirowego oceanu Muizenburg. Zaraz obok, lekko na zachód, zza gór nieśmiało wyłania się zatoka Hout Bay. Widzę nawet domy, w których mieszkałem! Zdaję sobie sprawę jak wszystko to jest blisko siebie. W końcu cały czas poruszałem się w ramach aglomeracji Cape Town. Miasto jest poprzecinane wzgórzami i górami. To sprawia, że wszystko wydaje się być dalej od sienie niż jest w rzeczywistości. Patrząc na mapie, znajduje się w samym środku Cape Town. Mimo że jestem na szczycie góry, gdzieś na szlaku, w dość odludnym miejscu. Dziwna jest Afryka.

widok na wschodnie przedmieścia Cape Town, z góry stołowej widać wszystko. Kapsztad, RPA

Docieram do Maclear’s Beacon na wschodnim krańcu Centralnego Stołu. Ot po prostu sterta kamieni nieopodal skraju urwiska. A poniżej Cape Town. A raczej jego przedmieścia. Owiane złą sławą townships. Dzielnice biedy, tutejsze favele. Morze szałasów, szop i budek skleconych naprędce ze wszystkiego co było pod ręką: desek, folii, falistej blachy. Ogrom tej masy dosłownie przytłacza. Czuje się jak na maleńkiej wyspie w morzu chat. Im bliżej góry, tym ta masa bardziej przypomina miasto. Pojawia się w miarę regularna siatka ulic, plamy zieleni, oczka wodne. U samego podnóża Stołowej jest już luksusowo, jakby góra była jakimś magnesem, przyciągającym bogactwo.

szlak na szczeycie góry stołowej, Kapsztad, RPA

 

W oddali morze townships znika gdzieś w chmurach u podnóża gór. Znowu te tajemnicze ciemne, sine kontury otulone lekką mgiełką. To moje „za siedmioma górami” tylko widziane jeszcze bliżej i jeszcze wyraźniej niż z punktów widokowych przy stacji kolejki. Widok absolutnie z tych NAJ Magia. Idę nad samą krawędź. A raczej przeskakuje nad krzakami ten kawałek spod beacona. Wszędzie coś pełza, skacze, rusza się. Na szczęście to nie żadne węże a tutejsze wszędobylskie czarne jaszczurki. Nie wyglądają na groźne, ja nie mam też ochoty sprawdzać czy takie są. Najważniejsze, że idziemy każdy w swoją stronę. Siadam na krawędzi i patrzę na okolicę. Jeden z tych momentów kiedy wstaję i myślę, że sobie siedziałem 10 minut. Siedziałem prawie godzinę.

życie na szczycie góry stołowej - czarne jaszczurki widać niemal na każdym kroku, Kapsztad, RPA

Droga po szczycie góry stołowej, Kapsztad, RPA

Wracam ścieżką prowadząca nad północną krawędzią góry. Na początku mijam znaki ostrzegające, że droga jest szczególnie niebezpieczna podczas wiatru, mgły lub deszczu. Początkowo nie rozumiem dlaczego. Wiedzie spokojnie po kładce nad podmokłą chyba zazwyczaj łąką – teraz suchą jak pieprz. W końcu dochodzę nad krawędź i idę na zachód. Tutaj przekonałem się dlaczego szlak jest niebezpieczny. Kilka razy nagle ni stąd ni zowąd kończył mi się pod nogami szlak a zaczynała przepaść. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić co może się tu stać kiedy szczyt Góry Stołowej przykrywa „obrus” chmur.

widok z góry stołowej jest przepiękny - widać wszystko dookoło, miasta i miasteczka porozrzucane po wzgórzach, między zatokami, plażami i skałami, Kapsztad, RPA

Docieram z powrotem do stacji kolejki. W sumie zrobiłem ósemkę po obu „stołach” – zachodnim i centralnym. Kilka kilometrów. Chyba najprostszy możliwy szlak na górze, nie licząc „wybiegu” dla turystów wokół stacji kolejki. Są inne szlaki, większość opisana jako niebezpieczne. Hiking po górach stołowych musi być niesamowitą przygodą. O tyle piękną co trudną i męczącą. Czekają tu ponoć: brak wody, nagłe zmiany pogody, spadające i luźne skały, ostre krzaki i jakaś roślina przy której barszcz Sosnowskiego to podobno pestka. Postanawiam sobie, że kiedyś absolutnie muszę spróbować. Nie tym razem – nie mam sprzętu – ale jest dla mnie oczywiste, że jeszcze tu kiedyś wrócę.

przez signal hill zaczynają się pzelewać chmury znad morza, przepiękny widok na Kapsztad, RPA

Lion's head powoli pochłaniane jest przez chmury nadciągające znad oceanu, Kapsztad, RPA

Kiedy docieram do stacji, chmury nad miastem rozkręcają się na dobre. Teraz wygląda to jak powódź z chmur. Widzę ogromne masy niskich chmur nadciągające znad oceanu, które dosłownie przelewają się przez niewysoki masyw Signal Hill i Lion’s Head. Chmury coraz szybciej „wlewają” się znad gór i stopniowo przykrywają całe miasto szczelną pierzyną. Pochłaniają po kolei zbocza i kolejne dzielnice Cape Town. W pewnym momencie spadając, chmury zwyczajnie rozpływają się w powietrzu. Po prostu parują. Widziałem już tutejsze przedstawienia z chmurami w roli głównej, ale TO… jest czymś co zawsze będę kojarzył z Południową Afryką. Z Cape Town. Moc!

Cape Argus - miejscowa gazeta, w której czytam, że dzień wcześniej na szlaku, którym szedłem,  znaleziono ciało, TIA czyli This is Africa, Kapsztad, RPA

Wracam do miasta po południu. Okazuje się, że „krótka wycieczka” na Górę Stołową, zajęła mi prawie cały dzień. Jest prawie 17:00. Na górze jakby czas wolniej leciał. Zupełnie też nie czułem głodu – chłonąłem niesamowite, magiczne widoki na ogromne miasto zlewające się z otaczającymi górami, oceanem i chmurami. Właśnie te trzy elementy: góry, ocean i miasto, stanowią tu jakby jedną, nierozłączną całość. System, który wydaje się, że współdziała od wieków. A tymczasem o ile ocean i góry były tu faktycznie od setek tysięcy lat, to miasto pojawiło się zaledwie 400 lat temu. Dzięki jakiejś magii wpasowało się idealnie z otoczeniem w tą całość. To jest piękne miasto. Nie samo w sobie, ale jako ten nierozłączny trójkąt. Rozmyślając tak wpadłem do sklepu po picie i coś do jedzenia. Byłem chyba u szczytu ekscytacji górą i moim samotnym hikingiem, mimo zakazu poruszania się po szlaku samemu. Kiedy stałem przy kasie, po oczach walnął mnie nagłówek na pierwszej stronie gazety: MAN KILLED ON A TABLE MOUNTAIN HIKING TRAIL. Przynajmniej już wiem skąd ten zakaz samotnego chodzenia…

 

Cape Town, RPA