Ruiny hotelu Holiday Inn zwane w żartach Holiday Out - Bejrut, Liban

Zachodni Bejrut. Jutro będzie wojna

Liban. Kraj o którym przeciętny Polak mało co wie. To, że leży gdzieś obok Izraela, że to kraj arabski, że jest niebezpiecznie. Ktoś może jeszcze słyszał, że stolica Libanu to Bejrut. Poza tym cisza. Kraj chodził za mną od dłuższego czasu, kiedy więc nadarzyła się okazja, aby tu przylecieć, nie wahałem się ani przez chwilę. Chciałem zobaczyć na własne oczy ten kraj o tragicznej historii ostatnich 40 lat, targany wojną domową, wikłany w kolejne konflikty pomiędzy sąsiadami. Walczyli tu chrześcijanie przeciwko muzułmanom, muzułmanie przeciwko żydom, a nawet muzułmanie pomiędzy sobą – szyici z sunnitami. Wszystkie tajemnicze nazwy znane niegdyś z wiadomości – OWP, Fatah, Ruch Amal, Hezbollah – to właśnie Liban. Czytam o tym wszystkim podczas krótkiego lotu z Cypru do Bejrutu. Patrzę przez okno jak obok przesuwa się ogromne miasto pełne wieżowców sterczących niemal na krawędzi pięknych klifów nad morzem Śródziemnym, widzę kąpiących się i opalających ludzi. Rodziny spacerujące po promenadzie z lodami i wszystko to mi się jakoś nie spina.

Bejrut - droga na lotnisko, Liban

Bejrut - dojazd na lotnisko, Liban

Po wyjściu z lotniska bucha we mnie niemiłosierny żar. Jest po 10:00 rano, ale już słońce daje się we znaki. Postanawiam iść z lotniska do miasta na piechotę. To niecałe 8 km w linii prostej. Przy okazji będę miał świetną wycieczkę krajoznawczą. Przede mną miasto porozrzucane na wzgórzach schodzących do morza. Jest ogromne, jego końce widać dopiero niemal pod samymi szczytami gór, na które Bejrut nie jest się już w stanie wspiąć. Dużo śródziemnomorskich budynków w kolorze piasku, kolorowe pranie wywieszone na sznurkach, plątaniny kabli i soczyście zielone pióropusze palm. Równie dobrze mógłbym się znajdować gdzieś w Grecji. Jedyne co mi przypomina o tym, że jestem na bliskim wschodzie to taksówki. Trąbi na mnie każda, bez względu na to, w którym kierunku jedzie. Kierowcy krzyczą, wołają, zapraszają. To dość męczące.

Zdjęcia bojowników i męczenników to częsty obraz na ulicach południowego Bejrutu, Liban

Południowe przedmieścia Bejrutu, zdjęcia przywódców Hezbollahu przy drodze - Liban

Przez chwile idę pasem zieleni rozdzielającym drogę na lotnisku. Szybko jednak zaczyna się miasto. Naraz po obu stronach wyrastają budynki. Są tak ciasno upchane, że tworzą jeden wielki pstrokaty mur, z którego wystają jakieś sklepy, kafejki i warsztaty. Pomiędzy domami co jakiś czas widać wąskie na parę metrów uliczki. Są niczym ciemne kaniony. Pomiędzy ścianami gęsto rozciągnięte są pajęczyny kabli. Wszystkie te uliczki są zamknięte posterunkami i barykadami. Szlabany, betonowe zapory, karabiny. Kiedy przechodzę obok jednej, żołnierz macha do mnie z uśmiechem. Podchodzi, ściska mi rękę i mówi łamaną angielszczyzna – Welcome to Lebanon – i pokazując na mój aparat wiszący na ramieniu kręci palcem – no photo – Dziękuję mu i idę dalej. Po drodze mijam tablice z podobiznami kolejnych dowódców i męczenników. Nad ich twarzami widnieją symbole Ruchu Amal i Hezbollahu. A więc wszystko jasne. W tej części miasta każda organizacja ma swój teren. Stąd te szlabany i broń. Każdy pilnuje swojego podwórka. A w tym wszystkim tysiące ludzi, którzy po prostu żyją swoim życiem. Sprzedają kawę, czyszczą buty, reperują motocykle.

Zapory na ulicach Bejritu - Liban

Południowe dzielnice Bejrutu, Liban

Kiedy trafiam na posterunek na głównej drodze, wyskakuje do mnie jakiś facet w cywilu z zardzewiałym kałasznikowem i zaczyna coś krzyczeć. Zaraz podchodzi drugi, chyba jego szef, po czym łamaną angielszczyzną zaczyna mnie wypytywać skąd jestem, co tu robię i każe pokazać sobie paszport. Zazwyczaj nie daję do ręki paszportu nikomu, ale facet z kałaszem jest dość nerwowy, więc ulegam. Facet pyta mnie o zawód więc rzucam coś mało podejrzanego w stylu – salesman – Ten lustruje mnie jeszcze wzrokiem, pyta czy robiłem jakieś zdjęcia i oddaje paszport. Każe schować aparat. Nie musi powtarzać dwa razy. Idę dalej i dociera do mnie, że jestem w jednej z najbardziej niespokojnych dzielnic Bejrutu – na jego południowych przedmieściach. Co kilkaset metrów na drodze pojawiają się betonowe zapory, „jeżyki” przeciwczołgowe, obite stalowymi płytami budki wartownicze a do tego wozy pancerne i broń. Dużo broni. Jakby wszyscy szykowali się do wojny. Albo jakby wojna już trwała i wszyscy czekali tylko aż padnie ten pierwszy strzał!

Przygotowanie Manakish - tradycyjne danie z Libanu - śniadanie na ulicach Bejrutu

Manakish - tradycyjne danie z Libanu - śniadanie na ulicach Bejrutu

Kiedy docieram bliżej centrum, zmienia się nieco zabudowa. Coraz mniej jest budynków, o których trudno powiedzieć w jakim są stanie. Do tej pory nie wiadomo było czy dopiero się budują czy już rozpadają. Znikają szkielety, z których wystają pręty zbrojeniowe i grube kable, coraz więcej jest nowych budynków. Okolica zaczyna przypominać radosne, pełne słońca miasto. Wstępuję do piekarni i zamawiam manakish – tradycyjną libańską potrawę – coś w rodzaju pizzy. Uśmiechnięci piekarze zagadują i pytają skąd jestem. Ewidentnie bawi ich mój zachwyt procesem przygotowania manakish. Przyklejony do szyby patrzę jak powstaje moje śniadanie, jak placki pokrywają się aromatycznym zaatarem, białym słonym serem, który na gorącej płycie topi się i zaczyna skwierczeć. Potem chrupiące warzywa zawinięte w manakish lądują w moich rękach. Oparty o murek wcinam śniadanie. Tak jak lubię.

Pomnik Biszara al-Churi czyli Bechara El Khoury - Bejrut, Liban

Green Line - granica między wschodnim a zachodnim Bejrutem - Liban

Trafiam na plac z przedziwnym pomnikiem. Z piedestału spogląda na mnie karykaturalna postać Biszara al-Churi (Bechara El Khoury) – pierwszego prezydenta niepodległego Libanu. Nieproporcjonalna sylwetka z ogromnym tułowiem i maleńką głową z jakąś nienaturalnie długą ręką i ogromną dłonią. Za pomnikiem dostrzegam jednak coś co przykuwa moją uwagę bardziej. Za pierwszym rzędem nowych bloków wzdłuż ulicy, z tyłu schowały się przepiękne stare kolonialne budynki podziurawione kulami jak sito. To tu przebiegała Green Line – granica pomiędzy wschodnim Bejrutem – chrześcijańskim, a zachodnim – muzułmańskim. Martwa strefa, gdzie snajperzy strzelali do siebie niemal nieprzerwanie przez 15 lat wojny domowej. Teraz w pooranych kulami budynkach w oknach znowu są firanki a pranie znów suszy się na balkonach pomiędzy esami-floresami serii z kałasznikowa. Pod budynkiem ktoś sprzedaje świeżo wyciskany sok z pomarańczy a starsi panowie siedzą i popijają kawę. To niesamowite jak szybko zgliszcza wracają do życia.

Centrum Bejrutu - Green Line - Liban

Centrum Bejrutu - Beirut Dome oraz Meczet Hariri czyli Muhhamad Al-Amine - Liban

Kawałek dalej wznosi się największy meczet w Bejrucie. W słoneczny dzień błękitne kopuły neo-ottomańskiej świątyni niemal zlewają się z niebem rozrywanym przez 65-metrowe minarety. Meczet już z daleka wygląda jak fatamorgana, jak doklejony w Photoshopie. Zaraz obok stoi brudny szkielet Beirut Dome czyli kopuły. To jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w przedwojennym Bejrucie. Kiedyś kino i największe centrum handlowe na Bliskim Wschodzie, dzisiaj szara skorupa z powykręcanymi prętami zbrojeniowymi sterczącymi ze środka. Ruina pokiereszowana seriami z karabinów i pociskami moździerzy. Pamiątka z czasów wojny domowej. Niestety już niedługo. Buldożery bebeszą budowle. Pomału niczym mrówki obgryzające wielki szary liść. Los Beirut Dome został przypieczętowany.

Plac Męczenników - Bejrut, Liban

Pomnik Męczenników podziurawiony kulami - Bejrut, Liban

Za meczetem serce miasta – Martyr’s Square – czyli plac męczenników. Czytając o Bejrucie wyobrażałem sobie to miejsce jako uświęcone krwią wojowników o niepodległość, pamiętające jakieś krwawe zamieszki lub przynajmniej wspomnienie zamachowców samobójców – tak większości przecież kojarzą się muzułmańscy „męczennicy”. Nie pasuje mi to trochę, bo Bejrut nie wygląda jak wylęgarnia terrorystów. Trafiam na wielki pusty plac, gdzie niemal na piasku stoją zaparkowane samochody. Ot pusta przestrzeń jakby czekała na zabudowę. I tak się pewnie wkrótce stanie. Cały Bejrut wydaje się budować, powstaje z ruin wojny domowej. Okazuje się, że owi męczennicy pochodzą z czasów ottomańskich – powieszeni tu przez Turków podczas I Wojny Światowej. Podchodzę do postaci na cokole i widzę, że pomnik ma jeszcze jeden, niemniej ważny wydźwięk. Jest cały pokiereszowany. Są w nim dziury po kulach i odłamkach, jedna z figur ma poodrywane ręce. Pomnik stał na linii frontu. Sam jest męczennikiem.

Okolica Placu Nejmeh - posterunek wojskowy - Bejrut, Liban

Plac Nejmeh, wieża zegarowa i budynek parlamentu - Bejrut, Liban

Zostawiam graty w hostelu nieopodal i ruszam do zachodniej – muzułmańskiej części Bejrutu. Ta część to Downtown, zniszczona podczas wojny domowej, teraz odbudowywana ze sporym rozmachem. Chyba nawet zbyt sporym. Wszystkie budynki z rudego piaskowca wyglądają tu jak cięte z metra. Całość trochę przypomina rekonstrukcję. Nie tanią, ale makietę. Jakby brakowało tu życia. Jedynym dowodem na istnienie ludzi są koszmarne korki i ciągły hałas klaksonów. Trafiam na Nejmeh – przyjemny okrągły placyk, od którego promieniście odchodzą ulice. Po środku stoi wieża zegarowa w stylu art deco, na której świeci wielki napis ROLEX. Dookoła kompletnie pusto. To pewnie przez porę – jest samo południe, największy upał – ale to miejsce przypomina makiety w Dubaju czy egipskie miasta widma jak Port Ghalib niedaleko Marsa Alam. Na tych pustych ulicach widać jedynie wojskowe posterunki z pięknymi flagami libańskimi powiewającymi na wietrze. Wszędzie szlabany, worki z piaskiem, budki strażnicze i ludzie z bronią. Kiedy tylko widzą aparat krzywią się i machają, żeby nie robić zdjęć. Przy placu Nejmeh jest budynek parlamentu.

Ruiny rzymskich łaźni - Bejrut, Liban

Ruiny łaźni rzymskich - Bejrut, Liban

Kawałek za placem trafiam na ruiny rzymskich łaźni. Doskonale zachowane elementy wychodzą wprost ze skały. Otoczone idealnie pielęgnowanymi ogrodami ruiny idealnie komponują się z otoczeniem. Odkryte przez przypadek w latach ’60, dopiero po wojnie zostały oczyszczone z gruzu. Wygląda jakby miasto idealnie obrastało ruiny łaźni ze wszystkich stron. Jakby były nieodłączną częścią tego miasta. Rzymskie ruiny obok kościoła, meczetu i nowoczesnych budynków. Taka symbioza reliktów starożytności ze współczesnymi budowlami. Siadam na rozgrzanym chodniku i przyglądam się pozostałościom systemu ogrzewania, setkom kolumn, na których kiedyś była podłoga łaźni, ciekom i rynnom, którymi była tu doprowadzana woda. Zastanawiam się jak to przetrwało do naszych czasów w tak dobrym stanie. Jakim cudem ominęła to miejsce wojna domowa.

Ruiny hotelu Holiday Inn zniszczonego podczas wojny domowej - Bejrut, Liban

Ruiny hotelu Holiday Inn zwane w żartach Holiday Out - Bejrut, Liban

Ruszam dalej na zachód gwarnymi ulicami Bejrutu. Odprowadza mnie niekończący się akompaniament klaksonów taksówek. Mam wrażenie, że kierowcy trąbią tu na każdego przechodnia. Nieważne, stoisz, idziesz siedzisz – może taxi? Przede mną wyrasta nagle ogromna, 26-piętrowa ruina. Smutny szkielet hotelu Holiday Inn, który został zdewastowany podczas wojny domowej. Z luksusowego hotelu pozostała jedynie rama. Z przepalonych dziur po oknach zieje pustka. Po pustych korytarzach hula wiatr. Elewację zdobią wzory z dziur po kulach i odłamkach. Nazywany jest tu w żartach Holiday Out i jak wiele innych budynków jest pamiątką po wojnie. Wyrzutem sumienia tego wesołego, słonecznego miasta. Sterczy z bryły miasta jak jakiś wielki zegar. Zegar wojny, który niegdyś odliczał czas kolejnymi dziurami po kulach. Kiedy próbuje robić zdjęcia budynku spod niego, od razu podbiega żołnierz i krzyczy, że nie wolno. Nie rozumiem dlaczego, ale jakiś chłopak mi pokazuje. Pod hotelem są jakieś koszary. Całe dolne piętra ruin zajmują wozy pancerne, jakieś namioty i dużo ludzi z bronią. Kiedy wojna się gdzieś już zadomowi, nie tak łatwo ją wyplenić.

Posterunek wojskowy chroniący budynku - Bejrut, Liban

Posterunek wojskowy - Bejrut, Liban

Dalej na zachód jest jeszcze więcej broni. Wygląda jakby Bejrut żył w niekończącym się stanie oblężenia. Pod budynkami użyteczności publicznej stoją betonowe zapory, stalowe „jeżyki” przeciwczołgowe, mury pomalowane na kolory libańskiej flagi, worki z piaskiem, drut kolczasty. Przy wjeździe do nowoczesnych wieżowców, przy strażnikach stoją wozy pancerne, wszystkie auta sprawdzane są przez psy szukające ładunków wybuchowych. W Bejrucie określenie „osiedle strzeżone” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Jednocześnie ludzie zdają się nie zwracać uwagi na tą broń, blokady i posterunki. Nie czuć tu napięcia. Jest jakaś radość, spokój i taka zwykła codzienność. Miasto tętni życiem. Przypomina nieco Tel Awiw, tyle że tam, mimo zdecydowanie większego zagrożenia, nie widać tak broni na każdym kroku.

Dystrykt Hamra - zachodni Bejrut, Liban

Ulice dzielnicy Hamra - Bejrut, Liban

Kebab na ulicy w dzielnicy Hamra - Bejrut, Liban

Docieram do dzielnicy handlowej Hamra. To tętniące serce zachodniego Bejrutu. Od głównej, wiecznie zakorkowanej ulicy pełnej sklepów, odbijają i krzyżują się dziesiątki ulic i uliczek, przy których schowane są małe sklepy, zakłady, a teraz także hotele, bary i restauracje oraz galerie. To tutaj dzieje się życie, to ta część miasta pokazuje jak kiedyś żył Bejrut. Błądzę po małych uliczkach, nad którymi rozciągają się sieci kabli elektrycznych. Kolorowe pranie powiewające na wietrze ożywia nudne ściany budynków. Lubię tą brudnawą, niedomytą i rozpadającą się autentyczność. Życie tak cudowne w swojej przyziemnej zwyczajności. To piękno nieoczywiste, które drzemie w pomazanych ścianach, starych sypiących się kamienicach pochowanych za drzewami. W dzieciakach grających w piłkę na ulicy. To właśnie w takich miejscach uwielbiam jeść przy ulicy. Oparty o stolik wcinam boskiego kebaba, czyli shawarmę, patrząc na ten niesamowity spektakl codzienności Bejrutu.

Nabrzeże, stara latarnia morska - Bejrut, Liban

Corniche i Latarnia morska - Bejrut, Liban

Docieram w końcu nad morze. Gęste od upału powietrze nagle rozrywa świeża morska bryza, która przedziera się pomiędzy kolejnymi blokami. Wychodzę na skarpę obok starej latarni morskiej, teraz schowanej pomiędzy nowymi apartamentowcami. Kręcę się pomiędzy dzikimi figowcami wyrastającymi spomiędzy śmieci. Znajduje ładny punkt z widokiem na nową latarnię, ale kiedy tylko wyciągam aparat, ktoś krzyczy. Z pobliskiego budynku, a raczej ruiny, macha do mnie żołnierz – no photo! – orientuje się, że to co wyglądało jak pustostan, to jakieś wojskowe baraki. Mnóstwo wozów pancernych, na tarasach stanowiska karabinów maszynowych za workami z piaskiem. Oblegana twierdza. Robienie zdjęć w Bejrucie to loteria. Gdzie nie skieruję aparat, tam stoi ktoś z bronią, kto pilnuje czegoś szalenie ważnego lub czeka na wojnę. Z kim? To dobre pytanie.

Promenada - Bejrut, Liban

Pigeon Rocks czyli Gołębia Skała - Bejrut, Liban

Panorama Bejrutu z Pigeon Rocks czyli Gołębia Skała - Bejrut, Liban

Schodzę do promenady, czyli tzw. Corniche. Razem z tłumem idę wzdłuż wybrzeża na południe. Ludzie są uśmiechnięci, dzieciaki przy każdej okazji naciągają rodziców na coś słodkiego – a to lody, to napoje, a może kolorowe zabawki. Docieram do Raouche, zwanych też Pigeon Rocks czyli Gołębich Skał. To chyba najbardziej charakterystyczny punkt w Bejrucie. Jedyna atrakcja geologiczna miasta. Dwie 60-metrowe skały powstałe w wyniku trzęsień ziemi i obrywania się klifu. Niesamowite jest jak płynnie to dzikie skaliste wybrzeże przechodzi w miasto. Na górze strzelistych klifów, pod którymi rozbijają się fale, wyrastają nowe apartamentowce o świecących w słońcu elewacjach. Bary i restauracje są przyklejone do krawędzi klifu jakby były jego częścią. Miasto nie próbuje tu ujarzmić natury a się z nią zlewa, dopasowuje do jej kształtów, właściwości, kaprysów, jednocześnie pozostając sobą. Nowoczesne wieżowce i gołe wapienne skały tworzą Bejrut.

dzieci skaczące do wody przy Raouche Pigeon Rocks - Bejrut, Liban

plażowanie na skałach przy przy Raouche Pigeon Rocks - Bejrut, Liban

Dzieci kąpiące się przy Pigeon's Rock - Bejrut, Liban

Schodzę w dół klifu, nad wodę. Przede mną typowa śródziemnomorska sielanka. Obrazki jakich pełno we Włoszech czy Grecji. Grupa opalonych chłopaków skacze z kilkunastometrowego klifu prosto do wody. Gdzieś dalej dzieciaki zainspirowane starszymi kolegami skaczą do wody już z nieco mniejszej wysokości. Siadam gdzieś na kamieniach. Obok opala się jakiś facet. Koło jego głowy trzeszczy małe radio tranzystorowe. Dookoła pluskają fale rozbijające się o skały. Nad moją głową podchodzą do lądowania kolejne samoloty MEA z przepięknym cedrowym drzewem na stateczniku. Dookoła młode łebki przepychają się, śmieją, przekrzykują, jeden drugiemu zabiera papierosa. Wszystko dookoła takie wesołe, leniwe i beztroskie. W gorącym, gęstym od wilgoci powietrzu nawet czas zdaje się grzęznąć. Wszystkie troski są tak bardzo daleko stąd. Wszystko jest proste. Leniwe popołudnie w raju.

Plaża w Bejrucie, zapory przeciwczołgowe przy Raouche Pigeon Rocks - Bejrut, Liban

Zapory przeciwdesantowe na plaży przy Raouche Pigeon Rocks - Bejrut, Liban

las zapor przeciwczołgowych przy Raouche Pigeon Rocks - Bejrut, Liban

Wystarczy jednak obrócić głowę i czar pryska. Ta błogość, beztroska, radość i szczęście znikają w jednej chwili przygniecione ciężarem betonowych zapór porozrzucanych wzdłuż brzegu. Ogromne „jeżyki” tworzą niesamowity las kamiennych krzyży, który powoli zarasta trawa, krzaki i piętrzące się góry śmieci, wysuszonego i wyblakłego plastiku gnanego tu wiatrem. Ustawione w rzędach, równiutko niczym żołnierze na paradzie czekają na desant wroga. Kogo? Skąd? Po prostu wroga. Kiedy myślę o tej fobii, przypomina mi się „Czekając na barbarzyńców” J.M. Coetzeego, w której imperium oczekiwało na inwazję barbarzyńców, która nigdy nie nadeszła. To wiszące nad miastem nieokreślone zagrożenie, ten nienazwany wróg, ta cała paranoja, nieznana siła, która roztacza się nad miastem, gdzie ludzie bawią się i śmieją jak dzieci na rodzinnych filmach, ma w sobie coś z „Procesu” Kafki i „Dżumy” Camusa. O ile Tel Awiw, stolica tymczasowości, ze swoją atmosferą przypomina nieco bal na Titanicu, o tyle Bejrut to bardziej zabawa w psychiatryku po ostrych środkach psychotropowych. Wszyscy dobrze się bawią, ale nie wiedzą czy ten słoń w salonie to naprawdę, czy tylko się wydaje.

Ulice zachodniego Bejrutu - Liban

Świeże owoce w dzielnicy Hamra - Bejrut, Liban

Kiedy słońce robi się coraz bardziej pomarańczowe, a cienie rzucane przez dzieciaki się wydłużają, wracam na ulice Hamry. Powoli, w te wszystkie zaułki wdziera się wieczór. Na Bliskim Wschodzie wieczór przynosi ochłodzenie. Kiedy skwar dnia przechodzi, na ulicach pojawia się życie. Wszystko wydaje się bardziej wyraźne. Ludzie poruszają się szybciej, mówią głośniej, są bardziej ekspresyjni. Nawet muzyka dobiegająca z barów i sklepów jest jakby głośniejsza. Ludzie wychodzą na ulicę, wszędzie zaczyna się życie. Bardziej, więcej mocniej. To niesamowite ile radości potrafi przynieść spacer tymi ulicami. Pośród tych zwyczajnych szarych domów, pod warkoczami kabli i kolorowymi girlandami z rozwieszonego prania, pomiędzy straganami z pachnącymi owocami. Aż chce się wszystkiego dotykać, wąchać, oglądać, chce się być bliżej tej dziwacznej materii. Nawet te wszystkie barykady, posterunki i czołgi jakby się pochowały. Wszystko otula to późnopopołudniowe słońce zalewające ulice, wdzierające się zza wysokich budynków, podpalające wszystko ciepłym pomarańczowym płomieniem. Cudo!

Falafel Karim Sahyoun - najlepszy w Bejrucie, Liban

Mistrz przygotowuje falafel - Falafel Karim Sahyoun - Bejrut, Liban

Wśród tych wszystkich małych uliczek pełnych slalomujących skuterów, kamienic z łuszczącymi się murami i dzieci grających na ulicy w piłkę, znajduje niepozorne miejsce. Falafel Karim Sahyoun to zwykły pawilon z wielkim palnikiem, na którym stoi gar oleju do przygotowania falafla. Zapach już mi mówi, że tu będzie dobrze. Ludzie wstępujący co i raz i wychodzący z torebką również dobrze świadczą. Zamawiam falafel, siadam przy plastikowym stoliku i jak zahipnotyzowany przyglądam się niemal magicznemu rytuałowi. Płynnymi ruchami, niczym w tańcu kucharz nabiera masę z ciecierzycy na specjalną łyżkę i czymś w rodzaju wąskiej szpachelki szybkimi ruchami kształtuje idealny krążek przypominający małe ufo, który po chwili ląduje w gorącym oleju. I tak sześć razy.

Obiad w Falafel Karim Sahyoun - najlepszy w Bejrucie, Liban

Potem co i raz dogląda czy aby już na pewno falafel jest odpowiednio przyrumieniony. Jak dla mnie wygląda OK, ale chyba to jeszcze nie to, bo po dotknięciu, przełożeniu, okazuje się, że jeszcze. W tym czasie kucharz przygotowuje talerz: świeże zioła, warzywa, tahini i arabski chlebek – pitę. Kiedy nadchodzi ten moment, uśmiechnięty właściciel podaje mi talerz pełen wspaniałości. Jego kruchość i delikatność jest nie do opisania. Ten dźwięk i chrupanie – jakby gryźć tysiące maleńkich delikatnych sopli lodu. A w środku idealnie aksamitny ale z wyczuwalnymi kawałkami cieciorki. Po prostu doskonały. Tym można by przekonać każdego aby został wege i jadł tylko falafel do końca życia.

Młodzi mieszkańcy pustostanów - Bejrut, Liban

Suria - zamieszkałe ruiny w dzielnicy Hamra - Bejrut, Liban

Kawałek dalej, pośród wysokich eleganckich wieżowców, z ziemi wyrasta szkielet straszący pustymi dziurami okien. To w zasadzie sama rama budynku, bardzo ładny wieżowiec, o odważnym projekcie, tyle że zupełnie pozbawiony szyb. Wygląda jak jakiś stary hotel, ale jak przypadku większości budynków w Bejrucie trudno powiedzieć czy dopiero się buduje i jest wiecznie niewykończony, czy już jest stary i zwyczajnie się sypie. W pustych dziurach widać fotele, jakieś meble, anteny satelitarne, wiszące kable i siatkę zabezpieczającą. Mimo braku ścian i szyb, w budynku mieszkają ludzie. Urządzili sobie mieszkania. Przypomina to gigantyczny dom dla lalek, jakąś wielką ramkę w której są maleńkie makiety mieszkań, jakąś hodowlę mrówek. Pod blokiem zaczepiają mnie nastolatki z bloku – Ten blok nazywa się Suria – pokazują, tłumaczą łamaną angielszczyzną. Chcą porobić zdjęcia aparatem, pytają skąd jestem, dużo się śmieją. Niesamowita jest otwartość tych ludzi, ich ciekawość świata. W końcu niewiele osób tu przyjeżdża. Przynajmniej żeby zwiedzać. Większość to uchodźcy z Syrii, Dżibuti i innych krajów, które nęka wojna, susze czy po prostu głód i bieda.

Promenada po zmroku, Downtown, Bejrut, Liban

Downtown Beirut wieczorem - Bejrut, Liban

Już zmierzcha kiedy docieram na promenadę. Nagle zmienia się zupełnie otoczenie. Jestem w Downtown. Części miasta postawionej praktycznie od zera po zakończeniu wojny domowej. Ta dzielnica miała pokazać światu, że Bejrut powstał z martwych. Rozkwitł jak piękny kwiat po ciężkiej zimie. Downtown przypomina bardziej Dubaj niż sąsiednie dzielnice. Wieżowce ze szkła i stali. Zimne światła biur i ciepłe z apartamentów. Nowoczesne, sterylne, bezduszne miasto pożera okoliczne brudnawe, klimatyczne uliczki. Rozpycha sie bezczelnie i niszczy to co tworzy duszę miasta. Kable są zakopane głęboko pod ziemią, kolorowe girlandy schnącego prania pożerają suszarki kondensacyjne w apartamentach, kawę z pięknego ekspresu ciśnieniowego zastępuje tu Starbucks a manakish jest wypierany przez pizze z pseudowłoskiej sieciówki. Do tego drogie auta, jachty na przystani i elegancko ubrani ludzie porozrzucani po całej promenadzie. To już inny Bejrut.

Plac Nejmeh nocą - meczet Hariri w Bejrucie, Liban

Meczet Hariri nocą, czyli Muhhamad Al-Amine - Bejrut, Liban

Uciekam z powrotem wgłąb miasta, ale Downtown wżera się w Bejrut i nowa architektura rozlewa się powoli na całą zachodnią część miasta. Ciepłymi od żółtego światła latarni, pustymi ulicami docieram na Plac Nejmeh. Jestem tylko ja, żołnierze przy posterunku i kelner z pobliskiej restauracji, w której nie ma ani jednego gościa a jedyną oznaką życia jest muzyka pląsająca niewyraźnie z głośników. Kilka kroków dalej meczet. Obok katedra św. Grzegorza. Pod budynkami odkryto starorzymskie ruiny które właśnie są odsłaniane. I jeszcze te postrzępione szare mury sterczące dookoła, poorane kulami i pociskami z moździerzy. Cały Bejrut na jednym obrazku. Przysiadam na obrzeżach Placu Męczenników, na murku, skubię figi kupione na straganie gdzieś w zaułkach Hamry i nie mogę się nadziwić tego miasta. Bejrut jest niezwykły, dziwny, żywiołowy, kolorowy, radosny i melodyjny jak Tel Awiw. Jednocześnie momentami wygląda jak oblężone miasto, które mimo osaczenia próbuje normalnie żyć. Jakby trzeba było żyć szybko. Na zapas. Już teraz. Jakby jutro miała przyjść wojna. Jaki naprawdę jest Bejrut? Nie wiem, może jutro się przekonam.

Bejrut, Liban