Ulice starego miasta Hanoi - Wietnam

Hanoi. Pho, Lenin i rzeka motocykli

Wysiadamy z autobusu w sam środek piekła. W Hanoi powietrze jest tak gęste, że zdaje się przyklejać do skóry. Przez lepką wilgotną warstwę przedzierają się mocne promienie popołudniowego słońca. Do tego jazgot. Niemiłosierny jazgot. Warczenie silników, klaksony. Przez jezdnie przelewa się rzeka skuterów i motocykli. Są wszędzie, doskonale wypełniają każdą, najmniejszą przestrzeń na drodze. Niczym woda dopasowują się do kanionu, którym płynie, do skał, które opływa. Z wielkiej masy wystają tylko tysiące głów w kolorowych kaskach. W gorącym powietrzu unosi się gęsty smog, który drażni nos i gardło. Czuję, jakbym żuł jakąś starą zakurzoną oponę. Jesteśmy po kilkunastu godzinach lotu, ale chcemy koniecznie coś zjeść i obejrzeć miasto. Na wyjeździe szkoda przecież czasu na spanie.

W Hanoi motocykle są wszędzie - Wietnam

Ulice Hanoi o poranku - uliczni handlarze sprzedają owoce - Wietnam

Próbujemy się odnaleźć na mapie. Dworzec, jakiś cyrk, jeziorko małe, jeziorko większe. Hanoi to gorący labirynt. Idziemy po prostu przed siebie, zatłoczonymi uliczkami. Już na wstępie stawiamy czoła karkołomnemu wyzwaniu. Jak w Hanoi przejść przez ulicę? – Na zielonym świetle – to nie odpowiedź. Nikt tu się światłami nie przejmuje. Rzeka skuterów nie ma końca. Czekamy na właściwy moment i szaleńczo przebiegamy oglądając się na wszystkie strony. Udało się, ale to głupi sposób. Musi być lepszy. Trafiamy na uliczny market Kham Thien Market. Standardowo oddajemy się magii kolorowych owoców i warzyw, tym wszystkim dziwnym kształtom, zapachom i smakom. Aż do momentu kiedy widzimy stragan z mięsem. Psim mięsem! Znajome sylwetki psów powyginane, napuchnięte i z zaciśniętymi zębami, błyszczą się opalone z sierści.

French Quarter - Hanoi, Wietnam

Przepiękne świątynie w podwórkach French Quarter - Hanoi, Wietnam

Momentalnie odechciewa nam się bazaru, owoców, warzyw. Szok. Kulturowy szok. Nie patrzymy, idziemy dalej, próbujemy zrozumieć, tłumaczyć sobie, zapomnieć o tym. Próbujemy się skupić na pięknym otoczeniu. Na tych wszystkich zaniedbanych, podniszczonych, starych budynkach w stylu kolonialnym. Na żółtych murkach, na zdobieniach, płaskorzeźbach. Na domach jak z południa Francji. Wtedy mnie uderza – jak tu jest pięknie! Hanoi rozkochuje w sobie od razu. To jakieś niesłychane połączenie zaniedbania, kurzu i lepkiego upału z elegancją i lekko zapomnianym szykiem. Hanoi jest trochę jak warsztat samochodowy otwarty w Wersalu. Tak bardzo logicznie niespójny, ale fascynujący od pierwszych chwil. Zupełnie nie dziki. To raczej muzeum z jakąś dziwną kropelką szaleństwa.

jedzenie w wietnamskiej restauracji - Hanoi, Wietnam

Gwarna ulica French Quarter - Hanoi, Wietnam

Hanoi po prostu zachwyca od samego początku. Ulice tego miasta tchną niesamowitą atmosferą. Jest tu spokój i trochę szaleństwa jednocześnie. Każdy kolejny szczegół tak bardzo odwraca uwagę, ze trudno się w ogóle na czymś skupić. Może to zmęczenie. Siadamy w jakiejś knajpce żeby odsapnąć. Zajadamy coś pysznego – tak bardzo marzyliśmy o tych nowych smakach – popijamy lodowatym piwem i staramy się odnaleźć na mapie. Naszą uwagę kompletnie odwraca to co dzieje się za oknem. Zwyczajne scenki. Ludzie na motocyklach. Ktoś coś przenosi, ktoś coś reperuje. Ktoś po prostu dokądś idzie. Sierp i młot powiewa na czerwonym sztandarze. Życie toczy się w swoim tempie – po wietnamsku. Takie podobne do naszego i jednocześnie tak inne. Trudno to nawet wyrazić słowami.

Śmieciarze w Hanoi - Wietnam

Zachód słońca w Hanoi - nowoczesne wieżowce ponad starymi kolonialnymi domami - Wietnam

Jest trochę jak w jakimś śnie. Dosłownie, bo zaczynamy przysypiać. Kiedy zaczyna zmierzchać ruszamy z powrotem do hotelu. Gubimy się i błądzimy uliczkami, docieramy do jakiegoś jeziorka, zza którego wyzierają wieżowce. Tutaj Hanoi pokazuje swoje nowoczesne oblicze. Za tymi wszystkimi pięknymi starymi domami kolonialnymi rodzi się metropolia ze szkła i stali. Chyba wolimy to stare. Uciekamy z powrotem w uliczki. Wygląda na to, że w Hanoi gdziekolwiek się nie pójdzie, zawsze kończy się przy zatłoczonej skuterami ulicy. Docieramy do dużej drogi przez, którą nie da się przejść – jest ogrodzona i pędzi po niej rzeka motocykli. Szukamy innego przejścia. Trafiamy na wąską uliczkę, gdzie pomiędzy domami ciągną się… tory kolejowe. I to takie błyszczące, wyszlifowane, a więc muszą działać.

Potok motocykli na ulicy Hanoi - Wietnam

Tory kolejowe pomiędzy domami to w Hanoi nic dziwnego

Tory idą tu kilkadziesiąt centymetrów od ścian domów. A mimo to, życie toczy się normalnie. Idziemy jak przez sen mając jakaś dziwną fobię, że zza domów zaraz wyskoczy pociąg. Na szczęście nic takiego się nie dzieje. Trafiamy jedynie na uśmiechniętych ludzi siedzących w kucki w drzwiach. Pod domami stoją zaparkowane motocykle, kwiatki w doniczkach, na sznurkach suszy się pranie. A może te tory to jakaś atrapa? Przechodzimy obok małego barku Coffee Egg . Pan nas zaprasza do środka. Mówi, że za godzinę będzie jechał pociąg. Można więc będzie go oglądać z odległości kilku centymetrów. Tłumaczymy, że zaraz zaśniemy, więc każde piwo to dla nas teraz realne zagrożenie życia. Obiecujemy wrócić jutro. W naszym przekonaniu utwierdzają nas dwaj goście, którzy rzucają, że mają tu najlepsze banh mi. Ale to już jutro…

ulice Hanoi w cieniu drzew. Skrzydłokwiaty rosnące na ulicy

Budynek rządowy - Hanoi, Wietnam

Rano ruszamy przez French Quater do starego miasta Hanoi. Ulice miasta to niesamowite połączenie kolonialnych willi z socrealizmem. Pomiędzy pięknymi rezydencjami niknącymi w cieniu ogromnych, rozłożystych rododendronów, wyrastają nagle betonowe gmaszyska rodem z Moskwy. To jakby skrzyżować stary Singapur z Kijowem. Wszystko to jeszcze udekorowane świątecznymi dekoracjami przeplatanymi logo znanych marek. Zaraz obok, podobizny Ho Chi Minha, gwiazdy oraz sierp i młot. Komunizm kontra kapitalizm. Na każdym rogu. Drzewa chronią przed słońcem wdzierającym się przez każdą, najmniejszą szczelinę pomiędzy liśćmi. Z chodnika wyrastają ogromne znajomo wyglądające kwiaty. To skrzydłokwiat, który u nas rośnie w doniczkach. Tutaj to wielkie krzaki. Oczyszczają powietrze z toksyn. Niestety w Hanoi powinno ich być zdecydowanie więcej, żeby zrobić coś ze smogiem.

Ulice French Quarter - Hanoi, Wietnam

Sztuka miejska i komunizm - Hanoi, Wietnam

Mrożona herbata z hibiskusa z lodami z marakuji - lokalny przysmak Hanoi, Wietnam

To co uderza w Hanoi to tysiące kolorowych skuterów. Stoją wszędzie poustawiane w idealnie równych szeregach. Tkwią tak niczym kolorowa armia czekająca tylko na rozkaz by rozlać się po ulicach Hanoi. Kolory można tu zresztą znaleźć w codziennych małych rzeczach. Ot idziemy i widzimy jak pan maluje jakąś skrzynkę na kable w kwiaty. Taka mała rzecz. Trafiamy na rząd kawiarni, z których roznosi się boski zapach kawy. Przysiadamy w jednej – Scoops A’HA Cafe sieciówka, ale budzi zaufanie. Oprócz boskiej mocnej kawy o niesamowitym zapachu zamawiamy specjalność – mrożoną herbatę z hibiskusa z lodami z marakui. Trzymając zimne szklanki w rękach siedzimy i parzymy na jezioro Hoan Kiem (jezioro odzyskanego miecza), z którego wystaje tajemnicza żółwiowa wieża. Właśnie w tym momencie czujemy, że to właśnie już. Zaczął się wyjazd. Wszystko co było – zostało gdzieś daleko. W miarę jak nasze ciało wypełnia zimna fala słodkiego napoju, przestawiamy myśli na tryb wakacji.

Spacer nad jeziorem Hoan Kiem - Hanoi, Wietnam

jezioro Hoan Kiem - Hanoi, Wietnam

świątynia jadeitowej góry - jezioro Hoan Kiem, Hanoi, Wietnam

Idziemy wzdłuż pięknego jeziorka Hoan Kiem. Zza drzew słychać nieodłączny hałas miasta. Klaksony i trajkot motocykli to dźwięki Hanoi. Mijamy pomnik poświęcony Ly Thai To – założycielowi wietnamskiej dynastii Ly. Zupełnie nikomu nie przeszkadzało, aby obok symbolu monarchii stawiać budynki rządowe, na których powiewają flagi z sierpem i młotem. Na północnym skraju jeziora docieramy do Đền Ngọc Sơn (świątyni jadeitowej góry). Płacimy za wstęp i wchodzimy po malowniczym moście na wyspę ze świątynią. Okazuje się, że większość jest remontowana. Do oglądana są więc blaszane ogrodzenia. To co już jest gotowe wygląda bardziej na rekonstrukcję niż restaurację, ale nadal ma to swój klimat. Na placyku przed małą kapliczką stoi pagoda, spod której można popatrzeć na jezioro. Z tej perspektywy Hanoi wydaje się królestwem zieleni, miastem porośniętym dżunglą, z której wyrastają tajemnicze świątynie.

świątynia jadeitowej góry - Hanoi, Wietnam

Przed świątynia jadeitowej góry - Hanoi, Wietnam

Kilka kroków stąd jest Stare Miasto Hanoi. Labirynt uliczek, stare kolonialne wille schowane w cieniu drzew, przepięknie rzeźbione bramy i magiczne świątynie powciskane pomiędzy domy. Do tego zbawczy cień gęstych, soczyście zielonych drzew. Wsiąkamy bez reszty. Stare Miasto Hanoi (Old Quarter) jest cudowne. Na pierwszy rzut oka. Szybko okazuje się, że to pułapka. Z najpiękniejszej dzielnicy Hanoi zrobiono bowiem turystyczną pułapkę na szczury. Wszędzie sklepy z plastikową, kolorową tandetą. Poza kilkoma specjalistycznymi ulicami – np. z lampami, jedwabiem czy… trumnami… wszystko jest tu na potrzeby turystyki. Biura podróży, knajpy, stragany z jedzeniem, ubrania i wszędzie podróbki ubrań i sprzętu North Face. Brakuje już tylko Simone Moro chodzącego i zachwalającego kurtki. Spacerując tu godzinę zaczęliśmy się zastanawiać czy North Face to aby nie jest wietnamska marka.

Ulice starego miasta Hanoi - Wietnam

Stare Miasto Hanoi - Wietnam

Hałas i tłok są tu obezwładniające. Scenografia jest rodem ze spokojnego kolonialnego miasteczka. Tymczasem to co dzieje się dookoła to horror. Chodniki taranuje bezwzględny tłum. Jedna zbita masa, w której trudno zidentyfikować jednostki. To jeden ogromny potwór, który pełznie labiryntem o ścianach ze starych domów. Przez ulice ciągnie strumień skuterów i motorów. To tu dowiadujemy się jak sobie z nim radzić. Widać kto jest nowy, a kto spędził już to trochę czasu. Tu następuje inicjacja. Widzimy samobójców – powoli wchodzą na jezdnie wprost pod pędzące maszyny. Kiedy już chcę zasłonić oczy, dzieje się rzecz niesłychana. Kolorowy rój motocykli rozstępuje się i szczelnie otacza z każdej strony postać powoli sunącą w poprzek jezdni. Jak woda otaczająca kamień sterczący z rzeki. Jak rój pszczół mijający przeszkodę. On idzie, oni jadą. Krok po kroku. To jak oswajanie tygrysa – powolne kroki. Wiec tak to się robi!

Motocykle na ulicach Hanoi - Stare Miasto

Old Quarter - sklepy z pamiątkami - Hanoi Wietnam

Pho 10 - najlepsza zupa pho w hanoi - Wietnam

Tak czy siak, przebywanie tu sprawia nam jakaś perwersyjną przyjemność. Jest przepięknie, niestety głośno i tłoczno, ale i tak warto. Docieramy do Pho 10 serwującego ponoć najlepsze pho w Hanoi Kolejka na pół godziny zdaje się to potwierdzać. Dopiero jednak w środku, siedząc przy maleńkim stole z poznanymi właśnie Amerykanami i siorbiąc gorące aromatyczne pho możemy z całą pewnością powiedzieć. Tak, to najlepsze pho w Hanoi, mimo że pierwsze, które tu jedliśmy. Lepsze po prostu trudno sobie wyobrazić. Gorące pho nie wydaje się najlepszym jedzeniem na upały, a jednak, dodaje nam sił. Przedzieramy się przez labirynt ulic starego Hanoi z jeszcze większą energią. Kiedy meczy nas hałas i zgiełk, ruszamy na wschód w kierunku Mauzoleum Ho Chin Minha. Po drodze chcemy zahaczyć o Cytadelę Cesarską w Hanoi i bramę Doan Mon – perełki Unesco.

Zatłoczone ulice Hanoi - Wietnam

Pomnik Lenina - Hanoi Wietnam

Kiedy opuszczamy stare miasto, robi się luźniej. Dzika rzeka motocykli rozlewa się na szerokich alejach, dookoła jest więcej światła, powietrza i jest mniej klaustrofobicznie. Motocykle stoją jakby – wyjątkowo – zostały okiełznane przez światła uliczne. Przy alejach wyrastają parki. W jednym z nich trafiamy na pomnik Lenina. Pod wodzem rewolucji ponad dwadzieścia osób krząta się i wyplata z czerwonych i białych kwiatów ogromną tablicę z peanami na cześć genialnego komunisty i systemu, który stworzył. Zapewne zbliżają się jakieś pochody z okazji Nowego Roku. Tysiące plastikowych kwiatków na wykałaczkach wbijane jeden za drugim w wielką płytę. Obrazek jak sprzed lat. „Lud pracujący pozdrawia wiecznie żywego wodza rewolucji” albo coś w tym stylu. Jak z jakiejś starej kroniki. Tylko w kolorze. Obok całej tej szopki dzieje się normalne życie. Pyrkają motory, ludzie jeżdżą do pracy, dzieciaki śmigają na deskorolkach! A kwiatków pod Leninem przybywa.

Wjazd do parku z Mauzoleum Ho Chi Minha - Hanoi, Wietnam

Chùa Một Cột -świątynia na jednej kolumnie - Hanoi Wietnam

Po krótkim spacerze docieramy do okolic Mauzoleum Ho Chi Minha. Cały park wydaje się być jakąś twierdzą. Wstępu chronią mundurowi, niepozorne rabatki z kwiatami rozstępują się nagle, żęby przepuścić samochód wojskowy wjeżdżający na teren parku. Wielka otwarta przestrzeń, zaprojektowana dla defilad wojskowych jest doskonale utrzymana. Nieopodal zza bambusów i drzew pomarańczowych wyrasta betonowy kloc mauzoleum legendarnego przywódcy komunistycznego Wietnamu. Do środka nie da rady wejść. Grobowiec otwarty jest tylko kilka dni w tygodniu, żeby dostać bilety trzeba odstać w jakiejś ogromnej kolejce. Ho Chi Minh to w Wietnamie kult. Chyba zadowolimy się oglądaniem z zewnątrz. Błądzimy ścieżkami, po drodze trafiamy do Chùa Một Cột – świątyni na jednej kolumnie. Nie możemy tu jednak wejść, bo mamy krótkie spodenki i t-shirty. Musimy się obejść widokiem rozmodlonych tłumów dookoła bardzo ładnej miniaturowej świątyni, wyrastającej na jednej kolumnie ponad mętnym, pokrytym rzęsą stawem.

Mauzoleum Ho Chi Minha - Hanoi, Wietnam

Panie sprzątające przed Mauzoleum Ho Chi Minha - Hanoi, Wietnam

Przechodzimy ścieżkami ogrodów rodem z jakiegoś pałacu i dostajemy się na tyły mauzoleum. Przed nami mury kompleksu pałacu prezydenckiego. Próbujemy się dowiedzieć jak się tu dostać, ale nikt nie jest w stanie nam powiedzieć gdzie jest wejście. Spacerujemy więc alejkami i obserwujemy żołnierzy z pobliskich koszar biegających dookoła ogrodu w grupach. Wychodzimy na ogromny plac Ba Dinh przed grobowcem i suniemy powoli przez ogromną przestrzeń rozglądając się dookoła to na szpetną skorupę budynku zgromadzenia narodowego to na kosmicznie foremne mauzoleum Ho Chi Minha do złudzenia przypominające mauzoleum Lenina w Moskwie. Po całym placu, oprócz strażników w idealnie wyprasowanych mundurach, rozsiane są grupki zgarbionych, zamaskowanych kobiet. Okazuje się, że panie na czworakach czyszczą betonowy plac z gum do żucia. Okolice Mauzoleum Ho Chi Minha muszą być nieskazitelnie czyste.

Hanoi - tu życie toczy się wokół torów i przejeżdżających pociągów, Wietnam

Życie na torach - Hanoi, Wietnam

Wracając chcemy jeszcze zahaczyć o Cytadelę, ale trafiamy na 15 minut przed zamknięciem i pan w kasie oznajmia nam „Tomorrow!”. Nie chce nam się tłumaczyć, że „tomorrow” to będziemy w zatoce Ha Long, wiec wychodzimy grzecznie i obiecujemy tu sobie wrócić następnym razem. Idziemy z powrotem do Old Quarter. Gdzieś na granicy pomiędzy starym a nowym Hanoi trafiamy na tory biegnące pomiędzy domami. Taki typowy obrazek z Wietnamu, trochę jakby banalny. Coś nas jednak korci, żeby iść wzdłuż szyn. Trafiamy do innego świata. Spokój, nie ma pędzących skuterów, tylko ludzie powoli wykonujący swoje codzienne czynności. Ktoś wiesza pranie, ktoś niesie zakupy, ktoś inny siedzi po prostu na plastikowym krześle, dzieci bawią się obok torów. To ta część Hanoi, która idealnie zżyła się z rozkładem jazdy pociągów. Kilka razy dziennie całe to życie znika na kilka minut, kiedy przejeżdża tędy pociąg. Wszyscy chowają się do bram i z kilkunastu centymetrów oglądają przejeżdżający pociąg. Zaraz po tym jak mignie ostatni wagon, wszystko wraca do normy. Znowu śmiechy, zabawy, kroki. Jakby tego pociągu nigdy tu nie było. Tak bardzo chcemy przysiąść gdzieś przy torach i rozkoszować się tym momentem. Sprawdzamy jednak, że do najbliższego pociągu jest kilka godzin. Najbliższy będzie dopiero koło 22:00.

Stare Miasto - Hanoi, Wietnam

Alejka z restauracjami na starym Miescie Hanoi Wietnam

Idziemy więc na stare miasto. Zapada zmierzch. Spodziewaliśmy się chyba, że wieczorem okolica się uspokoi, będzie ciszej i przytulniej. Tymczasem panuje tu jeszcze większy koszmar niż za dnia. Ludzie wylewają się dosłownie z każdej przestrzeni. Motocykli jest jeszcze więcej. Ulice zamieniają się w wielkie bazary pełne produktów North Face. Znowu odruchowo szukam Simone Moro. Do tego setki straganów z jedzeniem. Akurat robimy się głodni, ale to chyba nie to miejsce. Znowu musimy walczyć o życie przy każdym przejściu przez ulicę. Szukamy lokalu w którym można się napić słynnego jednodniowego piwa Bia hoi. Znajdujemy coś wspaniałego – ulicę pełną restauracji – aleję szczęścia. Grille, wielkie kotły z pho, owoce morza, banh mi, omlety – wszystko co tylko możemy sobie wymarzyć. Do tego kolory – neony, plastikowe krzesła, sosy i zielenina na stołach. Kiedy tylko zbliżamy się zachwyceni, nagle ten kulinarny raj zamienia się w piekło! Z obu stron wyskakują do nas naganiacze z menu, zaczynają nas zaczepiać, szarpać, krzyczeć, zaciągać do siebie. Istna ścieżka zdrowia. Kiedy przebijamy się do końca, okazuje się, że to ślepa uliczka i musimy jeszcze tędy wrócić… Okropna pułapka. Sidła na turystów.

Nocne życie na ulicach Hanoi - Wietnam

Kolacja i jednodniowe piwo Bia hoi - Hanoi, Wietnam

Uciekamy czym prędzej z Old Quarter. Idziemy jedną z pięknych ulic, nad którymi rozpościerają się rozłożyste drzewa. Chyba zupełnie przypadkiem trafiamy na bar, który mijaliśmy rano – Bia Hơi Hà Nội Quận Số 6. Piękny, piętrowy kolonialny dom, z otwartym piętrem, z kolumnami i łukami, otoczony drzewami, które wyglądają, jakby z niego wyrastały. W brzydkich billboardach, które szpecą budynek dostrzegam to czego szukaliśmy – Bia Hơi Hà Nội – czyli dzienne piwo. Wchodzimy do środka i odpływamy. Klimat kompletnego luzu. Sami Wietnamczycy, przy jednym stole jakaś rodzina, przy innym jakieś starcze panie, gdzieś dalej panowie z sąsiedztwa, obok towarzystwo w białych koszulach. Obsługa na luzie, wiatraki i cykady w konarach drzew. Skuterów prawie nie słychać. Zamawiamy tak jak nam sie zawsze marzyło – pokazując to co inni mają na stołach. Razem z lekkim orzeźwiającym piwem przychodzi smażone tofu z liśćmi pachnotki i cudowne małe krewetki wymieszane z koperkiem. Smak szczęścia. O takie Hanoi nic nie robiłem!

Bar przy torach - Czekając na pociąg - Hanoi , Wietnam

Wietnamczycy czekający na pociąg pomiędzy domami - Hanoi

Szczęśliwi ruszamy przez ulice French Quarter, żeby zdążyć na pociąg do naszego baru przy torach, który znaleźliśmy wczoraj. Coffee Egg  czeka na nas puściutkie. W ulicy przy torach nie ma żywej duszy. W końcu to jakaś boczna uliczka. Kto by tu chciał siedzieć. No właśnie – my. Siadamy na krzesełkach z nogami opartymi o tory i popijamy zimne piwo. Właściciel baru przynosi nam przepyszne banh mi i pokazuje, że pociąg będzie za kilka minut. Jest tak przyjemnie, że rozkoszujemy się zwyczajnie chwilą. Kiedy zbliża się godzina zero, obsługa zaczyna się kręcić w ekscytacji. Wypatrują pociągu jakby to oni tu przyszli żeby go zobaczyć. To ciekawe patrzeć jak luzie, którzy widzą to kilka razy dziennie tak na to czekali i byli tak podekscytowani. Kocham kiedy ktoś potrafi się cieszyć z takich małych rzeczy. Codziennych rytuałów, głupot i głupotek. Bo to ważne. To chyba świadczy o tym, że to dobrzy ludzie. Bo dobrzy ludzie potrafią się cieszyć z małych rzeczy.

Pociąg jadący pomiędzy domami - Hanoi, Wietnam

W końcu jest. Z oddali widać oślepiające światło. Słychać syrenę pociągu. Wielka świecąca plama robi się coraz większa. Właściciel prosi, żebyśmy się schowali do drzwi. Jednak nie da się siedzieć z nogami przy torach. Pociąg przejeżdża tak blisko, że jest to niebezpieczne. Stajemy w drzwiach i patrzymy na blade światło sączące się z przejeżdżającego pociągu. Mijają nas twarze, które widzimy tylko przez ułamek sekundy, łapiemy kontakt wzrokowy i znikają w ciemności na zawsze. Taki speed dating. Niesamowite jest jak bardzo tym wszystkim są zajarani ludzie, którzy widzą to na co dzień. My – to jasna sprawa – przelecieliśmy pół świata, żeby to zobaczyć – pociąg mijający nas o centymetry – ale oni? To jest chyba to co porusza w Hanoi i w Wietnamie w ogóle. Ludzie pomimo trudnych doświadczeń cieszą się z tego co mają. Mimo komuny, nie narzekają, cieszą się tym co ich otacza. A mają czym. Hanoi jest przepiękne, magiczne, kolonialne, skąpane w cieniu drzew. Nie zepsuje tego żaden tłum turystów, żaden strumień motocykli, żaden smog ani upał. Siadamy i dopijamy piwo – szkoda, ze jutro wyjeżdżamy – Nie mieliśmy szczególnych oczekiwań wobec Hanoi, ot punkt przesiadkowy. Tak srogo się pomyliliśmy. – Musimy tu wrócić – na pewno!

Hanoi, Wietnam